Bhutan, kraina szczęśliwości [Paweł SKAWIŃSKI]

Bhutan

Młodzi Bhutańczycy masowo emigrują ze swojego kraju, który za granicą promuje pozytywny wizerunek narodu szczęśliwych obywateli. Aż 9 proc. populacji himalajskiego królestwa mieszka za granicą. Lokalne media biją na alarm, opisując nepotyzm i brak perspektyw w Bhutanie.

Bhutan – kraina szczęśliwości

Pema przysiadła u szczytu schodów, które niczym mały amfiteatr otaczają niżej położony centralny plac w stolicy, Thimphu. Poprawiła długą tradycyjną spódnicę – kira i żakiet z długim rękawem – toego. Właśnie skończyła zmianę w pobliskim czterogwiazdkowym hotelu, gdzie każdy zatrudniony Bhutańczyk nosi tradycyjne stroje.

Pema spojrzała w dół, w stronę zegara umieszczonego na kolumnie, pośrodku placu. Jej koleżanka Sangay spóźniała się, bo trzygwiazdkowy hotel, gdzie pracuje, znajduje się nieco dalej na północ, kilkanaście minut piechotą.

Mimo że Bhutańczycy kończyli pracę, Thimphu wcale nie przyspieszało. Samochody wciąż toczyły się powoli przez miasto, zatrzymując się karnie przed przejściami dla pieszych i grzecznie przepuszczając innych kierowców na małych rondach.

Zakaz używania klaksonów w Bhutanie

.W mieście nawet wymijanie pojazdów odbywa się w ślimaczym tempie poniżej 30 km na godz. Na drogach krajowych obowiązuje ograniczenie prędkości do 50 km na godz. W Bhutanie obowiązuje zakaz używania klaksonów, dlatego w 150-tysięcznej stolicy jest tak cicho i spokojnie.

Wreszcie Sangay pojawiła się na placu, wypatrzyła koleżankę i biegiem ruszyła w jej stronę. Zdążyła przebrać się w spodnie dżinsowe i t-shirt. W jej hotelu, gdzie zatrzymują się zazwyczaj budżetowi turyści z Indii, Sangay nosi zwykłą koszulkę do spódnicy kira.

Dwudziestolatki wybrały na kolację knajpkę Zombala, gdzie w karcie dań nie ma kawy z ekspresu, a pierożki momo i ema datshi, chili w sosie serowym, kosztują niemal dwa razy mniej niż w modnych pubach w Thimphu.

Bezlitosne koszty życia w stolicy Bhutanu

.Gdzie indziej wydałabym jedną piątą pensji w jeden wieczór – mówi ze śmiechem Sangay, a Pema zgodnie kiwa głową. Na recepcji w czterogwiazdkowym hotelu zarabia blisko 20 tys. ngultrumów, czyli około 760 zł. Sangay, teoretycznie, powinna dostawać 15 tys. ngultrumów, ale bliżej jej do połowy zarobków Pemy.

Zdawałoby się, że to sporo przy minimalnej dniówce wynoszącej około 2 dolarów i miesięcznej pensji w wysokości blisko 70 dolarów, lecz koszty życia w stolicy Bhutanu są bezlitosne. Samo mieszkanie na obrzeżach Thimphu kosztuje dziewczyny po 8-10 tys. ngultrumów, czyli tyle, ile według dziennika „Kuensel” zarabia pracownik ochrony lub sprzedawca w sklepie, pracujący po 12 godzin dziennie, przez sześć dni w tygodniu. Robotnicy nie mogą liczyć na pensję wyższą niż minimalna.

– Dlatego wszyscy wyjeżdżają – przyznaje cicho Pema. – Do Australii! – wyrywa się Sangay, która jest przeciwieństwem przyjaciółki. Mówi szybko i głośno. Za to Pema podczas rozmowy często spuszcza wzrok lub przypatruje się obsłudze Zombali, gdzie przychodzą całe rodziny, a dzieci radośnie biegają po wszystkich salach.

Bhutańscy imigranci w Australii

.Australia wciąż oferuje studentom z Azji Południowej naukę na prywatnych uczelniach i legalną, lecz ograniczoną pracę na podstawie wizy studenckiej. Najnowszy raport Banku Światowego szacuje współczynnik oficjalnej migracji zarobkowej w Bhutanie na aż 9 proc. populacji.

W drugiej połowie 2025 r. niemal 6 tys. Bhutańczyków otrzymało lub przedłużyło wizy pobytowe w Australii. W kraju, którego populacja ma w 2026 r. przekroczyć 800 tys. osób, statystyki migracji wywołują zaniepokojenie.

– Pema jest dobrze wykształcona – mówi Sangay, szturchając koleżankę. – Jest zdolna, świetnie mówi po angielsku, z pięknym akcentem – chwali ją. – Pewnie zaraz wyjedzie do którejś z wielkich sieci hotelarskich – dodaje.

Pema znów zgodnie kiwa głową. Sangay również nie planuje długo pozostać w Bhutanie. – Znajdę sposób. Dla młodych ludzi nie ma tu przyszłości. Po co tu cierpieć? – pyta.

Emigracja z Bhutanu

.Dorji siada wyprostowany na krześle i deklamuje. – Pracownik służby cywilnej nie będzie publicznie krytykował polityki, programów rządowych i działań rządu Jej Królewskiej Mości oraz jego organów – cytuje paragraf 3.2.11.2 z rozdziału trzeciego regulaminu bhutańskiej służby cywilnej i zaraz szeroko się uśmiecha. Pub pod Pijanym Jakiem w Thimphu na chwilę cichnie w oczekiwaniu na dalszą część jego przemowy.

28-latek zapewnia ironicznie, że nie jest sfrustrowany działaniami przełożonych, którzy blokują jego pomysły w jednej z rządowych agencji. Dodaje, że w urzędach nie ma problemu z nepotyzmem i skostniałą strukturą urzędniczą, a system promuje innowacje i rozwój gospodarki. System jakoby zachęca też do wyrażania własnego zdania.

– Dlatego niedługo zamierzam złożyć rezygnację i wyjechać – mówi wreszcie wprost, poprawiając modne okulary i rozsiadając się wygodnie. Dorje, jak każdy urzędnik, nosi tradycyjny strój gho, ciężką szatę sięgającą kolan. – Nie jestem jedyny, prawda? – głośno pyta klientelę pubu. Młodzi ludzie przytakują.

Oficjalne dane Królewskiej Komisji Służby Cywilnej mówią o 1,5 tys. dobrowolnych rezygnacji w 2024 i 2025 r. Niemal jedna trzecia spośród tych osób to młodzi urzędnicy z kilkuletnim doświadczeniem. Władze Bhutanu przypominają jednak, że poziom zatrudnienia w administracji publicznej niemal wrócił do poziomu sprzed pandemii koronawirusa.

– Tyle się mówi u nas w Bhutanie o „kraju szczęśliwości”. Mamy nawet wskaźnik narodowej szczęśliwości brutto zamiast produktu krajowego brutto, więc dlaczego wyjeżdżamy? – pyta Dorji.

– Najgorsze, że Bhutan opuszczają lekarze – dodaje. Tylko w 2025 r. z największego, państwowego szpitala w Thimphu zrezygnowało 92 lekarzy, kolejnych 45 złożyło półroczne wypowiedzenia, a 31 poprosiło o urlop ze względów osobistych. – Pewnie uczą się do egzaminów wstępnych, by podjąć pracę w Australii – spekuluje.

Rezygnacja neurochirurga dr. Sonama Jamtsho

.W ostatnich miesiącach głośnym echem w Bhutanie odbiła się rezygnacja neurochirurga dr. Sonama Jamtsho. Jeden z najbardziej utalentowanych chirurgów w kraju pracuje nad stworzeniem światowej klasy oddziału neurochirurgii. Tygodnik „The Bhutanese” opisał, jak radiolog ze szpitala doktora Jamtsho odmówił wykonania skanu nagłego i trudnego przypadku po godzinach. 38-letni neurochirurg musiał więc operować „w ciemno”, co znacznie zwiększyło ryzyko śmierci pacjenta.

Dr. Jamtsho, który wykonał dotąd ponad 1700 operacji, otrzymał ostrzeżenie od zarządu szpitala za upublicznienie sprawy i w reakcji złożył rezygnację. Pod wpływem nacisku opinii publicznej zarząd i neurochirurg doszli jednak do porozumienia, a lekarz wrócił do szpitala.

.Lakhpa Quendren pisze w bhutańskim dzienniku „Kuensel” o exodusie młodych, wywołanym skostniałą biurokracją, nepotyzmem i brakiem merytorycznych podstaw awansów zawodowych. Przytacza opinię 35-letniej Wangmo, byłej urzędniczki, mieszkającej obecnie w Australii. „Miałam wszystko, czego potrzebowałam w Bhutanie, ale przeprowadziłam się, bo czułam, że popadam w apatię i się marnowałam” – przyznaje Wangmo. Tymczasem przewodnicy, odwożący zagranicznych turystów na lotnisko w Paro, wciąż śpiewają piosenkę o „szczęśliwych Bhutańczykach w kraju szczęśliwości”.

PAP/Paweł Skawiński/MJ

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 16 maja 2026