Andy Burnham chce kierować azylantów do zamożniejszych dzielnic. Brytyjscy podatnicy zapłacą więcej

Brytyjski premier Andy Burnham chce, aby zamożniejsze części kraju w większym stopniu uczestniczyły w przyjmowaniu osób ubiegających się o brytyjski azyl. Downing Street przyznaje, że bardziej równomierne rozmieszczenie azylantów zwiększy wydatki państwa, rząd zamierza jednak realizować ten plan jako „kwestię zasad”.
Zamożniejsze dzielnice mają „odegrać swoją rolę”
.Brytyjski premier Andy Burnham zapowiedział zmianę sposobu rozmieszczania osób ubiegających się o azyl w Wielkiej Brytanii. Zdaniem brytyjskiego premiera dotychczasowy system nadmiernie obciążał najbiedniejsze miasta i dzielnice, ponieważ właśnie tam najłatwiej było znaleźć tańsze miejsca zakwaterowania. – Nie możemy dopuścić do sytuacji, w której to wyłącznie najbiedniejsze społeczności w kraju przyjmują wszystkich relokowanych uchodźców i osoby ubiegające się o azyl – powiedział Andy Burnham w rozmowie z GB News.
Premier podkreślił, że wszystkie części Wielkiej Brytanii powinny „odegrać swoją rolę”. W praktyce oznacza to poszukiwanie miejsc zakwaterowania również w zamożniejszych dzielnicach, miejscowościach klasy średniej oraz samorządach, które dotychczas w niewielkim stopniu uczestniczyły w państwowym systemie azylowym. Plan wywołał jednak pytania o jego konsekwencje finansowe. Jak informuje „The Telegraph”, przedstawiciele Downing Street potwierdzili, że wynajmowanie nieruchomości w droższych częściach kraju będzie oznaczało wzrost kosztów ponoszonych przez podatników. Nie przedstawiono dotąd dokładnej kalkulacji nowych wydatków.
Otoczenie premiera przekonuje, że bardziej sprawiedliwe rozmieszczenie osób ubiegających się o azyl pozostaje dla Andy’ego Burnhama „kwestią zasad”. Rząd stawia tym samym społeczną równowagę ponad prostą zasadą wyboru najtańszego dostępnego zakwaterowania.
Koszt brytyjskiego systemu azylowego
.Zakwaterowanie osób ubiegających się o azyl jest już jednym z najbardziej kosztownych elementów brytyjskiej polityki migracyjnej. W roku budżetowym 2024–2025 brytyjskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych wydało około 4 mld funtów na pomoc dla azylantów, w tym około 2,7 mld funtów na samo zakwaterowanie. W tym okresie w Wielkiej Brytanii złożono ponad 109 tys. wniosków azylowych – najwięcej w historii prowadzonych statystyk. Brytyjski parlament zwracał uwagę, że dotychczasowe próby ograniczenia wykorzystywania hoteli i przenoszenia ludzi do dużych ośrodków nie zawsze zapewniały państwu odpowiednią wartość za wydane pieniądze. Różnice kosztów między poszczególnymi formami zakwaterowania są znaczące. Według danych przedstawionych parlamentarnej komisji spraw wewnętrznych umieszczenie jednej osoby w zwykłym lokalu przeznaczonym dla azylantów kosztowało średnio 23,25 funta dziennie. Pobyt w hotelu interwencyjnym oznaczał natomiast wydatek wynoszący blisko 145 funtów na osobę dziennie. Wyższe koszty hoteli wynikały m.in. z konieczności zapewnienia ochrony, wyżywienia i usług pralniczych.
Rząd stara się obecnie ograniczać wykorzystanie hoteli. W 2026 r. zamknięto już 44 takie obiekty, a tysiące osób przeniesiono do mieszkań współdzielonych, innych lokali prywatnych i ośrodków zorganizowanych na terenach wojskowych. Jednocześnie gabinet Andy’ego Burnhama deklaruje, że chce zmniejszyć wydatki całego systemu o miliard funtów rocznie do roku budżetowego 2028–2029. Nowy plan może utrudnić realizację tego celu. Lokale znajdujące się w zamożniejszych częściach Wielkiej Brytanii będą zazwyczaj droższe od nieruchomości dostępnych w dawnych ośrodkach przemysłowych oraz najuboższych regionach kraju. Downing Street musi więc pogodzić dwie sprzeczne ambicje: ograniczenie kosztów systemu oraz bardziej równomierne rozłożenie jego społecznych konsekwencji.
Protest mieszkańców Piddington
.Debata przybrała na sile po protestach mieszkańców Piddington w hrabstwie Oxfordshire. W pobliżu liczącej około 350 mieszkańców miejscowości rząd planuje zakwaterować nawet 1250 samotnych dorosłych mężczyzn ubiegających się o azyl. Ośrodek miałby powstać na nieużywanym terenie należącym do Ministerstwa Obrony.
Mieszkańcy sprzeciwiają się przede wszystkim skali przedsięwzięcia, brakowi konsultacji i niedostatecznej lokalnej infrastrukturze. W symbolicznym głosowaniu opowiedzieli się nawet za „odłączeniem” Piddington od Wielkiej Brytanii. Rząd przekonuje natomiast, że ośrodek będzie samowystarczalny, nadzorowany i nie powinien nadmiernie obciążyć miejscowych usług publicznych. Przypadek Piddington pokazuje, że samo przeniesienie ciężaru polityki azylowej z dzielnic biedniejszych do zamożniejszych nie zakończy sporu. Może jedynie przesunąć jego geograficzne i społeczne granice. Przeciwnicy planu zarzucają premierowi tworzenie konfliktu klasowego, zamiast ograniczenia ogólnej liczby osób wymagających zakwaterowania. Zwolennicy odpowiadają, że dotychczasowe skupienie azylantów w najbiedniejszych społecznościach było niesprawiedliwe i pogłębiało istniejące problemy społeczne.
Plan Andy’ego Burnhama dotyka zatem zasadniczego dylematu brytyjskiej polityki migracyjnej. Państwo może kierować się wyłącznie rachunkiem ekonomicznym i umieszczać osoby ubiegające się o azyl tam, gdzie nieruchomości są najtańsze. Może również uznać, że odpowiedzialność za funkcjonowanie systemu powinna być rozłożona bardziej równomiernie – nawet jeżeli oznacza to wyższy rachunek dla podatników.
Jarosław Kowalski



