Katarzyna ZYBERTOWICZ, Andrzej ZYBERTOWICZ: Zagadkowa architektura cywilizacji Katarzyna ZYBERTOWICZ, Andrzej ZYBERTOWICZ: Zagadkowa architektura cywilizacji

Zagadkowa architektura cywilizacji

Photo of Prof. Andrzej ZYBERTOWICZ

Prof. Andrzej ZYBERTOWICZ

Socjolog. Doradca Prezydenta RP. Ostatnio wydał "Samobójstwo Oświecenia. Jak neuronauka i nowe technologie pustoszą ludzki świat".

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Photo of Katarzyna ZYBERTOWICZ

Katarzyna ZYBERTOWICZ

Dr socjologii, autorka "Nieobecne wyzwanie? Integracja jako zadanie polityki społecznej wobec cudzoziemców w Polsce po 1989 roku".

Ryc. Fabien CLAIREFOND

Główne tezy tekstu Katarzyny i Andrzeja ZYBERTOWICZÓW:

* Chociaż wciąż nie wiemy, jak wiele nie wiemy na temat struktury społecznego świata, to coraz bardziej lekkomyślnie majstrujemy przy jego konstrukcji.

* Zmagania ludzkości z COVID-19 wskazują, że ufundowana na oświeceniowej rewolucji naukowo-technicznej cywilizacja sama się jakoś oślepiła.

* Społeczeństwa demokratyczne zaczną sobie ze światem nieco lepiej radzić dopiero wtedy, gdy porzucą szkodliwy dogmat: „w epoce internetu nie ma już barier komunikacyjnych”.

* Zyskaliśmy techniczne zdolności nieodwracalnej destrukcji swojej cywilizacji, zanim jeszcze dobrze zrozumieliśmy jej budowę.

* Rozważania nad architekturą ludzkiej cywilizacji pozwalają rzucić nowe światło na fale protestów, które przeszły przez Polskę na przełomie października i listopada 2020.

* Jeśli nie rozstaniemy się z pewnymi iluzjami na temat obecnej poznawczej sytuacji ludzkości, to nie sprostamy podstawowym zagrożeniom cywilizacyjnym.

* Nowo przemyślany konserwatyzm może być ścieżką wytyczania kierunków ludzkiego sprawstwa.

Gdybyśmy (…) mieli porzucić wszystkie hipotezy, których prawdziwości nie możemy udowodnić, wrócilibyśmy wkrótce do poziomu dzikusów, którzy ufają wyłącznie swoim instynktom[1].

Wgląd twitterowy

.Zacznijmy od odczytu sygnałów z urządzenia radarowego o nazwie Twitter. Pierwszy sygnał pochodzi od znanego miliardera. Drugi od wybitnego analityka procesów polityczno-kulturowych.

W dniu 14 listopada 2020 Elon Musk tweetuje: „Otrzymuję kompletnie rozbieżne wyniki z różnych laboratoriów, ale najprawdopodobniej mam łagodny przypadek COVID-19. Mam objawy jak przy niedużym przeziębieniu, co nie dziwi, gdyż koronawirus jest pewnym typem przeziębienia”[2].

Możemy przyjąć, że miliarder-celebryta nie korzystał ani z tanich, niecertyfikowanych testów, ani z kiepskich laboratoriów. Jednak po miesiącach badań wirusa techniczne zdolności jego detekcji w najpotężniejszym kraju świata pozostają niezadowalające.

Dzień później Andrew M. Michta, autor wielu książek i ekspertyz politologicznych notuje: „DC [Waszyngton] wygląda jak miasto duchów. Zrobiłem tylko kilka obliczeń: przy 1,5 mln zgonów na świecie przypisanych #COVID19 mówimy o 0,015 proc. światowej populacji (w 1918 r. grypie hiszpance przypisano 2,1 – 6,0 proc. światowej śmiertelności). Co my sobie robimy… I dlaczego…?”[3].

Potraktujmy te dwa wpisy – jeden współtwórcy dzisiejszej cywilizacji naukowo-technicznej, drugi jej przenikliwego analityka – jako znaki czasu.

W sprawie niewydolności instytucji USA w walce z pandemią wiele się zarzuca Donaldowi Trumpowi. Jednak trudno byłoby powiązać jego decyzje z jakością technologii diagnostycznych dostępnych w Kalifornii. Niska wydolność narzędzi diagnostycznych, którymi dysponuje technonauka po upływie ponad pół roku od nagłośnienia problemu w skali globalnej, nie da się wyjaśnić błędami jakiegokolwiek polityka.

Z kolei Michta zwrócił uwagę na globalny wymiar rażąco nieproporcjonalnego do skali wyzwania sposobu reagowania struktur władzy w wielu krajach świata oraz organizacji międzynarodowych. Michta niepokoi się, że ludzkość toczy nie tę grę co należy – zarówno z przyrodą, jak i sama ze sobą. Trudno nie rozważyć hipotezy, że nasza ufundowana na oświeceniowej rewolucji naukowo-technicznej cywilizacja jakoś sama się oślepiła. Czy na własne życzenie?

Jedną z ważnych cech dzisiejszej cywilizacji jest pośpiech. Spowodował on coraz powszechniejsze porzucanie kultury perfekcji przez biznes: wiele firm świadomie wypuszcza na rynek niedoróbki (np. programistyczne), bo kto nazbyt się przykłada do jakości swych produktów, wypada z konkurencyjnej gry. Ileż to w ostatnich miesiącach słyszeliśmy nerwowych komunikatów o przełomie w pracach nad covidową szczepionką i jak często okazywało się, że jednak coś tu nie gra…

Jedna z głupszych myśli

.„W epoce internetu nie ma już barier komunikacyjnych” – tak brzmi jedna z głupszych diagnoz cywilizacyjnych ostatnich lat. Ta myśl zaburza nasze rozumienie współczesności. Jej błędność ma wiele wymiarów, ale skupimy się na dwóch. Na przeszkodach w drodze do zdobycia prawdziwej wiedzy oraz na barierze skutecznego dotarcia z przekazem do odbiorców.

Pierwszą barierą, na którą napotyka ktoś, kto chce z ogromnego internetowego zbiornika informacji uzyskać przydatną wiedzę, jest Wielkie Przemieszanie. Przemieszanie wszystkiego ze wszystkim: ważnego z nieważnym, poważnego z ironicznym, prawdziwego z kłamliwym, sensownego z absurdalnym, rzeczywistego z fikcyjnym, dobrodusznego ze złośliwym itd.

Z tego, że jakaś porcja informacji wygląda wiarygodnie, wcale nie wynika, że informacje te są prawdziwe. Mogą być tak spreparowane bądź spontanicznie same się tak skonfigurować, że trafiają w gusta określonej grupy odbiorców. Na tym przecież polega robota marketingowców, piarowców, spin doktorów, nie wspominając już o klasycznych propagandystach: działać tak, by przekazy jawiły się jako wiarygodne.

Dobrze wyszkolony analityk, gdy nie działa pod presją czasu, z przeszkodą w postaci informacyjnego grochu z kapustą potrafi się uporać. Zna typowe pułapki poznawcze. Potrafi dotrzeć do wartościowych źródeł informacji; co może, to sprawdzi sam, a w innych kwestiach wie, z kim się konsultować. Z oceanu Wielkiego Przemieszania wyłuska to, co jadalne, i sporządzi porcję wiedzy przydatną dla decydentów lub szerszej opinii publicznej, mającej wpływ np. na kierunki polityki zdrowotnej w jakimś kraju. Ale nawet analityk nie powie, że barier komunikacyjnych nie ma. Może jest wygodniej, mniej trzeba się ruszać z miejsca, dzwonić, spotykać, ale bariery liczne, które trzeba pokonać, nie tylko cały czas istnieją, ale zostały spotęgowane.

Przyjmijmy, że nowa wartościowa wiedza została wytworzona. Ale teraz trzeba doprowadzić do tego, by nowy przekaz dotarł do odbiorców. W tym momencie mamy odwrotny kierunek przedzierania się przez Wielkie Przemieszanie. Owo Przemieszanie to przecież jest nic innego jak strukturalnie zatruta infosfera. Infozgiełk, w którym nie brak odwracaczy uwagi: okazje, obniżki, kuszenie erotyką, drażnienie przemocą, dezinformacje, spam, trollowanie… Nawet jeśli nowa wartościowa wiedza już powstała, to wcale nie musi się ona przez zatrutą infosferę przedrzeć. Prawdzie niełatwo wygrać w konkurencji z innymi bodźcami (w tym z interesami różnych grup), np. dotrzeć do umysłów decydentów, którzy na podstawie nowej wiedzy powinni działać.

Społeczeństwa demokratyczne zaczną sobie ze światem nieco lepiej radzić dopiero wtedy, gdy porzucą szkodliwy dogmat, że „w epoce internetu nie ma już barier komunikacyjnych”. Internet bowiem wyewoluował w taki sposób, że stał się jedną wielką barierą komunikacyjną! Gdy zaś w zatrutej infosferze nie możemy reagować racjonalnie – reagujemy instynktownie.

Niedawno w Polsce zobaczyliśmy, jak bariera infozgiełku została przebita. Do przebicia tego przyczyniły się przedstawicielki tzw. Strajku Kobiet, środowisko, które świadomie sięgnęło po – otwarcie łamiącą dobre obyczaje i ważne kulturowe tabu – technikę mobilizacji społecznej przez publiczny bluzg. Czy gdyby internet faktycznie obalił bariery komunikowania się między ludźmi, to dziewczyny i kobiety musiałyby masowo sięgać po wulgaryzmy?

W istocie internet zaburzył nasze zdolności rozumienia świata. Wytworzył stan już przewlekłej poznawczej ułomności ludzkości. Jakby mało było pandemii, społeczeństwa dodatkowo uginają się pod ciężarem spiskowych obsesji oraz hiperwolnościowych iluzji. Jeśli nie rozstaniemy się z pewnymi złudzeniami, istnymi dogmatami na temat obecnej poznawczej sytuacji ludzkości, to cywilizacyjnym wyzwaniom nie sprostamy.

Nie wiemy, co czynimy

.Dlaczego tak wiele nie gra, nie pasuje do siebie w ludzkim świecie? By odpowiedzieć na to pytanie, proponujemy metaforykę architektury cywilizacji.

Przyjmijmy, że ludzkość przemieszcza się w czasie, płynąc statkiem, którego architekturę – rodzaje budulca, sposoby powiązań między elementami – odczytała i rozumie tylko częściowo. Obawiamy się przy tym, że raczej jest to część mniejsza aniżeli większa. Ten statek to… ludzka cywilizacja.

Statek w długim procesie dziejowym powstał w wyniku naszych działań, spośród których jednak tylko drobna część była świadomie obmyślona i zgodnie z planem zrealizowana. Obecna cywilizacja (i każda z wcześniejszych) powstała w wyniku splotu procesów w większości spontanicznych, tylko niekiedy skutecznie koordynowanych przez ludzkie umysły.

Cywilizacja jest statkiem, którym żeglujemy po wzburzonych morzach, których mapy są tylko częściowe – chaotyczne reakcje na atak COVID-19 najlepiej dowodzą luk owego zmapowania świata. Znamy jedynie fragmenty konstrukcji tego statku, nie wiedząc przy tym, jak duża część konstrukcji nie została jeszcze przez nas poznana. Mimo to nie potrafimy oprzeć się pokusie nieustannego majstrowania przy konstrukcji tego statku. Majstrujemy często metodą prób i błędów – nie umiejąc odróżnić, kiedy możemy pozwolić sobie na więcej, gdyż eksperymentujemy tylko ze strukturą nadbudówki, np. udoskonalając pomieszczenia mieszkalne załogi, a kiedy nasze działania naruszają system nawigacyjny statku lub zmieniają konstrukcję jego steru. Niekiedy w pogoni za postępem przestajemy zauważać, że właśnie przewiercamy fragmenty kadłuba znajdujące się poniżej linii wodnej, robiąc to bez wcześniejszego upewnienia się, że grodzie wodoszczelne między odpowiednimi sektorami zostały pozamykane. Mówiąc krótko, zyskaliśmy techniczne zdolności nieodwracalnej destrukcji statku (cywilizacji), zanim jeszcze dobrze zrozumieliśmy jego budowę.

Jak świetnie pokazują analizy Jareda Diamonda[4], cywilizację zbudowaliśmy w warunkach żeglugowych (geograficznych), których sami nie wybraliśmy i które nadal tylko cząstkowo rozumiemy. Ludzkie działania podlegają programowaniu genetycznemu i kulturowemu, którego zaledwie fragmenty potrafiliśmy dotąd odczytać. Współdziałanie warunków geograficznych z tym oprogramowaniem powoduje, że w istocie nie wiemy, co czynimy. Nie wiemy w sensie co najmniej podwójnym: psychologicznym i socjologicznym.

Zilustrujmy rzecz faktami. Na przełomie października i listopada 2020 przez Polskę przeszła fala protestów spowodowana wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego, który orzekł, że prawo do aborcji eugenicznej jest niezgodne z konstytucją. Duża skala protestów zaskoczyła wszystkich. Jakie są ich motywy? Czy to możliwe, że protestującym chodzi przede wszystkim o prawo do aborcji? Nie ma oczywistej odpowiedzi na to pytanie.

W wymiarze psychologicznym nie wiemy, co czynimy, gdyż – jak wynika z badań umysłu ludzkiego – większości faktycznych motywów swoich działań nie tylko nie znamy, ale nawet zasadniczo nie jesteśmy w stanie odczytać. Często nie panujemy nad siłami, jakie wyzwalane są w naszych organizmach. Gdybyśmy spytali np. o motywy osób, które solidaryzując się z protestującymi, w oknach swoich mieszkań wywieszają plakaty z symbolem pioruna, to otrzymalibyśmy różne odpowiedzi, w tym niedające się ze sobą uzgodnić. Te protesty bez wątpienia były jakąś erupcją gniewu, ale każdy psycholog emocji wie, że gniew może być przejawem tzw. agresji przeniesionej, występującej wtedy, gdy nie jesteśmy w stanie gniewu skierować na rzeczywistego sprawcę naszych frustracji albo też gdy źródło frustracji sami przed sobą maskujemy.

Wymiar socjologiczny naszej niewiedzy polega na tym, że ludzkie działania, zwłaszcza zaś kolektywne i prowadzone na szerszą skalę, niemal zawsze niosą ze sobą niezaplanowane, niejednokrotnie przez dłuższy czas niedostrzegane skutki (unintended consequences). Socjologia z tą problematyką zmaga się bodaj od swego zarania i bez większych efektów.

Ale najistotniejsze jest to, że nie w pełni wiedząc, ani dlaczego coś czynimy (np. gdy opowiadamy się po stronie życia, a przeciw aborcji), ani co w istocie powodujemy (np. wspierając jakiś ruch reformatorski), jednak przekształcamy konstrukcję ludzkiej cywilizacji. Przy tym szaleńcy mogą zainicjować zmiany w architekturze naszego statku nie mniejsze niż hiperracjonalni technokraci (warto pod tym kątem przeczytać książkę Douglasa Murray’a Szaleństwo tłumów. Gender, rasa, tożsamość[5]).

Słowem, działając z powodów, które słabo znamy, wywołujemy skutki, których często nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Lekkomyślnie przekształcamy architekturę cywilizacji, której wiązania konstrukcyjne cały czas kryją przed nami wiele tajemnic.

Tajemnice konstrukcji statku

.To, że ludzkie kultury zbudowane dzięki spontanicznemu synchronizowaniu się milionów ludzkich działań są „mądrzejsze” niż jakikolwiek człowiek, dobrze rozumiał Friedrich von Hayek (1899–1992). Miał pecha, Nagrodę Nobla przyznano mu w 1974 roku w dziedzinie ekonomii. Przez to tego wybitnego myśliciela zazwyczaj lokuje się w getcie badaczy gospodarki, gdy tymczasem prowadził on także, a może przede wszystkim głębokie studia nad kulturą oraz naturą ludzkich procesów poznawczych.

O roli tradycji pisał tak: „Tradycja jest wytworem procesu selekcji spośród nieracjonalnych czy raczej »nieuzasadnionych« przekonań, które – bez czyjejkolwiek wiedzy i jakiegokolwiek celowego działania – przyczyniły się do wzrostu liczebnego tych, którzy się nimi kierowali (niekoniecznie w związku z motywami, na przykład religijnymi, z powodu których postępowano zgodnie z tymi tradycjami). Proces selekcji, jaki uformował obyczaje oraz moralność, mógł uwzględnić więcej rzeczywistych okoliczności, niż poszczególne jednostki mogłyby świadomie rozpoznać. W rezultacie tradycja pod pewnymi względami przewyższa ludzki umysł lub jest od niego »mądrzejsza«”[6] (wyróżnienie – K., A. Z).

Czego zatem nie wiemy o architekturze świata, w którym żyjemy? Na przykład nie mamy jasności, jakie są źródła i stabilizatory moralności. Nie wiemy, czy przy głębszym odcięciu moralności od wyobrażeń o metafizycznym charakterze (proces sekularyzacji), potrafimy przeciwstawić się „zjazdowi” naszych zachowań na poziom zwierzęcy.

Nie potrafimy też określić, czy i w jakim zakresie jednym z warunków niezbędnych do utrzymania określonej architektury cywilizacji jest bioróżnorodność (łańcuchy wiążące ze sobą liczne gatunki roślin i zwierząt).

Źródło: [LINK]

.Powyższy memiczny już rysunek ukazuje przyrodniczy kontekst naszej metafory niedostrzeganych wymiarów cywilizacyjnej architektury, która obejmuje biologiczny kontekst, w którym świat ludzki istnieje. Ludzkość jednocześnie podlega wielu mechanizmom, z których tylko część poznaliśmy.

Wybitny amerykański geograf, Jared Diamond, zastanawia się, jakie tempo i jaki zakres wymierania gatunków żyjących na naszej planecie mogą być, by tak rzec, systemowo bezpieczne. Kiedy ginięcie gatunków, do którego przyczynia się ludzka aktywność, najpierw pozbawi nasz statek (cywilizację) zdolności słuchania się steru, tj. prowadzenia rozwoju we właściwym kierunku, a kiedy spowoduje, że całkiem stracimy pływalność? Taki problem potrafimy sformułować, ale chyba nie mamy narzędzi, by go rozwiązać. Podobnie jest z garścią poniższych problemów.

Obszar tego, co stanowi ludzkie doświadczenie, zawsze dzielił się na zdarzenia przewidywalne i częściowo kontrolowalne oraz postrzegane jako nieprzewidywalne. Czy potrafimy jednak wskazać, kiedy zakres zjawisk zaskakujących (czarne łabędzie) staje się tak szeroki, że cywilizacja nie tylko przejściowo traci stabilność, ale wręcz upada?

A czy jesteśmy w stanie określić bezpieczny rozwojowo poziom nasycenia świadomości społecznej wyobrażeniami fałszywymi (fejkami, dezinformacją) oraz absurdalnymi (szumem informacyjnym)?[7] Poziom, po którego przekroczeniu nawet miliarder nie będzie mógł liczyć na rzetelną opiekę zdrowotną.

Czy potrafimy wyznaczyć przedział między zasobami ludzi bogatych i potężnych a majątkiem, który lud ma do swojej dyspozycji, przedział, po którego przekroczeniu dynamika społeczna wymknie się spod czyjejkolwiek kontroli? I czy np. social credit system w Chinach nie jest innowacyjnym sposobem na bezpieczne systemowo poszerzenie tej rozpiętości?

Czy w sporze między polityką otwartości a zamkniętości, np. w kontekście regulowania przepływów migracyjnych przez granice państw, potrafimy z góry wyznaczyć jakieś racjonalne optimum?

Wreszcie czy w powodowanym przez rozwój technologii procesie likwidacji starych i pojawiania się nowych zawodów jesteśmy w stanie rozpoznać punkty krytyczne, po których osiągnięciu koszty społeczne przekroczą naszą odporność moralną?

Na rozwój ludzkości można patrzeć jak na proces przełamywania starych tabu i tworzenia nowych. Co jednak się dzieje, gdy następuje niemal jednoczesna destrukcja tabu na zbyt dużej liczbie pól? Jakie inne regulatory społeczne wtedy zaczynają się rozsypywać?

Tego typu pytania można mnożyć. Ludzka cywilizacja ma architekturę pozwalającą na przebudowę statku w czasie żeglugi. Systemy ludzkie posiadają duży potencjał adaptacyjny. Nie jest on jednak bezgraniczny. Zmierzch cywilizacji może nastąpić w efekcie kumulacji niestabilności na zbyt wielu różnych polach jednocześnie. Nieoczekiwane spiętrzenie się problemów różnego typu może wyczerpać zasoby niezbędne do uruchomienia procedur zarządzania kryzysowego.

Dwa poważne błędy

.Powyższy wywód pozwala rozważać pytanie, czy polskość (kultura, tradycja, historia) nie jest mądrzejsza niż poszczególni, nawet najwybitniejsi Polacy? Spójrzmy jeszcze raz na protesty, które wybuchły po ogłoszeniu wyroku Trybunału Konstytucyjnego.

Pamiętając, iż my, ludzie, często wbrew swym wyobrażeniom nie wiemy, co czynimy, wskażemy, że protesty te pomagają nam uchwycić dwa poważne błędy poznawcze – a każdy ma istotne konsekwencje praktyczne dla życia Polaków.

Błąd pierwszy, socjologiczny, idzie na konto środowisk kierowniczych rządzącego Polską obozu „dobrej zmiany”. Błąd drugi, cywilizacyjny, popełniany jest przez przywódców oraz ideologów obozu „postępu” – można tu wskazać środowiska „Gazety Wyborczej”, „Krytyki Politycznej” oraz „Kultury Liberalnej” i pokrewne. Oba błędy – mimo różnej ich skali – mają poważny kaliber.

Sednem błędu socjologicznego jest utrata kontaktu z faktycznymi społecznymi nastrojami, lękami i nadziejami przez liderów „dobrej zmiany”, zwłaszcza zaś z mentalnością młodych polskich kobiet. Przyczyny tego można zinterpretować tak: Słabość opozycji politycznej wobec „dobrej zmiany” (nie dostrzeżono tu jednak siły fali poparcia, którą potrafiła wzbudzić kandydatura Rafała Trzaskowskiego na prezydenta RP), niezdolność tej opozycji do sformułowania programu rezonującego z szerokimi nastrojami społecznymi, jej skłócenie oraz widoczne gołym okiem deficyty intelektualne, wygranie przez Zjednoczoną Prawicę całej serii demokratycznych wyborów, wywołały skłonność do myślenia tryumfalistycznego. U bardziej fundamentalistycznej ideologicznie części obozu „dobrej zmiany” najwyraźniej wywołało to przekonanie o istnieniu głębszego przyzwolenia społecznego dla pogłębienia jakiejś formy rewolucji konserwatywnej. Tymczasem nie dostrzeżono skali dwóch ze sobą powiązanych, choć w sposób nieoczywisty, procesów: hiperindywidualizacji mentalności młodzieży zanurzonej w świat bodźców cyfrowych oraz skali kryzysu hierarchicznej struktury Kościoła katolickiego w Polsce. A bez rzeczywistego, nie zaś jedynie deklarowanego na lekcjach religii, zakorzenienia religijności w społecznej codzienności, zwłaszcza młodego pokolenia, konserwatywna rewolucja obyczajowa nie może się powieść.

Przytępiony słuch społeczny „dobrej zmiany” spowodował, że przeoczyła ona skalę i dynamikę równoległego świata istniejącego gdzieś obok, w tym rzeczywistość młodego pokolenia emancypujących się, „nowoczesnych” kobiet. Nie dostrzeżono, że nowo przybyli hiperindywidualistyczni konsumenci – na pewno bardziej konsumenci niż współobywatele – w warunkach pandemicznych stresów mogą stać się polityczną beczką prochu.

W dodatku pandemia koronawirusa okazała się poważnym stress testem dla instytucji państwa. To państwo, poprzez kontestowane orzeczenie TK, podniosło standardy moralne wobec młodych (bo przecież nie wobec emerytów głosujących za „dobrą zmianą”), nie dostarczywszy zawczasu sprawnej sieci instytucji wsparcia dla rodzin osób niepełnosprawnych.

Rozgoryczeni, zestresowani, spanikowani Polacy – w wyniku zmiany reguł gry w codzienność spowodowanej przez niezbędne do walki z pandemią posunięcia władz – ruszyli do „obywatelskiego” zrywu. Jednak ta nowo wzbudzona zbiorowa podmiotowość ma jednostronny charakter: młodzi domagają się praw, niemal zupełnie pomijając swe zobowiązania wobec wspólnoty. Ta przewaga praw nad zobowiązaniami jest fragmentem szerszej cywilizacyjnej architektury, przez której pryzmat warto rozpatrywać sytuację w Polsce.

Orzeczenie TK było ruchem, który daje się uzasadnić moralnie i cywilizacyjnie, ale socjologicznie (np. logistycznie) nieprzygotowanym. Dlaczego uważamy, że to ruch cywilizacyjnie uzasadniony?

Od szeregu lat – niektórzy rzecz datują od światowego kryzysu finansowego 2007–2008 – dość powszechnie uznaje się, że demokracja liberalna przeżywa kryzys; nierzadko mówi się nawet o jej zmierzchu. Kryzys dostrzegają zarówno krytycy, jak i zwolennicy demokracji liberalnej.

Niezależnie od tego, że hasła i artykułowane motywy demonstrantów są bardzo zróżnicowane, że są wynikiem kumulacji racjonalnych obaw oraz irracjonalnych lęków, kluczowym motywem (a na pewno zapalnikiem) demonstrujących jest szeroko rozumiane prawo do aborcji. Można na to spojrzeć, tak jak uczynił to prof. Antoni Dudek, mówiący, że w Polsce w tych dniach dopełnia się dokonana wcześniej na dostatnim Zachodzie rewolucja obyczajowa, że następuje „nadrabianie zaległości”, które Polska ma na drodze ku liberalizacji stosunków społecznych.

Spora część Polaków domaga się, byśmy naśladowali rozwiązania instytucjonalne demokracji liberalnej, czyli formacji ustrojowo-kulturowej, której kryzys został powszechnie już obwieszczony (choć nadal słabo jest zdiagnozowany).

W pogoni za nowoczesnością i wolnością młode, choć nie tylko ono, pokolenie domaga się, by Polska dołączyła do formy ustrojowej, która na starym Zachodzie już utraciła siły witalne. W czasie, gdy demokracja liberalna rozpoczęła namysł nad swoimi mankamentami, powoli uświadamiając sobie, że hiperpluralizm, hiperwolność i hiperindywidualizm są niczym pętle na szyi wolnego świata, nasi krajowi postępowcy zawzięcie zabiegają, by tym hipertrendom ulegać w ciemno.

Wróćmy do Diamonda: „Podobnie jak inne populacje zwierzęce, które nagle wymknęły się spod kontroli ich wcześniejszych ograniczeń wzrostu, my też ryzykujemy, że niszcząc naszą bazę zasobów – sami się zniszczymy”[8]. Wedle Diamonda „samodestrukcyjne nadużywanie środowiska, nie będąc wcale nowoczesnym wynalazkiem, od dawna było głównym motorem ludzkiej historii”[9]. Diamond skupia uwagę na kwestii powodowanego przez ludzką aktywność wymierania gatunków, z którymi jesteśmy – często nie bardzo będąc tego świadomi – powiązani licznymi łańcuchami uzależnień. My proponujemy skierowanie uwagi na zasób innego rodzaju: na moralność.

Moralność to zasób, który obniża koszt kontroli społecznej – zgodnie z porzekadłem, że gdy ktoś ma podstawowe normy życia społecznego zakodowane w swoim umyśle, nie trzeba obok niego stawiać policjanta. Współcześnie, rozpowszechnienie zautomatyzowanych, elektronicznych systemów nadzoru daje złudną nadzieję, że oto już nie ma potrzeby pracy nad duchowością ludzką. Przecież miliarderzy, cyberpanowie z Doliny Krzemowej cyfrowo „zatroszczą” się o stabilny ład społeczny, zastępując policjantów poddanymi algorytmicznej kontroli postpolicjantami, np. kusicielami z Youtube.

Tymczasem może się okazać, że niszczenie zasobów moralnych przyśpiesza nierozwagę w niszczeniu zasobów biosfery. Że obecnie to na styku praktyk moralnych ze strategiami uprawomocniania takich, a nie innych polityk wobec przyrody kryje się newralgiczny wymiar cywilizacyjnej architektury[10].

Konserwatyzm raz jeszcze

.Badacz mózgu Michał Fortuna tweetuje: „Zawsze, jak są nowe rozwiązania i technologie, to będzie gadanie o »możliwości przekroczenia pewnej granicy, pewnego Rubikonu«, granicy, której nikt nie może zdefiniować, bo jest płynna”[11]. Ma rację. Nie potrafimy tego typu granic zdefiniować. Ale z faktu, że są historycznie płynne, nie znaczy, że ich przekraczanie może być bezkarne. Dlatego też nasz wywód prowadzi do postulatu uprawomocnienia oraz ponownego przemyślenia projektu republikańskiego konserwatyzmu[12].

Postulujemy refleksję skierowaną w istotnie innym kierunku niż myślenie lansowane ostatnio przez tygodnik „Polityka” w ramach projektu Olgi Tokarczuk Ex-centrum[13], który ma stać się płaszczyzną pozarutynowego, ekscentrycznego diagnozowania stanu świata.

Naszym zdaniem świat już jest nadmiernie ekscentryczny. Zbyt liczne są już odśrodkowo działające siły, które potrafiły osiągać spore zakresy podmiotowości, wykraczające poza właściwe im tradycyjne domeny interesów i wpływów. A są to: lobbyści, startupy, blogerzy, youtuberzy, influencerzy, wielkie kancelarie prawnicze, firmy konsultingowe, banki inwestycyjne, platformy internetowe, konglomeraty medialne, ruchy społeczne, partie polityczne, dżenderyści, tajne służby, trolle internetowi, hackerzy, wreszcie państwa mniej lub bardziej zdezorganizowane lub wprost zdegenerowane. Czyż co drugi twórca nowej, rewelacyjnej aplikacji nie liczy na to, że poza monetyzacją swego produktu zarazem stanie się postacią wpływową? W obecnym kontekście uważamy postulat dalszego rozwijania myślenia „ekscentrycznego” za szkodliwy.

Nie jest sztuką superekscentrycznie kojarzyć różne sprawy. W historii ludzkości nie brakuje przykładów ekscentrycznego podejścia do świata przez oryginalne postaci. Czy przykłady okropieństw, które dotykały ludzkość, nie są niczym innym jak ekscentrycznymi podejściami dowyzwania szczęśliwości? A gdyby tak faszyzm udoskonalać ekscentrycznie? Lepiej solidnie popracować nad starym konserwatyzmem. A trzeba nad nim popracować, bo z fanatykami postępu – z tymi, o których Jordan Peterson mówi, że są ideologically possessed[14] – dotychczasowy konserwatyzm sobie nie radzi.

Potrzebujemy świeżej odsłony konserwatyzmu; odkurzenia starych rusztowań moralnych, które w dziejach ludzkich przeszły różne testy wytrzymałości. Potrzebujemy przeglądu tych instytucji, które stanowią ostoję ładu społecznego, a nie jedynie generują pomysły permanentnego reinterpretowania i redefiniowania wszystkiego.

Czym mają być współcześnie „prawa człowieka”, jak ma być odróżniona wolność od chaosu przynoszonego przez swobodę bez granic? To właśnie w tym kontekście należy pytać: „Co z tego, że ludzie mają prawo wybierać swoich przedstawicieli, skoro mogą oni coraz mniej?”[15].

.Czy znikającą podmiotowość reprezentantów demokratycznej woli można odbudować bez odrodzenia jakiejś formuły państwa narodowego? To kolejny wymiar konserwatyzmu, który winien być skierowany centrycznie – mianowicie w stronę ludzkiej solidarności. A czy solidarność ta może pomijać nienarodzone istoty ludzkie? A troskę o przyszłe pokolenia (zachowanie dla nich zasobów planety)? A troskę o dobre imię naszych przodków?

Katarzyna Zybertowicz
Andrzej Zybertowicz
Tekst opublikowany w nr 25 miesięcznika opinii “Wszystko Co Najważniejsze” [LINK].

[1] Friedrich von Hayek, Zgubna pycha rozumu, Kraków 2004, s. 106 [2] https://twitter.com/elonmusk/status/1327743762273955841; dostęp: 18 listopada 2020. [3] 15 listopada 2020; https://twitter.com/andrewmichta/status/1328092426377056263; odczyt 17.11.20. [4] Zob. zwł. Trzeci szympans. Ewolucja i przyszłość zwierzęcia zwanego człowiekiem, Kraków 2019. [5] Poznań 2020. [6] F. Hayek, op.cit., s. 117. [7] Zob. H. Frankfurt, O wciskaniu kitu, Łódź 2020. [8] Diamond, op.cit., s. 462. [9] Ibidem, s. 463. [10] Taką „architekturową” metaforykę zastosował ostatnio np. Tomasz Sawczuk z „Kultury Liberalnej”; https://kulturaliberalna.pl/2020/11/16/sawczuk-w-poniedzialek-czym-jest-wolnosc-i-czy-panstwo-zabiera-nam-pieniadze/; odczyt 20.11.20. [11] https://twitter.com/M_G_Fortuna/status/1327597838885380097; odczyt 18.11.20; interpunkcja poprawiona. [12] Inny kierunek tego uprawomocnienia wskazaliśmy w naszym tekście „Okiełznać zmianę. Bezpieczeństwo ontologiczne, rozwój technologiczny a kryzys Zachodu”, Filo-Sofija, nr 36, 2017/1; dostęp: http://www.filo-sofija.pl/index.php/czasopismo/article/viewFile/1095/1068; odczyt 05.11.20. [13] Cykl esejów projektu rozpoczyna Olga Tokarczuk tekstem „Człowiek na krańcach świata” („Polityka”, 40/2020). [14] https://fee.org/articles/the-diagnosis-and-treatment-of-ideological-possession/; dostęp 14.11.20. [15] B. Wildstein, „Polska na mapie kulturowej wojny”, „Sieci”, 9–15.11.20, s. 69.

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 6 lutego 2021

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam