Bohaterowie Donalda Trumpa z historii USA

Imperializm, ekspansja terytorialna, cła i walka z establishmentem to tematy przewodnie pierwszego roku drugiej prezydenckiej kadencji Donalda Trumpa. W polityce Donald Trump wzoruje się na prezydentach z przeszłości – są nimi William McKinley, James Polk i Andrew Jackson.
Wiele działań Donald Trumpa nawiązuje do polityki i działań jego dawnych poprzedników
.U progu dziewiątej dekady życia Donald Trump często mówi o swoim miejscu w historii. Porównuje się do Abrahama Lincolna i George’a Washingtona, czasem – żartem lub serio – twierdząc przy tym, że jest od nich lepszy. Twierdzi, że pierwsze 12 miesięcy jego prezydentury było okresem największych osiągnięć w historii kraju. Jednak mimo zapewnień o kolejnych „bezprecedensowych” ruchach i osiągnięciach wiele działań Donald Trumpa nawiązuje do polityki i działań jego dawnych poprzedników.
Donald Trump najczęściej i najwyraźniej odwołuje się do Williama McKinleya, 25. prezydenta Stanów Zjednoczonych (1897-1901). Wielokrotnie twierdził, że choć McKinley nie jest zwykle zaliczany do najlepszych przywódców kraju, zasługuje na miejsce w panteonie. Jedną z pierwszych decyzji Donald Trumpa w drugiej kadencji była zmiana nazwy najwyższego szczytu Ameryki Północnej z alaskańskiej nazwy Denali z powrotem na Mount McKinley. Donald Trump przedstawiał rządy McKinleya jako czas, gdy USA były najbogatsze w swojej historii. Jego zdaniem przyczyna była jedna – cła.
– Prezydent McKinley uczynił nasz kraj bardzo bogatym poprzez cła i poprzez talent. Był urodzonym biznesmenem – mówił Donald Trump 20 stycznia 2025 roku w przemówieniu inauguracyjnym, w którym ogłosił początek nowego „złotego wieku” Ameryki.
Zdaniem Michaela Greena, historyka z Uniwersytetu Nevady w Las Vegas (UNLV), wzorowanie się Donalda Trumpa na McKinleyu stanowi pewną historyczną ironię. Jak zaznacza, McKinley był wprawdzie gorącym zwolennikiem protekcjonistycznych ceł, lecz jako kongresmen. I wbrew temu, co twierdzi Donald Trump, ustawa o cłach autorstwa McKinleya z 1890 r., podnosząca średnie cła do poziomu 50 proc., nie okazała się wielkim sukcesem.
– Może pomogła kilku branżom, ale według części ekonomistów i historyków spowolniła wzrost gospodarczy. Miała też duże konsekwencje polityczne, bo w kolejnych wyborach Republikanie ponieśli srogą porażkę – zauważył Green. – A co do twierdzeń Donalda Trumpa o bogactwie Ameryki: cóż, to były wspaniałe czasy, jeśli było się kimś takim jak dziś Elon Musk, a wówczas John D. Rockefeller czy Andrew Carnegie – dodał.
W jego ocenie na ironię zakrawa również fakt, że pod koniec prezydentury McKinley zmienił zdanie na temat barier handlowych. W swoim ostatnim przemówieniu w Buffalo w październiku 1901 r. – zanim został zastrzelony przez anarchistę Leona Czołgosza, syna polskich emigrantów – McKinley zadeklarował koniec ery jednostronnych ceł, przestrzegał przed wojnami handlowymi i zachęcał do przyjaznych stosunków handlowych.
Inny podziwiany przez Donalda Trumpa element spuścizny McKinleya – ekspansja terytorialna USA – również nie jest jednoznaczny. Choć za jego prezydentury USA anektowały Hawaje (wcześniej niepodległą monarchię), Portoryko, Samoa Amerykańskie, Guam i Filipiny oraz doprowadziły do wyzwolenia Kuby spod władzy Hiszpanii, historycy nazywali McKinleya „imperialistą z przypadku”. Większość wymienionych aneksji była wynikiem wojny amerykańsko-hiszpańskiej z 1898 r.
– McKinley chciał niepodległości Kuby, być może chciał wpływów, ale nie chciał wojny ani rozlewu krwi, choć ostatecznie uległ w tej sprawie naciskom prasy i Kongresu – podkreślił Green.
William McKinley. Idol Donalda Trumpa?
.Jak zaznaczył, znacznie bardziej agresywnym imperialistą był następca McKinleya Theodore Roosevelt. Choć i jego Donald Trump wielokrotnie chwalił w swoich wystąpieniach – doprowadził do zbudowania Kanału Panamskiego i podjął szereg interwencji w Ameryce Łacińskiej – to w kwestiach ekonomicznych był przeciwieństwem McKinleya i Donalda Trumpa jako pogromca monopoli, zwolennik ochrony środowiska oraz nakładania podatków dochodowych na najbogatszych – zauważył ekspert.
Innym wzorem dla Donalda Trumpa jest niedoceniany przez historyków James Polk. Jedenasty prezydent USA rządził przez tylko jedną kadencję (1845–1849), ale przyczynił się do największej – poza zakupem terytorium Luizjany za prezydentury Thomasa Jeffersona – ekspansji terytorialnej USA. Polk był orędownikiem wojny z Meksykiem i idei „objawionego przeznaczenia” (Manifest Destiny), mówiącej o tym, że „boskim przeznaczeniem” Stanów Zjednoczonych jest kolonizacja całego kontynentu amerykańskiego. Na Manifest Destiny powoływał się Donald Trump w przemówieniu inauguracyjnym, choć jako przeznaczenie Ameryki przedstawiał kolonizację Księżyca i Marsa.
– Polk (…) chciał, by Meksyk oddał Stanom Zjednoczonym terytorium albo za zapłatę, albo w drodze wojny. (…) w bardzo podobny sposób (Donald Trump ) chce uczynić Kanadę 51. stanem czy odebrać Danii Grenlandię – zauważył Green. Polk ostatecznie osiągnął swój cel poprzez wojnę, choć za anektowane terytorium, sięgające od dzisiejszego Nowego Meksyku i Kolorado po Kalifornię, i tak zapłacił 15 mln dolarów (obecnie równowartość ok. 500 mln dolarów).
– W pewnym sensie on był gościem od nieruchomości. On był – wielu ludzi tego nie wie – jednokadencyjnym prezydentem, ale był bardzo dobrym prezydentem – powiedział Donald Trump agencji AP w ubiegłym roku, pokazując zainstalowany w Gabinecie Owalnym portret Polka.
W Gabinecie Owalnym Donald Trump zawiesił też wizerunek siódmego prezydenta USA, Andrew Jacksona (1829–1837). Podobieństw między obu politykami jest wiele – podobnie jak Donald Trump Jackson był pierwszym populistycznym przywódcą kraju, outsiderem w Waszyngtonie i krytykiem elit, i tak jak Donald Trump był krytykowany za autokratyczne zapędy, w tym ignorowanie wyroków sądowych.
Tablica pod portretem Jacksona w utworzonej na polecenie Donalda Trumpa „prezydenckiej galerii sław” w Białym Domu tak podsumowuje jego dorobek: „Był znany jako Prezydent Ludu za wspieranie zwykłego człowieka, lecz został niesłusznie i niesprawiedliwie potraktowany przez prasę, choć nie tak okrutnie i niesprawiedliwie, jak w przyszłości mieli być traktowani prezydent Abraham Lincoln i prezydent Donald J. Donald Trump”. W opisie podkreślono, że Jackson zredukował federalną biurokrację i był czempionem „narodowej ekspansji”. Jednym ze stosowanych przez niego sposobów było prowadzenie wojen i rozpoczęcie systematycznej polityki wysiedleń Indian.
Te historyczne odniesienia i paralele są jednak, zdaniem Greena, powierzchowne i nie uwzględniają czasu i warunków, w których rządzili poprzednicy Donalda Trumpa.
Donald Trump zmierza w stronę trzeciej kadencji
.Powinniśmy brać pod uwagę pozostanie Donalda Trumpa na urzędzie prezydenta Stanów Zjednoczonych na kolejną kadencję. On sam dawał też kilkakrotnie znać, że rozważa taką możliwość, gdyby nie udało mu się zrealizować wszystkich elementów programu reform – pisze prof. Zbigniew LEWICKI.
Wdyskusjach na temat prezydenta Donalda Trumpa często pojawia się twierdzenie, wypowiadane z ulgą lub z żalem, że jego obecna, druga kadencja jest zarazem ostatnią, gdyż konstytucja amerykańska nie zezwoli mu na ubieganie się o urząd w 2028 r. W rzeczywistości wypowiadający się w ten sposób komentatorzy czy też coraz liczniejsi „amerykaniści” ewidentnie nie zadali sobie trudu, by zapoznać się z odpowiednimi przepisami Konstytucji Stanów Zjednoczonych.
Konstytucja amerykańska wyraźnie określa w art. II kryteria konieczne do objęcia urzędu prezydenta: musi on być obywatelem amerykańskim z urodzenia (natural-born citizen), mieć ukończone 35 lat i rezydować w Stanach Zjednoczonych przez nie mniej niż 14 lat. Kryteria te były przedmiotem interpretacji i debat, w tym przede wszystkim w takich kwestiach, jak: kto jest obywatelem z urodzenia, a kto jedynie od urodzenia i czy wymóg rezydencji oznacza zamieszkiwanie ciągłe, czy też może być sumą kolejnych pobytów. Żadne z tych kryteriów nie dotyczy jednak liczby kadencji.
Art. II konstytucji określa też kryteria konieczne do objęcia urzędu wiceprezydenta: są one identyczne z dotyczącymi prezydenta. Sytuacja skomplikowała się po uchwaleniu w 1804 r. noweli XII, zawierającej postanowienie: „no person constitutionally ineligible to the office of President shall be eligible to that of Vice-President of the United States”, czyli „nikt, kto zgodnie z konstytucją nie może objąć urzędu Prezydenta, nie może objąć urzędu Wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych”. Na początku XIX w. nikt jednak nie postulował ograniczenia liczby kadencji prezydenckich i formułując powyższe zastrzeżenie autorzy noweli XII nie mogli mieć na uwadze tej kwestii, lecz jedynie wypełnienie, lub nie, kryteriów wskazanych w art. II konstytucji.
Kwestia dopuszczalnej liczby kadencji znalazła się dopiero w XXII noweli konstytucyjnej, która weszła w życie w 1951 r. Wcześniej żaden przepis nie ograniczał liczby kadencji prezydenckich, z czego jako jedyny skorzystał Franklin Delano Roosevelt. Pozostali prezydenci szanowali jedynie precedens ustanowiony przez George’a Washingtona, który w XVIII w. odmówił kandydowania po raz trzeci. Otóż w noweli XXII stwierdza się jednoznacznie: „No person shall be elected to the office of the President more than twice”, czyli „Nikt nie będzie wybrany na urząd prezydenta więcej niż dwa razy”. Pozostała część tego przepisu dotyczy kwestii technicznych i nie zmienia sensu zasadniczego postanowienia. Nie ulega zatem wątpliwości, że osoba, która pełniła urząd prezydenta przez dwie kadencje (ściśle biorąc, przez więcej niż 1,5 kadencji), nie może zostać kolejny raz wybrana na to stanowisko.
W tym miejscu należy dokonać istotnego porównania tekstu noweli XII i XXII. Nie ma tu miejsca na szczegółową prezentację tego zagadnienia, niemniej trzeba zauważyć, że autorzy noweli XXII użyli pojęcia ineligibility, a nie electability, jak w noweli XII. Są to terminy zbliżone, ale nie tożsame i ich rozbieżne użycie stanowi sygnał, że zamiarem ustawodawcy nie było uściślanie postanowienia zawartego we wcześniejszej noweli, lecz ustanowienie odrębnego kryterium. Innymi słowy, ograniczenie zawarte w noweli XXII dotyczy kwestii wybieralności na stanowisko prezydenta, a nie zdolności do jego objęcia.
Egzegeci konstytucji amerykańskiej dostrzegali problem dopuszczalności lub niedopuszczalności obejmowania urzędu wiceprezydenta przez osobę, która uprzednio pełniła przez dwie kadencje urząd prezydenta. Stanowiło to przedmiot rozważań, z których na szczególną uwagę zasługuje 60-stronicowa analiza pióra Dana T. Coenena, opublikowana w kwietniu 2015 r. w „University of Georgia School of Law Research Paper Series”. Pisze on: „Niektórzy obserwatorzy mogliby odrzucić te kwestie jako niegodne uwagi. Po co marnować atrament, mogliby zapytać, skoro na pewno żaden wybrany dwukrotnie prezydent nigdy nie będzie ubiegał się o stanowisko wiceprezydenta”. Jest to spostrzeżenie o tyle zasadne, że trudno sobie wyobrazić prezydenta, który po ośmiu latach sprawowania urzędu ubiegałby się o stanowisko wiceprezydenta, konstytucyjnie pozbawione znaczenia i siły decyzyjnej.
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/prof-zbigniew-lewicki-donald-trump-zmierza-w-strone-trzeciej-kadencji/
PAP/MB





