Amerykański spis powszechny Donalda Trumpa

Prezydent USA Donald Trump powiedział, że polecił przeprowadzenie spisu powszechnego, który nie uwzględniałby w liczbie ludności nielegalnych imigrantów. Amerykański Spis Powszechny zwykle odbywa się co 10 lat i od niego zależy podział miejsc w Izbie Reprezentantów między poszczególnymi stanami.
W spisie liczeni są wszyscy mieszkańcy, niezależnie od obywatelstwa
.Poleciłem naszemu ministerstwu handlu natychmiastowe rozpoczęcie prac nad nowym i niezwykle dokładnym SPISEM POWSZECHNYM, opartym na współczesnych faktach i liczbach i co ważne, na wynikach i informacjach uzyskanych w wyborach prezydenckich w 2024 roku. Osoby przebywające w naszym kraju nielegalnie NIE ZOSTANĄ WLICZONE DO SPISU LUDNOŚCI – ogłosił Donald Trump na swoim portalu społecznościowym Truth Social.
Prezydent nie podał więcej szczegółów. Konstytucja USA zobowiązuje władze do przeprowadzania spisów co 10 lat i na podstawie jego wyników dokonuje się rozdział miejsc w Izbie Reprezentantów według ludności poszczególnych stanów. W spisie liczeni są wszyscy mieszkańcy, niezależnie od obywatelstwa.
Nowy amerykański spis powszechny?
.Donald Trump już w pierwszej kadencji usiłował zmienić sposób przeprowadzania spisu ludności, dodając do kwestionariusza pytanie o obywatelstwo. Tę zmianę ostatecznie zablokował wówczas Sąd Najwyższy USA.
Polecenie prezydenta zostało ogłoszone w momencie, gdy z jego inicjatywy Republikanie w Teksasie usiłują doprowadzić do zmiany granic okręgów wyborczych, co potencjalnie może dać Republikanom dodatkowe pięć mandatów w Izbie Reprezentantów. Plan budzi kontrowersje m.in. dlatego, że zmiana miałaby odbyć się nie – jak zwykle to bywa – po spisie powszechnym, ale w połowie dekady.
Według doniesień m.in. „Washington Post”, Trump rozważa również podobne zmiany w innych stanach, m.in. w Indianie. Tymczasem władze stanów rządzonych przez Demokratów – Kalifornii, Illinois, czy Nowego Jorku – zapowiedziały odwet, jeśli Republikanie w Teksasie zrealizują swój plan.
Polityka Donalda Trumpa wobec uniwersytetów może mieć olbrzymie konsekwencje
.Stany Zjednoczone mają najlepsze na świecie uniwersytety, stworzyły znakomite warunki prowadzenia badań, które zaowocowały największą na świecie liczbą laureatów naukowych Nagród Nobla, są zawsze w ścisłej czołówce wszystkich międzynarodowych rankingów oceniających osiągnięcia badawcze. Niezależnie od tego niezaprzeczalny jest fakt, że na wielu uczelniach pracownicy i studenci przesadnie od lat demonstrowali swoje jednostronne poglądy, typowe dla szeroko rozumianej rewolucji kulturowej – pisze prof. Michał KLEIBER.
Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że swoboda prowadzenia badań naukowych i wolność wypowiedzi na temat osiąganych rezultatów jest sednem społecznego znaczenia uniwersytetów. Żeby od razu nawiązać do obecnej sytuacji w USA, przytoczmy na wstępie słowa prezydenta Dwighta Eisenhowera z jego pożegnalnego prezydenckiego przemówienia z 1961 roku: „Wolny uniwersytet jest kluczem do odkryć naukowych i generowania nowych idei”.
Eisenhower, który wiedział, co mówi w tej sprawie, bo przed objęciem swego stanowiska był prezydentem znakomitego Uniwersytetu Columbia, ostrzegał wielokrotnie, że rządowe finansowanie bądź choćby współfinansowanie uczelni może grozić ograniczeniem ich wolności. Dzieje się tak właśnie teraz, co jest powodem, że decyzje prezydenta Donalda Trumpa drastycznie obniżające finansowanie czołowych amerykańskich uczelni niezwykle mocno wzburzyło akademickie środowiska nie tylko w USA, ale także w wielu innych państwach.
Symboliczne dla powszechnych opinii jest stwierdzenie, że Trump abdykował z wiodącej w przyszłości roli USA jako światowego lidera w nauce i innowacyjnej gospodarce. A mnie przypomniało moje doświadczenia z pracy na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley. Pracowałem tam wprawdzie już wiele lat temu, ale okoliczności i emocje towarzyszące wtedy wydarzeniom podobnym do obecnych, mających tam miejsce parę lat przed moim pobytem, miały podobny, choć lokalny charakter. Powodem masowych demonstracji było zamknięcie przez uczelnię specjalnej strefy wolnego słowa, w której studenckie ugrupowania rekrutowały członków i zbierały środki na polityczną aktywność o lewicowym charakterze, niezwykle krytyczną m.in. w stosunku do wszelkich objawów dyskryminacji czarnoskórych Amerykanów oraz krytykującą polityków republikańskich. Koordynatorem protestów była powstała w tym celu studencka organizacja Free Speech Movement – FSM (Ruch na rzecz Wolnego Słowa). Impulsem do działań uczelni były obawy o krytyczne reakcje na protesty ze strony wówczas konserwatywnych władz stanowych oraz biznesu odgrywającego ważną rolę w finansowaniu uczelnianych badań. O ówczesnym znaczeniu i sile politycznych konfrontacji świadczyły widoczne jeszcze parę lat później konsekwencje w postaci emocjonalnych, szerokich studenckich manifestacji upamiętniających tamte wydarzenia, organizowanych przez ciągle wówczas istniejącą organizację FSM. A także częstych gwałtownych studenckich wypowiedzi zakłócających niekiedy uczelniane zajęcia, czego sam doświadczyłem w trakcie prowadzonych wykładów.
Wróćmy jednak do wydarzeń obecnych. Zacznijmy od przypomnienia, że Stany Zjednoczone mają najlepsze na świecie uniwersytety, stworzyły znakomite warunki prowadzenia badań, które zaowocowały największą na świecie liczbą laureatów naukowych Nagród Nobla, są zawsze w ścisłej czołówce wszystkich międzynarodowych rankingów oceniających osiągnięcia badawcze. Niezależnie od tego niezaprzeczalny jest fakt, że na wielu uczelniach pracownicy i studenci przesadnie od lat demonstrowali swoje jednostronne poglądy, typowe dla szeroko rozumianej rewolucji kulturowej, skrajnie interpretowanego neoliberalizmu, a także antysemityzmu. Przykładem tej ostatniej obsesji były debaty na Uniwersytecie Harvarda prowadzone w ramach inicjatywy określanej pytaniem „Jak usunąć syjonizm ze świadomości żydowskiej”. Tego typu wydarzenia spowodowały, że obecny wiceprezydent USA J.D. Vance nadał swojemu wykładowi wygłoszonemu parę lat temu na ważnej konferencji charakterystyczny tytuł Uniwersytety są wrogiem. Wykład ten koncentrował się na wykazaniu, że środowiska akademickie w obszarze humanistyki i nauk społecznych wymuszają jednomyślność opartą na centrolewicowej poprawności, zmuszając badaczy do rezygnacji z prowadzenia badań o innym charakterze. Wyrażeniem dobitnego krytycyzmu wobec takich poglądów stała się obecna polityka prezydenta Trumpa, choć niestety zastosowane środki zaradcze okazały się zdecydowanie za ostre i sprowokowały pojawienie się powszechnych opinii o bardzo poważnym zagrożeniu ze strony tych poglądów dla stabilnego rozwoju kraju.
Trwająca od lat nerwowa sytuacja dzieląca uniwersytety i kolejne, zresztą nie tylko konserwatywne, władze zaogniła się obecnie w konsekwencji gwałtownych uczelnianych protestów propalestyńskich i kontrprotestów wywołanych w październiku 2024 r. przez atak Hamasu i reakcję Izraela w postaci dramatycznego zdemolowania Strefy Gazy.
Protesty rozpoczęły się na czołowych uniwersytetach, takich jak Harvard, Yale i Columbia, i szybko objęły wiele innych uczelni. Jeszcze przed objęciem urzędu przez obecnego prezydenta aresztowano parę tysięcy studentów, a prezydent Trump zasadniczo wzmocnił działania represyjne. Zaczęły się one wycofaniem wiz prawie 2 tysiącom aktualnych zagranicznych studentów, często jedynie w oparciu o przeprowadzoną ocenę ich wypowiedzi w mediach społecznościowych, a następnie, w reakcji na odmowę Uniwersytetu Harvarda akceptacji zaleceń dotyczących walki z uczelnianym antysemityzmem – wstrzymaniem federalnego finansowania tej uczelni w wysokości 2,3 mld dolarów i przypisaniem tej uczelni zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego. Kolejne kroki to blokada wniosków o pobyt dla studentów zagranicznych, często usprawiedliwiana domniemanym ryzykiem prowadzonej przez nich działalności szpiegowskiej na rzecz obcych mocarstw, zasadnicze ograniczenie rządowych grantów badawczych i groźby znacznego podwyższenia podatków od prywatnych dotacji dla uczelni.
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/prof-michal-kleiber-polityka-donalda-trumpa-wobec-uniwersytetow-moze-miec-olbrzymie-konsekwencje/
PAP/MB





