Czy nowa doktryna obronna Stanów Zjednoczonych jest naprawdę aż taka zła? [Nathaniel GARSTECKA]

Rząd amerykański opublikował nową doktrynę obronną, tzw. „National Security Strategy”. Wywołało to zwyczajową falę krytyki pod adresem Donalda Trumpa, krytyki w większości nieuzasadnionej. Dokument ten nie stanowi jednak żadnego zagrożenia dla naszego bezpieczeństwa, wręcz przeciwnie.
.Nie trzeba zagłębiać się zbytnio w trzydziestostronicowy tekst, aby się o tym przekonać. Już na stronie 5, w rozdziale „What Do We Want In and From the World?”, który interesuje nas najbardziej, możemy przeczytać, że Stany Zjednoczone chcą zagwarantować stabilność i bezpieczeństwo świata zachodniego, zwalczać zagrożenia, które na nim ciążą, oraz przywrócić jego tożsamość. Oczywiście autorzy przypominają, że Stany Zjednoczone zamierzają skupić się przede wszystkim na sytuacji w swoim kraju. Jest to słynne hasło „America First”, które nie jest wynalazkiem samego Donalda Trumpa, ale jest głęboko zakorzenione w amerykańskiej tradycji politycznej.
Nie jest to jednak izolacjonizm. Amerykańska doktryna strategiczna jasno określa potrzebę wywierania wpływu na bieg wydarzeń na świecie (poprzez technologie i standardy) oraz zapewnienia, że żadna wroga potęga nie przejmie kontroli nad najbardziej wrażliwymi obszarami, czyli regionem Indo-Pacyfiku oraz Bliskim i Środkowym Wschodem.
Chociaż dokument wyraźnie wymienia Chiny jako główne zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych, los Europy również zajmuje w nim ważne miejsce. Wspomniano o stabilności i bezpieczeństwie kontynentu, a wojna prowadzona przez Rosję na Ukrainie stanowi w tej dziedzinie przeszkodę, stąd konieczność jej zakończenia. W tym celu Stany Zjednoczone zamierzają podjąć negocjacje z Rosją, biorąc pod uwagę, że sami Europejczycy nie są skłonni do stosowania innych środków („This lack of self-confidence is most evident in Europe’s relationship with Russia”), mimo że dysponują takimi środkami („European allies enjoy a significant hard power advantage over Russia by almost every measure, save nuclear weapons”).
Ponadto przewiduje się, że Stany Zjednoczone będą wspierać wzmocnienie militarne Europy, aby była w stanie bronić się przed wrogimi mocarstwami: „Enabling Europe to stand on its own feet and operate as a group of aligned sovereign nations, including by taking primary responsibility for its own defense, without being dominated by any adversarial power” oraz „Building up the healthy nations of Central, Eastern, and Southern Europe through commercial ties, weapons sales, political collaboration, and cultural and educational exchanges”. Ponieważ obecny model promowany przez instytucje europejskie najwyraźniej zawiódł, Ameryka zamierza bardziej bezpośrednio zaangażować się w bezpieczeństwo wschodniej flanki, zarówno pod względem gospodarczym, jak i poprzez dostarczanie broni.
Prezydent Stanów Zjednoczonych wyraźnie zachęca kraje europejskie do podjęcia działań zarówno w zakresie gospodarki, regulacji, jak i polityki migracyjnej: „Should present trends continue, the continent will be unrecognizable in 20 years or less […] We want Europe to remain European, to regain its civilizational self-confidence, and to abandon its failed focus on regulatory suffocation”. Wiceprezydent Vance przedstawił już to stanowisko w swoim przemówieniu w Monachium w lutym 2025 r. Jak więc po takim apelu można nadal wierzyć, że Donald Trump nie interesuje się Europą i pragnie jej osłabienia?
.W amerykańskiej doktrynie strategicznej szeroko jest omawiana kwestia migracji. Jest ona wymieniana jako zasadnicze zagrożenie dla jedności, bezpieczeństwa i trwałości cywilizacji zachodniej. Amerykanie mają rację, traktując ją jako sprawę krytyczną. Rosja nie jest jedynym zagrożeniem dla Europy, co elity centrystyczne i postępowe zazwyczaj ignorują, ponieważ skupianie uwagi wyłącznie na Rosji pozwala ukryć sytuację bezpieczeństwa wewnątrz krajów europejskich. Oczywiste jest, że histerię europejskich komentatorów w związku z publikacją tego dokumentu można wyjaśnić świadomą lub nieświadomą niechęcią do konfrontacji z tą rzeczywistością. Nie chcemy, aby Stany Zjednoczone wytykały nam nasze porażki i sprzeczności. Dotyczy to w szczególności Francji, gdzie rywalizacja (często ślepa) z Ameryką jest niemal częścią narodowego DNA.
Na koniec wspomnijmy o zamiarze Donalda Trumpa, aby zatrzymać programy „pozytywnej dyskryminacji” i wspieranie postępowych ideologii, zarówno w polityce wewnętrznej („Re-instilling a culture of competence, rooting out so-called DEI and other discriminatory and anti-competitive practices that degrade our institutions and hold us back”), jak i zewnętrznej („For far too long, American policy in Africa has focused on providing, and later on spreading, liberal ideology”). Również tym Europa powinna się inspirować.
.W National Security Strategy nie ma więc nic skandalicznego. Jest ona wyrazem doktryny Trumpa, którą amerykański prezydent głosi od lat. Wskazuje na zagrożenia dla Stanów Zjednoczonych i Europy i zachęca tę ostatnią do wyjścia z letargu (poprzez na przykład podniesienie wydatków na obronność), do wzmocnienia swojej siły i dumy. Być może jest to metoda komunikacji nieco zbyt bezpośrednia dla sennych elit salonów wielkich stolic europejskich, ale przynajmniej ma tę zaletę, że jest jasna, a przede wszystkim trudno nie zgodzić się z konstatacją sformułowaną przez Amerykanów.
Nathaniel Garstecka
Tekst pochodzi z prowadzonej przez Autora kroniki w tygodniku „Gazeta na Niedzielę” [LINK]. Przedruk za zgodą redakcji.





