Czego od polityków oczekują Europejczycy [TRUEDEM]

Obywatele w Europie chcą uczestniczyć w życiu publicznym i oczekują od polityków kompetencji oraz dialogu – wynika z badań międzynarodowego projektu Trust in European Democracies (TRUEDEM), którego polski zespół koordynuje Uniwersytet Śląski.

Polacy bardziej ufają politykom lokalnym niż centralnym

.W Katowicach odbyła się konferencja podsumowująca trzyletnie prace nad diagnozą i odbudową zaufania do instytucji demokratycznych. Projekt TRUEDEM, finansowany ze środków programu Horyzont 2020, zrzesza badaczy z 13 europejskich państw pod przewodnictwem Uniwersytetu Wiedeńskiego. Polskim zespołem kierowała dr hab. Agnieszka Turska-Kawa, prorektor Uniwersytetu Śląskiego ds. badań.

– Projekt wyrósł z obserwacji kryzysu zaufania instytucjonalnego. Przez trzy lata analizowaliśmy jego przyczyny i mechanizmy, a także opracowaliśmy narzędzia, które mogą pomóc instytucjom i szkołom w odbudowie relacji z obywatelami – powiedziała PAP Turska-Kawa.

Badaczka podkreśliła, że efektem prac będzie tzw. TRUEDEM Toolbox, czyli zestaw narzędzi dydaktycznych i praktycznych, które mają służyć wzmacnianiu zaufania między obywatelami a politykami. Publikacja pełnej wersji zestawu planowana jest na przyszły rok.

Z badań wynika, że zaufanie przestało być rozumiane jako „bezwarunkowy zasób”. – Bezrefleksyjne zaufanie może być równie groźne jak jego brak, bo ogranicza krytycyzm i tworzy przyzwolenie na niepożądane działania władz. Dziś wiemy też, że kryzys zaufania ma przede wszystkim charakter strukturalny, nie emocjonalny – wyjaśniła Turska-Kawa.

W badaniach ilościowych przeprowadzonych w 24 krajach europejskich udział wzięło ponad 29 tys. respondentów. Analizy wskazują na znaczne zróżnicowanie regionalne.

– Najwyższy poziom zaufania obserwujemy w państwach północnej Europy. W krajach południowych i środkowych wskaźniki te są niższe – podkreślił dr Dawid Tatarczyk z Instytutu Nauk Politycznych UŚ. – Polska plasuje się mniej więcej w połowie tej stawki, co daje powody do umiarkowanego optymizmu, ale też pokazuje, że mamy przestrzeń do poprawy – dodał.

Jak zaznaczył Tatarczyk, partie polityczne należą do najmniej zaufanych instytucji publicznych, natomiast stosunkowo wysokim zaufaniem cieszą się sądy. – Dialog pomiędzy politykami a obywatelami to kluczowy czynnik odbudowy demokracji. Zaufanie to waluta, którą trzeba pielęgnować – podkreślił badacz.

Zespół jakościowy, którym kierowała dr Kornelia Batko, przeprowadził pogłębione wywiady z politykami, liderami organizacji społecznych oraz obywatelami różnych grup wiekowych i środowiskowych.

– Okazało się, że Polacy bardziej ufają politykom lokalnym niż centralnym. Uważają, że łatwiej zaufać osobom, które znają osobiście, niż „systemowi w Warszawie” – relacjonowała Batko. – Respondenci są też zmęczeni konfliktem politycznym. Mówią, że zaufanie buduje się tonem głosu i otwartością, nie deklaracjami – dodała.

Z badań wynika również, że obywatele coraz częściej oczekują od polityków kompetencji i profesjonalizmu, a nie tylko uczciwości. Młodsze pokolenie domaga się transparentności i zrozumiałego języka w debacie publicznej, natomiast seniorzy wskazują na brak odpowiedzialności młodych wyborców, którzy – ich zdaniem – podejmują decyzje pod wpływem emocji.

Wyniki projektu TRUEDEM pokazują, że mimo obserwowanego kryzysu instytucjonalnego, obywatele wciąż mają silną podmiotowość polityczną

.Liderzy organizacji społecznych zwrócili uwagę, że nieufność działa w obie strony – nie tylko obywatele nie ufają władzy, ale także instytucje publiczne nie ufają inicjatywom oddolnym. Politycy z kolei deklarowali świadomość, że ich kapitałem społecznym jest wiarygodność, choć często – jak przyznają – cierpi ona z powodu konfliktów partyjnych.

Konferencja podsumowująca projekt, zatytułowana „Rebuilding Trust in Democratic Institutions: Dialogue, Participation, and Inclusion”, odbyła się na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Wśród uczestników są naukowcy, politycy, przedstawiciele organizacji pozarządowych i mediów z całej Europy.

W programie znalazły się cztery panele tematyczne poświęcone m.in. wiarygodnemu i inkluzywnemu zarządzaniu, roli społeczeństwa obywatelskiego i nowym sposobom budowania zaufania w demokracjach.

Jak podkreśliła dr hab. Agnieszka Turska-Kawa, wyniki projektu pokazują, że mimo obserwowanego kryzysu instytucjonalnego, obywatele wciąż mają silną podmiotowość polityczną. – Chcą, by ich głos był słyszalny, a to dobry znak dla europejskiej demokracji. Teraz naszym zadaniem jest znaleźć sposób, by ten głos usłyszeć – podsumowała.

Europa polityczna musi przestać traktować narody jak zbieraninę idiotów

.Pogarda i nietolerancja, z którymi mierzą się narody Europy, bardziej przypominają despotyzm niż demokrację – pisze prof. Chantal DELSOL

Na początku, gdy wychodziliśmy ze stuletniego okresu bratobójczych wojen i w coraz mniej przyjaznym klimacie światowym, który nastał wraz z upadkiem zachodniego imperium kulturowego, niewielu z nas wątpiło w zalety Europy zinstytucjonalizowanej. Antyeuropejczyków jest niewielu. Problemem jest to, co zrobiliśmy z instytucją jako taką. W wyborach 9 czerwca 2024 r. oceniliśmy nie ideały, ale ich realizacje.

Połączenie krajów tak różnych, a jednocześnie tak kulturowo bliskich nie mogłoby się dokonać inaczej, jak zgodnie z zasadą pomocniczości: pozwolić każdemu państwu utrzymać kontrolę nad jego specyficznymi problemami, delegując kompetencje w najistotniejszych dziedzinach. Nieszczęściem Europy jest to, że była budowana nie przez Niemców, ale Francuzów. A Francuzi zrobili z niej kopię Francji, zaprowadzając administrację scentralizowaną, w której wszystkie decyzje podejmowane są na górze i w której narody uważane są za niezdolne do skutecznego zarządzania najprostszymi sprawami. (To jednak niebywałe, że prezydent Macron w niedawnym orędziu był w stanie drżącym głosem stwierdzić, że gdyby państwa członkowskie miały autonomię w wyborze szczepionek [!], nieuchronnie wybrałyby te niebezpieczne [!]). Niemcy bez wątpienia zrobiłyby z Europy kopię Niemiec, w której każdy naród miałby prawo wyrazić swoje zdanie.

W latach 90. XX wieku Jacques Delors zamienił zasadę pomocniczości na zasadę jakobińską – łatwo twierdzić, że państwa są niewystarczające, gdy poziom ich wystarczalności ustalany jest odgórnie i gdy żadne nie jest już autonomiczne. Instytucja europejska stała się scentralizowanym potworem (sam Delors określił ją w 1995 roku jako „łagodny i oświecony despotyzm”), którego standardy ustalają niewybierani urzędnicy przy błogosławieństwie rządów państw pozbywających się w ten sposób niektórych obowiązków. Ponieważ jakobinizm nie marzył nigdy o niczym innym jak o wolności, obecnie wiele zachodnich elit żałuje rozszerzenia UE na kraje tak różne pod każdym względem i wobec których tak trudno stosować jest jedną miarę. Innymi słowy, Europa jest wszystkim prócz federalizmu – który oznacza kaskadę rozmaitych i nakładających się na siebie suwerenności i autonomii. Nie przeszkadza to jednak Francuzom, zupełnie nieświadomym znaczenia tego słowa, przestrzegać przed niebezpieczeństwem „federalizmu”, podstawiając w duchu na to miejsce „centralizm”, czyli jego dokładne przeciwieństwo.

Wraz z wojną w Europie i działaniami wroga, który życzy nam źle, oraz wobec perspektywy amerykańskiego izolacjonizmu bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy wspólnych europejskich działań w obszarze obronności. Ale czy zaakceptujemy fakt, że Europa jako instytucja będzie miała we władaniu walutę, obronność i bezpieczeństwo, skoro nie pozwala nam nawet zarządzać naszymi szczepionkami, energią elektryczną czy rolnictwem? Taka Europa czyniłaby narody bezbronnymi. Byłoby logiczne, właściwe i humanitarne, gdyby Europa zarządzała wojną i walutą, podczas gdy narody dbałyby o swoje rolnictwo i energię elektryczną. Wszystko opiera się na grzechu pierworodnym: uczynieniu z francuskiego jakobinizmu europejskiej reguły. Ryzykujemy przegranymi wojnami, bo nie pozwoliliśmy naszym regionom i narodom żyć tak, jak chcą.

Bo złość narasta. Ta centralizacja normatywna, którą nasze rządy pochodzące z wyborów powierzyły niewybieralnym biurokratom (Parlament Europejski ma tak mało uprawnień), dotyczy nie tylko tych dziesiątek tysięcy regulacji, nakazów i zakazów robienia czegoś, ale także nakazu i zakazu myślenia. Innymi słowy, piękna Europa narodów, które nie chciały już prowadzić ze sobą wojen, stała się koteryjką paru elit narzucających narodom zarówno sposób postępowania, jak i przekonania moralne.

Jest to być może najciekawsza rzecz w tej ewolucji: centralizm polityczny ustanowiony przez Delorsa przekłada się na centralizm ideologiczny. Mała niewybieralna elita, która rządzi naszymi państwami, twierdzi, że jest czysto techniczna, ale w rzeczywistości jest nosicielką ideologii globalistycznej, liberalno-dogmatycznej i libertariańskiej, postępowej w znaczeniu postmodernistycznym. I biada tym, którzy nie przestrzegają jej dyrektyw, zarówno ideologicznych, jak i politycznych czy ekonomicznych. Każdy przeciwnik, czy to nurt, partia, czy cały kraj, jest traktowany jako wróg (określany nazwami chorób: „trąd populistyczny”). Innymi słowy, każdy, kto się sprzeciwia, nie jest przeciwnikiem, z którym się dyskutuje, ale wrogiem, którego trzeba pokonać. Oznacza to, że w Europie instytucjonalnej atmosfera nie jest demokratyczna – demokracja uznaje istnienie adwersarzy, a nie wrogów.

Obecna Europa staje się zatem – podobnie jak Ameryka Północna – ofiarą skrajnej polaryzacji, która oddziela narody od elit, „somewhere” od „anywhere”, sprawy regionalne od spraw globalnych. Najstraszniejsze w tej sprawie jest to, że to nie tylko spór ideologiczny, ale także wojna społeczna.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/prof-chantal-delsol-europa-polityczna-musi-przestac-traktowac-narody-jak-zbieranine-idiotow/

PAP/MB


Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 13 listopada 2025