Amerykańskie sankcje dla niemieckich urzędników

WEF

Administracja prezydenta USA Donalda Trumpa rozważała, by zostały wprowadzone sankcje dla niemieckich urzędników, którzy odpowiadali za zakwalifikowanie partii Alternatywa dla Niemiec (AfD) jako organizacji ekstremistycznej – informuje „Der Spiegel”.

Kontrwywiad zobowiązał się, że do czasu zakończenia postępowania sądowego nie będzie nazywał AfD organizacją ekstremistyczną

.Według ustaleń „Spiegla” amerykańska administracja była na tyle niezadowolona z decyzji Urzędu Ochrony Konstytucji (BfV), że w Departamencie Stanu USA rozważano objęcie odpowiedzialnych za nią osób zakazem wjazdu do kraju i sankcjami finansowymi. Nie wiadomo, kogo konkretnie miałyby dotknąć te retorsje.

Sekretarz stanu USA Marco Rubio wezwał wtedy Niemcy do odwołania decyzji, nazywając ją „tyranią w przebraniu”.

W maju BfV uznał, że AfD działa przeciwko wolnościowemu, demokratycznemu porządkowi państwa. W wewnętrznej ekspertyzie urzędu podkreślono, że w AfD dominuje rozumienie narodu oparte nie na obywatelstwie, a na pochodzeniu, co „ma na celu wykluczenie niektórych grup ludności z równoprawnego udziału w społeczeństwie i traktowanie ich w sposób naruszający konstytucję, a przez to – nadanie im prawnie podrzędnego statusu”.

Po zaskarżeniu decyzji przez AfD kontrwywiad zobowiązał się, że do czasu zakończenia postępowania sądowego nie będzie nazywał tego ugrupowania organizacją ekstremistyczną.

Nałożenie sankcji USA rozważały także wobec Francji – informuje „Der Spiegel”. Departament Stanu zastanawiał się nad objęciem nimi sędziów, którzy wiosną skazali przywódczynię francuskiej skrajnej prawicy Marine Le Pen za defraudację środków UE. Sąd pierwszej instancji nałożył na nią karę więzienia i grzywnę oraz zakazał jej kandydowania w kolejnych wyborach prezydenckich.

Sankcje dla niemieckich urzędników objęły pięć osób

.Ostatecznie USA w zeszłym tygodniu zakazały wjazdu pięciu osobom, w tym dwóm obywatelkom Niemiec – Annie-Lenie von Hodenberg oraz Josephinie Ballon. Stoją one na czele HateAid, niemieckiej organizacji pozarządowej zajmującej się pomocą ofiarom cyberprzemocy i hejtu w internecie.

Podobne restrykcje Waszyngton zastosował też wobec byłego komisarza UE Thierry’ego Bretona jako pomysłodawcy unijnego Aktu o usługach cyfrowych (DSA) – nakładającego na firmy cyfrowe działające w UE odpowiedzialność za treści zamieszczane na ich platformach – oraz wobec dwójga Brytyjczyków: Imrana Ahmeda, szefa Centrum Przeciwdziałania Nienawiści Cyfrowej (CCDH), i Clare Melford, założycielki Globalnego Indeksu Dezinformacji (GDI).

Komentując krok Departamentu Stanu USA, ministra sprawiedliwości Niemiec Stefanie Hubig powiedziała, że „zasady, według których chcemy funkcjonować w przestrzeni cyfrowej w Niemczech i Europie, nie są ustalane w Waszyngtonie”.

To będą inne Niemcy

.Konsekwencje wyborów w Saksonii i Turyngii mogą mieć charakter prawdziwej systemowej zmiany, po której niemiecka polityka stanie się całkiem inna. Czy jesteśmy gotowi na taką zmianę? – pisze prof. Marek CICHOCKI.

Jeszcze kilka lat temu pod rządami Angeli Merkel niemiecka scena polityczna wydawała się przypominać niewzruszoną skałę. Najróżniejszej maści polityczne skrajności udawało się cały czas skutecznie neutralizować i otaczać „kordonem sanitarnym”. Dzięki temu, kiedy jak twierdzono, w całej Europie i w Ameryce rozprzestrzeniała się zaraza „populizmu”, Niemcy pozostawały oazą praworządnego, konsensualnego i stabilnego liberalizmu. Ta zadziwiająca polityczna odporność była tak silna, że jeden z czołowych niemieckich historyków, Herfried Münkler, przewidywał, że to właśnie wewnętrzna systemowa stabilność Niemiec w niespokojnych czasach predysponuje je do roli naturalnego lidera Europy.

Pod powierzchnią niewzruszonej sceny politycznej od dawna jednak wzbiera poważny kryzys, który ma swoje źródła w zjednoczeniu Niemiec w 1990 roku. W niemieckiej polityce po II wojnie światowej miała miejsce tylko jedna prawdziwa strukturalna zmiana: gdy w Niemczech Zachodnich, w 1985 roku, po raz pierwszy partia Zielonych Joschki Fischera, wówczas partia protestu i kontestacji, weszła w Hesji do rządu razem z Socjaldemokratami. Kilkanaście lat później, w 1998 r., ta zielono-czerwona koalicja sformułowała wspólny rząd federalny w Berlinie z kanclerzem Gerhardem Schröderem. Natomiast zjednoczenie Niemiec, które było w istocie przyłączeniem wschodnich landów, nie spowodowało żadnych istotnych zmian na niemieckiej scenie politycznej. Niepodzielnie rządziły na niej przez trzy dekady partie zachodniego politycznego establishmentu: chadecy, socjaldemokraci, liberałowie i zieloni.

Uzyskanie pozycji kanclerza przez Merkel, osoby ze wschodu, wcale nie zmieniło tej sytuacji. Resentyment Niemców ze wschodu narastał, a Merkel była postrzegana przez wielu jako człowiek, który po prostu „dał się kupić” przez zachodni establishment. Ignorowanie wewnętrznego podziału Niemiec i próby odgórnego zduszenia go doprowadziły do sytuacji, w której nowe partie protestu, przede wszystkim prawicowa AfD, ale też lewicowy Sojusz Sahry Wagenknecht (BSW) święcą dzisiaj triumfy we wschodnich niemieckich landach.

U nas największe zainteresowanie i kontrowersje wzbudza oczywiście prawicowa AfD. Nie jest to partia specjalnie przyjazna Polsce. Jednak wybory do wschodnich niemieckich landów wyłoniły także drugiego wyraźnego faworyta. Jest nim skrajny lewicowy Sojusz Sahry Wagenknecht. Dobrze jest mu poświęcić nieco więcej uwagi. W Polsce jest chyba wciąż zbyt lekceważony, tak jak i znaczenie całej spuścizny byłej NRD dla zjednoczonych Niemiec. Niesłusznie. Wagenknecht, pomimo swej orientalnej urody, którą odziedziczyła po ojcu Irańczyku, nie jest wcale żadną przedstawicielką imigranckiego pokolenia w Niemczech. Ojciec wrócił do Iranu, gdy miała trzy lata, a jej matka, Niemka, pracowała w państwowej instytucji zajmującej się w NRD handlem dziełami sztuki. W istocie Wagenknecht uosabia, i to z nieograniczonym oddaniem, całą kulturową i polityczną spuściznę byłego NRD, z jej ideologią marksizmu, leninizmu, walką z zachodnim imperializmem oraz wieczną przyjaźnią ze Związkiem Sowieckim jako ostoją światowego pokoju. To, co zapewniło jej błyskawiczny polityczny sukces (Wagenknecht założyła swoją partię zaledwie kilka miesięcy temu), to nie tylko rozbudzenie dawnych komunistycznych sloganów z czasów NRD, wciąż tkwiących w umysłach Niemców ze wschodu. Przede wszystkim jej siłą stała się społeczna baza, rzesze ludzi, którzy we wschodnich landach Niemiec czują się obywatelami drugiej kategorii i „ofiarami” postrzeganej jako zachodnia kolonizacja transformacji po 1990 roku. To w roli ich rzeczników skutecznie występuje dzisiaj Wagenknecht, owych „zapomnianych” przez elity Berlina zwykłych ludzi ze wschodu.

Polityczne triumfy AfD i BSW we wschodnich landach wywołały oczywiście ogólnoniemiecką dyskusję na temat przyczyn tego fenomenu. Dlaczego po ponad trzydziestu latach Niemcy są coraz bardziej podzielone? Jedni, jak Dirk Oschmann, autor popularnej książki Jak niemiecki Zachód wymyślił swój Wschód, forsują tezę, że wszystkiemu winny jest Zachód. Potraktował on byłą NRD jak swoją nową kolonię, a mieszkających tam ludzi, jako tani zasób. Skutkiem tego są wciąż utrzymujące się ogromne dysproporcje między zachodnimi i wschodnimi Niemcami. Inni jednak, jak historyk Ilko-Sascha Kowalczuk, autor książki Szok wolności, zwracają uwagę, że wschodni Niemcy sami stworzyli mit ofiary transformacji, by uciec od odpowiedzialności za komunizm w NRD i za swoją własną przyszłość dzisiaj. Kowalczuk zwraca też uwagę, że AfD i BSW reprezentują głęboko zakorzenione w dawnej tożsamości NRD poglądy, takie jak silny antyamerykanizm czy otwartość na autorytarne rozwiązania w polityce.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/prof-marek-cichocki-to-beda-inne-niemcy/

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 30 grudnia 2025