Małgorzata WANKE-JAKUBOWSKA: "Dlaczego uniwersytety przestają być kolebką elit intelektualnych?"

TSF Jazz Radio

Dlaczego uniwersytety przestają być kolebką elit intelektualnych?

Małgorzata WANKE-JAKUBOWSKA

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista PR, przez 18 lat rzecznik prasowy Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Współtworzyła pierwszy „Raport o stanie nauki w Polsce”. Współautorka pięciu książek o bohaterach „Solidarności”. Odznaczona Medalem „Niezłomni” (2013) i Medalem „Zasłużony dla Wrocławia – Merito de Wratislavia” (2016).

Ryc.: Fabien Clairefond

zobacz inne teksty autora

„Moim największym odkryciem naukowym jest Stefan Banach” – mawiał wybitny matematyk Hugo Steinhaus. Podobnie twierdził kilkadziesiąt lat później o swoim uczniu Andrzeju Derdzińskim wrocławski geometra różniczkowy Witold Roter. Uczeń przerasta mistrza. Czy dziś to jeszcze aktualne?

.Gdy podczas wieczornego spaceru przez krakowskie Planty w lipcu 1916 roku prof. Hugo Steinhaus usłyszał dobiegającą z parkowej ławki rozmowę na temat całki Lebesque’a, znanej wówczas tylko nielicznym matematykom, podszedł i przestawił się. Jednym z dwóch dyskutujących na ławce mężczyzn był Stefan Banach, jeden z najwybitniejszych polskich matematyków. Mimo iż nie miał ukończonych studiów, dzięki wstawiennictwu Steinhausa, doktoryzował się i otrzymał etat asystenta na Politechnice Lwowskiej. Stał się wkrótce największym autorytetem w analizie funkcjonalnej, którą współtworzył, jednym z najwybitniejszych matematyków w historii nauki i przerósł swojego protektora, z którym łączyła go prawdziwa przyjaźń. Dokoła Banacha, na spotkaniach w słynnej kawiarni Szkockiej, wyrosła – pod kierownictwem Steinhausa – nowa, lwowska szkoła matematyczna, uznawana za największy wkład polskiej nauki w naukę światową.

Ponad pół wieku później wrocławski matematyk prof. Witold Roter „odkryje” matematyczny talent wśród studentów I roku i powie, podobnie jak przed laty Steinhaus, że Andrzej Derdziński, jeden z wybitniejszych matematyków na Uniwersytecie Stanowym w Ohio, to jego największy naukowy sukces.

Mistrz dumny ze swojego ucznia. Dumny z tego, że go przerasta.

.Przypomina mi się przy tej okazji historia mojego ojca Adama Wankego, antropologa, ucznia Jana Czekanowskiego. Był on twórcą dwóch sztandarowych metod badawczych, szeroko stosowanych w wielu dziedzinach (stochastycznej korelacji wielorakiej i metody punktów odniesienia, zwanej metodą Wankego) i choć w swojej krótkiej, bo przerwanej wojną i represjami czasów stalinowskich, karierze naukowej nie opublikował zbyt wielu prac, ale stworzył szkołę, wypromował aż 30 doktorów, z których trzech zostało później profesorami.

Jednym z nich był Tadeusz Bielicki. To z nim łączyła ojca wręcz wzorcowa relacja Mistrz – Uczeń. Dostrzegł w nim bowiem ponadprzeciętne zdolności i wyjątkowe predyspozycje do pracy naukowej. I to dla niego dokonał niesamowitych zabiegów, położył na szali swoją karierę, aby Bielicki mógł wyjechać na stypendium do Stanów Zjednoczonych. W późnych latach pięćdziesiątych dla byłego więźnia stalinowskiego, jakim był mój ojciec, a także jego protegowany, graniczyło to niemal z cudem.

Ale udało się. Gdy Bielicki, po powrocie z Kalifornijskiego Uniwersytetu w Los Angeles, zaproponował zupełnie nowe podejście do antropologii, tzw. populacyjną koncepcję ras, kwestionując metody i krytykując osiągnięcia szkoły Czekanowskiego, mój ojciec był entuzjastycznym promotorem doktoratu, w którym jego metoda została zaatakowana. Z tezami tej pracy polemizował jednak w artykułach. Obaj darzyli się zaufaniem i przyjaźnią, niemal ojcowsko-synowską relacją. A na łożu śmierci ojciec wyznał, że gdy zastanawiał się, czy to, co robił w życiu miało sens, doszedł do wniosku, że „dla Bielickiego miało, dla niego tak”. W tej opowieści jest potrójna relacja Mistrz – Uczeń: Czekanowski, Wanke – uczeń Czekanowskiego i Bielicki – uczeń Wankego, „naukowy wnuk” Czekanowskiego.

.Bez opartej na zaufaniu relacji Mistrz – Uczeń nie powstaną szkoły naukowe.  – W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że zamiast mnożyć swoje publikacje, będę starał się wykształcić następców – usłyszałam kilka lat temu z ust jednego z profesorów po obronie doktoratu młodego doktoranta. Uczniowie tego profesora sami są już profesorami i dorobili się habilitowanych uczniów. Powstała licząca się szkoła naukowa. Uzdolnionych studentów profesor „wyłuskiwał” już na I roku, otaczał ich opieką, proponował indywidualny tok studiów i stypendia zagraniczne. Powstało już całe „drzewo genealogiczne” uczniów i „wnuków naukowych” owego profesora.

Czy system organizacji nauki w wystarczającym stopniu wspiera kształcenia kadr, tworzenie szkół naukowych, dzielenie się swoim doświadczeniem i wspierania młodych naukowców? Kiedyś ze zdziwieniem usłyszałam wypowiedzianą przez pewną panią profesor opinię, że doktorant, który publikuje swoją pracę, powinien dopisać jako głównego autora kierownika katedry. Nawet, jeśli ów kierownik nie miał żadnego wkładu do tej publikacji, oprócz umożliwienia badań. Czy to właściwe?

Pogoń za punktami w ocenie nauczycieli akademickich sprzyja takim postawom, zwłaszcza gdy pełniący funkcje kierownicze naukowcy nie mają zbyt wiele czasu na własną pracę badawczą. Korzystają więc z cudzej. Młodzi, zależni od nich pracownicy naukowi doskonale się do tego nadają.

Czy uczciwość naukową zapewnią informatyczne systemy antyplagiatowe? Kodeksy etyki, komisje rektorskie do spraw oceny etycznej pracowników? Wątpię.

.Nie tak dawno, gdy pojawiły się w prasie informacje o wyłudzaniu przez naukowców jednej z wrocławskich uczelni pieniędzy na granty i nawet wszczęto w tej sprawie prokuratorskie dochodzenie, usłyszałam od jednego z profesorów, że „przecież wszyscy tak robią, a ci byli tylko za mało ostrożni”. Jest przyzwolenie dla podobnego postępowania. Nawet więcej, opisane przypadki traktuje się jak swoistego rodzaju instruktaż.

.Zanika poczucie wstydu. A wstyd i ostracyzm wobec nieetycznych zachowań to znakomite regulatory międzyludzkich relacji. I nie dotyczy to tylko w kwestii uczciwości naukowej. Wstyd i ostracyzm właściwie zanikły, bo pod fałszywie rozumianą tolerancją akceptuje się każdą patologię, także nieetyczne praktyki w środowisku naukowym. A, gdy znika wstyd, a środowisko nie reaguje ostracyzmem, eliminując nieuczciwych i nieetycznych, żadne regulacje i kodeksy dobrych praktyk nie będą skuteczne. Wszystkie da się ominąć.

Pamiętam historię pewnego studenta V roku, który – referując swoją pracę na seminarium prof. Bronisława Knastera – powołał się na lemat (pomocnicze twierdzenie) swojego kolegi, nie wymieniając jego nazwiska. Czyli po prostu przywłaszczył sobie jego autorski wkład do dowodu twierdzenia. Nie miało znaczenia, że to był tylko referat, a nie publikacja. Gdy wyszło na jaw przywłaszczenie, świetnie zapowiadający się student dostał wilczy bilet. Jego kariera naukowa była skończona, zanim się zaczęła. A miał obiecany etat asystenta i perspektywy naukowego rozwoju. Zawiódł zaufanie, które jak dziewictwo traci się tylko raz.

.Bez odbudowy opartej na zaufaniu relacji Mistrz – Uczeń, bez prawdziwych autorytetów naukowych, którzy będą także wzorami postaw moralnych, żadne zmiany nie będą skuteczne. Konieczna jest odnowa moralna środowiska naukowego. To uniwersytety powinny być kolebką elit intelektualnych.

Małgorzata Wanke-Jakubowska

3

Pierwszy raz na Wszystko Co Najważniejsze?

Aby nie ominąć istotnych tekstów, raz w tygodniu w niedzielę rano wysyłamy newsletter. Zapraszamy do zapisania się:

Pozostaw odpowiedź Jędrek Stępień Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Głęboki Fotel pisze:

Warto podkreślić jeszcze inną kwestię – robimy coś dla kogoś, a nie tylko dla siebie i swoich partykularnych interesów. Mistrz, gdy już został mistrzem, pracuje dla swoich uczniów, odbywa służbę. Pracując dla uczniów tak naprawdę pracuje na rzecz nauki, wszak postęp w nauce odbywa się dzięki zmianom, dzięki powstawaniu nowych hipotez, co najlepiej robią zdolni i przerastający swych mistrzów uczniowie. Co się dzisiaj stało? Dlaczego relacja mistrz-uczeń jest taką rzadkością? Pan Jędrek Stępień wskazał jedną z takich fundamentalnych przyczyn – można ją zdefiniować innymi słowami: brak zaufania do jednostki, wymóg transparencji za wszelką cenę i w każdej dziedzinie, prymat instytucji i procedur nad człowieczeństwem. Ja bym pozwoliła sobie tutaj jeszcze dodać inną przyczynę: postępującą bezrefleksyjność wynikającą z nadmiaru zadań do wykonania. Dzisiaj uczony jest obciążony w pracy masą zadań, które nie mają nic wspólnego z badaniami naukowymi (ludzie już o tym mówią, buntują się, czują, że giną). Chcąc wszystko wykonać i sprostać tym zadaniom, włącza się automatyzm działania, a wyłącza refleksję. Skutek jest taki, że traci się z oczu naukę, rozwój wiedzy w ogóle, pryncypia. Więc gdzie tu miejsce na jakiegoś ucznia, na poświęcanie się, dawanie? Nie ma.

wlalos pisze:

Bardzo dobry artykuł, trafne spostrzeżenia. Jedna uwaga – nie utożsamiałbym „elity intelektualnej” ze „szkołą naukową”. Obie te instytucje bardzo ważne dla życia duchowego społeczeństw, ale nie są tożsame.

Świetny tekst! Pani Małgorzata dotknęła w nim bardzo ważnej rzeczy – moim zdaniem sedna zaniku relacji mistrz-uczeń. Taka relacja może powstać tylko w czymś co nazwać można “ładem emocjonalnym” – jest to rodzaj relacji międzyludzkich sprzed czasów społeczeństwa masowego, który dzisiaj sukcesywnie zastępowany jest “ładem intelektualnym”. Są ku temu dobre powody – ład emocjonalny jest nietransparentny, nielogiczny; na nim opiera się także korupcja. Czy ktoś jest sobie w stanie wyobrazić raban (wśród innych studentów, ich rodziców, mediów i opinii publicznej) gdyby dzisiaj któryś profesor namaścił wybranego studenta, który jednak studiów nie skończył lub nie ma wybitnych wyników, spotykał się z nim prywatnie i poprowadził go do doktoratu? Owszem coś takiego mogłoby się zdarzyć, jednak gdyby wyszło na jaw grozi za to kryminał, wydalenie z uczelni i szereg innych nieprzyjemnych podejrzeń i konsekwencji. Rodzice pytaliby “dlaczego wybrano tamtego choć miał słabsze stopnie?” itd. Skrajnym przypadkiem ładu intelektualnego są coraz bardziej powszechne parytety. Są one logiczne i transparentne bo jest po równo, ale zabijają one ład emocjonalny – jedyny rodzaj relacji międzyludzkich, w którym kwitnąć może relacja mistrz – uczeń. Dziś – w dobie ładu intelektualnego – nie ma już zatem mistrzów. Są tylko eksperci. Zimni, wyrachowani, posiadający ogromną wiedzę i zbierający kolejne punkty za publikację artykułów naukowych.

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam