Bogdan ZDROJEWSKI: Powódź Tysiąclecia. Nic nie zapowiadało takiej katastrofy

Powódź Tysiąclecia.
Nic nie zapowiadało takiej katastrofy

Photo of Bogdan ZDROJEWSKI

Bogdan ZDROJEWSKI

W latach 1990-2001 prezydent Wrocławia. Poseł na Sejm IV, V i VI kadencji, od 2006 do 2007 roku przewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej. W latach 2007-2014 minister kultury i dziedzictwa narodowego. Deputowany do Parlamentu Europejskiego.

Ryc. Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

Nie było łatwo. Czas uciekał, a okres letni sprzyjał absencjom. Nie było szefa policji, sądu, prokuratury, Archiwum Państwowego, a także kardynała Henryka Gulbinowicza, gospodarza Ostrowa Tumskiego. Miałem wrażenie, że po wizycie Jana Pawła II większość VIP-ów wyjechała – pisze Bogdan ZDROJEWSKI

.Powódź Tysiąclecia uwidoczniła bardzo złą koordynację instytucji państwowych na szczeblu rządowym, złą komunikację i niekompetencję instytucji monitorujących stan rzek i pogodę. Woda przemierzała wówczas Wrocław w tempie 3700 tys. m sześc. na sekundę, co czyniło ten żywioł zwycięzcą nad zmaganiami ludzi. Jedyne, co mogliśmy robić, to szybko niwelować skutki tej katastrofy – pisze Bogdan Zdrojewski, ówczesny prezydent Wrocławia.

12 lipca mija dokładnie 25 lat od momentu, kiedy Powódź Tysiąclecia dotarła do Wrocławia. Dobrze pamiętam tamten czas, zarówno przed nadejściem wielkiej fali, jak i walkę z nią oraz bardzo ważny okres usuwania skutków powodzi.

Początek lipca 1997 roku to były najpierw solidne opady deszczu, ale zaraz potem prawdziwe, słoneczne lato. Mieszkańcy i turyści chodzili na wały, by pogadać i odpocząć nad Odrą. Spojrzenie na rzekę meandrującą przez pełne zgiełku i aut miasto od zawsze pozwalało choć trochę odpocząć i zwolnić tempo życia. 10–11 lipca to jednak czas pewnego napięcia. Stan wody mocno się podnosił i choć był sporą atrakcją – zaczynał też niepokoić. Zaczęły się również spory o ewentualne konsekwencje i stan wrocławskiego węzła wodnego.

Doświadczenie powodzi zmieniło mnie jako polityka. Nie była to zmiana radykalna, ale raczej uzupełnienie kompetencji w niezwykle wrażliwym obszarze – reakcji na katastrofy. Jestem osobą dość pedantyczną. Świetnie się czuję w warunkach konkretnych wyzwań, a także dłuższych perspektyw czasowych. Zawsze stawiam na efektywność, a nie efektowność. Jestem też pracoholikiem, który musi wszystkiego „sam, osobiście dotknąć”. Pilnuję kolejności, rzetelności i przede wszystkim kosztów. Czas powodzi to kompletnie inne wyzwanie. To woda „dyktuje” większość warunków. Wszystko dzieje się pod niesamowitą presją czasu, a także w obszarach nie przynależnych do kompetencji samorządu.

Trzeba pamiętać, że do miasta nie należą ani wały, progi, śluzy, ani też instytucje istotne z punktu widzenia prognozowania zagrożeń. Wszystko to podlega instytucjom rządowym, w tym szczebla wojewódzkiego. Niemniej jednak to na gospodarza określonego terenu spada największy ciężar walki z takimi katastrofami. To kompletnie inne wyzwanie, nieprzewidywalne i z natury łączące się ze sporym chaosem. Wymagało to błyskawicznego przejścia z powagi sprawowania urzędu i pewnej pedantyczności na akcję zarządzania ogromną ilością chętnych do obrony ludzi. Trzeba więc było tu pokonać wszystkie swoje rozmaite przyzwyczajenia i nawyki.

Pierwszy trudny moment to konfrontacja moich obserwacji z wiedzą ekspertów. Wszyscy uspokajali i byli dość zgodni, że owszem, mamy do czynienia ze zbliżającym się wyzwaniem, ale z dużą rozpiętością skali zagrożenia. Dodam, że nikt nie przewidział połączenia dwóch fal (Odry i Nysy Kłodzkiej) tuż przed Wrocławiem.

Moje obserwacje sytuacji w Kłodzku, a następnie osobiste uczestnictwo w diagnozowaniu katastrofy w okolicach Opola były jednak źródłem poważnego niepokoju. Szanując wiedzę ekspertów, przez prawie dwa dni obserwowałem ich spory i rozmaite prognozy. Brakowało jedynie konkluzji. Jedyną konkretną decyzją było podjęcie uchwały o upuście wody na wysokości Jeszkowic (niezrealizowany). Czas uciekał. Pamiętam, że trzasnąłem drzwiami, co zdarza mi się niezwykle rzadko, i opuściłem wojewódzki sztab przeciwpowodziowy, kierując się wprost do szefa wojewódzkiego inspektoratu obrony cywilnej, pułkownika Romualda Grodzkiego. To w jego gabinecie powstał pierwszy projekt reakcji, a zwłaszcza komunikatów dla wrocławian.

Komunikaty prezydenta miasta pojawiły się w „Słowie Polskim”, „Gazecie Wyborczej” i m.in. prywatnej telewizji. Informacje o zagrożeniu katastrofą połączone były z sugestiami zaopatrzenia się w baterie, latarki, wodę, prowiant, także lekarstwa. Wszystko nabrało tempa, ale byłem też pełen wewnętrznych obaw, czy nie przesadzam. Dziś to brzmi zabawnie, ale pamiętam, kiedy jadąc samochodem w pobliżu rynku, widziałem ludzi niosących całe zgrzewki wód mineralnych. Pomyślałem wtedy, czy nie skończy się to oskarżeniem, że działam w zmowie z producentem tych wód. Słońce świeciło, była świetna pogoda, ludzie chodzili na wały, oglądali przepływającą Odrę i na pierwszy rzut oka nic nie zapowiadało takiej katastrofy.

Bardzo istotna była kwestia mobilizacji społecznej. Trzeba przypomnieć, że Wrocław był wówczas po serii ważnych inwestycji i wizyt szczególnych gości (m.in. królowej Beatrix i Paoli, a także Jana Pawła II). Po zakończeniu Kongresu Eucharystycznego większość szefów rozmaitych instytucji udała się na wakacje. Nie było komendanta wojewódzkiego policji, szefa okręgu wojska polskiego, kardynała, szefów archiwów, sądu, prokuratury etc. Próby obdzwonienia ich zastępców nie zawsze kończyły się sukcesem. Z czasem było jeszcze trudniej. Telefonia komórkowa była jeszcze w powijakach, a wiele instytucji rządowych pozostawało z nieklarownymi kompetencjami na tak trudny czas.

Sama powódź w naturalny sposób dzieliła Wrocław i wrocławian na dwie części: dotkniętych zagrożeniem, a następnie powodzią i pozostałych. Ważne były komunikaty dobrze adresowane. Kluczowe było, aby osoby pozostające poza zagrożeniem nie obciążały gospodarki komunalnej, a jeśli mogą – wspierały najbardziej dotkniętych. Tak się zresztą działo.

Polityka komunikacyjna stała się jednym z najważniejszych wyzwań i zadań. Informowanie o zagrożeniach, konieczności ewakuacji, przenoszeniu rzeczy z piwnic na wyższe piętra, a potem informacje o tym, jak ta woda przepływała, co dalej mamy robić, aby ona we Wrocławiu nie pozostawała (efekt naturalnych niecek, ale też licznych wałów w centralnych częściach miasta). Niestety za wieloma wałami w miejscach, takich jak ulica Piłsudskiego, Świdnicka czy Dworzec Główny, po prostu stała. Ważne więc było zarządzanie także kontrolowanym jej odpływem, aby niwelować koszty i jak najszybciej odbudowywać Wrocław po powodzi.

Najważniejszy moment w czasie powodzi we Wrocławiu stanowiła również walka, dziś powiedzielibyśmy z fake newsami. Najgroźniejszy był fałszywy komunikat, w szczytowym momencie powodzi, ok. 1.00 w nocy, który dotarł na Ostrów Tumski, o pojawieniu się drugiej, jeszcze wyższej fali. Obrońcy wału przeciwpowodziowego na wyspie Piasek byli u kresu możliwości. Teren oświetlała z generatorów prądu straż pożarna. Pomagała ona także w radzeniu sobie z dużymi obiektami w nurcie rzeki, zagrażającymi przęsłom mostów w tym miejscu. Zarządzona ewakuacja oznaczała oddanie żywiołowi tego kluczowego obszaru. Minuty się dłużyły, ale były bezcenne. Udało się dzięki straży miejskiej, krótkofalowcom, a także jednej załodze WOPR zweryfikować dane i odwołać ewakuację. Dwie fale połączyły się przed Wrocławiem i mieliśmy już z nimi do czynienia. Poczucie ulgi nad ranem było ogromne. Stare Miasto było uratowane.

Powódź Tysiąclecia uwidoczniła braki w koordynacji instytucji rządowych. Przypomnę, że w tym czasie także odbywała się w Polsce wizyta prezydenta Stanów Zjednoczonych, więc cała uwaga była skierowana na prezydentów Aleksandra Kwaśniewskiego i Billa Clintona, przez co różne instytucje pozostawały niejako w „niedowładzie”. Na dodatek miałem sytuację, o której wspomniałem wcześniej – braku kluczowych postaci dla sprawnego współdziałania rozmaitych służb. Nie za bardzo było można korzystać też z doświadczeń np. Kłodzka.

Stolica kotliny została dotknięta podwójnie, i to za każdym razem wodami typowymi dla miejscowości podgórskich. W drugim przypadku był to efekt nagłego zrzutu wody ze zbiornika retencyjnego po stronie czeskiej. Brak skutecznego monitoringu na Nysie i Odrze utrudnił ocenę skali zagrożenia i w Opolu, i we Wrocławiu. Gdyby taki system istniał, wówczas obliczenie wielkości wody, tempa przepływu i połączenia dwóch fal byłoby zadaniem wręcz szkolnym. Innym problemem była kiepsko rozpoznana sytuacja związana z urządzeniami hydrotechnicznymi i kondycją samych wałów.

To, co z pewnością nie zawiodło, to sama mobilizacja mieszkańców. Była z jednej strony spontaniczna, z drugiej zaś dość profesjonalna. Wiedza o sposobie wypełniania worków (w 2/3), sposobach ich układania i zabezpieczania rozeszła się w ciągu zaledwie kilku godzin. Nie brakowało też lokalnych przywódców i niezłej koordynacji w zabezpieczaniu tego, co było w danym momencie potrzebne (piach, worki, prowiant, czasami pomoc medyczna). Podobnie zresztą wyglądała pomoc dla uchodźców wojennych z Ukrainy w tym roku. To, co dominowało – to spontaniczność. Mimo że nie zawsze w 100 proc. była to pomoc profesjonalna, nigdy nie miała charakteru destrukcyjnego. To jest ogromna zasługa samych wrocławian. Osobiście byłem też pod wrażeniem jakości pracy służb miejskich, zwłaszcza komunalnych. Nikt nie zawiódł. Natomiast skala wyzwań była tu gigantyczna: dotknięta powodzią oczyszczalnia ścieków, fabryka produkcji wody, świeżo zamknięte wysypisko śmieci na Maślicach, ważna nekropolia czy też szpital z pogotowiem ratunkowym. Ograniczenie strat, a zwłaszcza szybkie przywracanie zdolności do wypełniania określonych funkcji to także redukcja kosztów. Kluczowym elementem dla kondycji psychofizycznej było właśnie z jednej strony zintegrowanie wrocławskiej społeczności, z drugiej tempo przywrócenia miastu sprawności sprzed powodzi. W tej materii zaliczyliśmy chyba absolutny rekord. Miasto też nie zostało zadłużone, a przecież na pomoc UE jeszcze wówczas nie mogliśmy liczyć.

Jestem przekonany, że lekcja, jaką wszyscy wtedy odebraliśmy, pracuje w nas do dziś.

Bogdan Zdrojewski
Tekst pierwotnie opublikowany na łamach portalu “DlaPolonii” [LINK].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 12 października 2022
Fot.: Wrocław Ulica Komuny Paryskiej w centrum miasta w czasie powodzi tysiaclecia, 14 lipca 1997 FOT. Aleksander Keplicz / Forum