Czy Zachód przetrwa bez amerykańskiego przywództwa? [Jean-Sylvestre MONGRENIER]

Donald Trump nie ukrywa niechęci do Unii Europejskiej, Europa wciąż nie potrafi samodzielnie zagwarantować sobie bezpieczeństwa, a amerykańskie siły i zasoby muszą odpowiadać równocześnie na kryzysy w Europie, na Bliskim Wschodzie i w Azji. Jean-Sylvestre Mongrenier uważa, że Zachód nie przeżywa jedynie sporu o podział wydatków obronnych, lecz znacznie głębszy kryzys jedności, woli i wiary we własną cywilizację. Stawką nie jest więc wyłącznie przyszłość NATO, ale przetrwanie Zachodu jako wspólnoty politycznej i strategicznej.
Zachód nie mierzy się dziś z jednym kryzysem
Jean-Sylvestre Mongrenier, francuski badacz geopolityki i dyrektor ds. badań w Instytucie Thomasa More’a, w rozmowie z „Le Figaro” przedstawia świat zachodni jako system poddawany równoczesnej presji z kilku stron. Punktem wyjścia jest Iran, którego przywódcy, zdaniem badacza, nie traktują Francji jako państwa stojącego poza Zachodem, niezależnie od tego, jak bardzo francuska dyplomacja chciałaby podkreślać swoją odrębność. Wrogość władz w Teheranie nie jest w tej interpretacji odpowiedzią na pojedynczy gest Paryża, lecz elementem znacznie starszego konfliktu ideologicznego, sięgającego rewolucji islamskiej z 1979 roku i zerwania z modernizacyjnym projektem szacha.
Francusko-irański spór ma również własną, szczególnie ciężką historię. Mongrenier przypomina współpracę Paryża i Teheranu przy konsorcjum Eurodif na początku lat 70. XX wieku, późniejsze napięcia wokół tego przedsięwzięcia, a także kampanie terrorystyczne wymierzone we Francję, w tym zamach na koszary Drakkar w Bejrucie 23 października 1983 roku. Jego zdaniem ani polityka wyciągniętej ręki, ani deklaracje dobrej woli nie usuną strukturalnej wrogości Islamskiej Republiki Iranu wobec Zachodu, do którego Francja należy zarówno kulturowo, jak i strategicznie.
To rozpoznanie prowadzi do szerszego wniosku. Moskwa, Pekin i Teheran mogą różnić się interesami, metodami oraz zakresem współpracy, ale wszystkie te stolice postrzegają Zachód jako rzeczywistego przeciwnika, nawet jeżeli część zachodnich elit kwestionuje istnienie wspólnoty zachodniej albo unika posługiwania się jej nazwą. Zachód staje więc wobec paradoksu: jego przeciwnicy widzą go wyraźniej niż on sam i konsekwentniej wyciągają z jego istnienia polityczne konsekwencje.
Ameryka nie była światowym żandarmem
Mongrenier odrzuca popularne określenie Stanów Zjednoczonych mianem „światowego żandarma”. Ameryka była raczej „niechętnym szeryfem”, który nawet w latach 90. XX wieku, w okresie określanym jako moment jednobiegunowy, ostrożnie wybierał obszary i skalę własnego zaangażowania. Dopiero zamachy z 11 września 2001 roku wciągnęły Stany Zjednoczone w długotrwałą wojnę z terroryzmem, której koszty polityczne, wojskowe i społeczne wpłynęły na późniejszą niechęć Amerykanów do kolejnych wielkich interwencji.
Dzisiaj ograniczeniem nie jest wyłącznie liczebność amerykańskiej armii, lecz również stan zapasów amunicji i zdolność przemysłu do ich szybkiego odtworzenia. Waszyngton musi uwzględniać możliwość konfliktu z komunistycznymi Chinami w Cieśninie Tajwańskiej i na zachodnim Pacyfiku, a zarazem utrzymywać wiarygodność odstraszania w Europie oraz odpowiadać na kryzysy bliskowschodnie. W potencjalnej konfrontacji amerykańsko-chińskiej Rosja mogłaby, zdaniem Mongreniera, stać się wielkim zapleczem strategicznym Pekinu, co jeszcze silniej połączyłoby teatry działań uważane dotąd za odrębne.
Rozciągnięcie amerykańskiego potencjału pomiędzy Europę, Bliski Wschód i Azję Wschodnią nie jest zjawiskiem wyjątkowym. To klasyczny problem imperiów i wielkich mocarstw, które wraz z rozszerzaniem zobowiązań dochodzą do punktu, w którym muszą ustalać hierarchię interesów, przesuwać zasoby i pozostawiać część odpowiedzialności sojusznikom. Dla Europy oznacza to, że nawet najbardziej przyjazna administracja amerykańska będzie oczekiwać większego udziału państw europejskich w finansowaniu i organizowaniu własnej obrony.
„Donald Trump nie lubi Unii Europejskiej”
Francuski badacz rozdziela dwa zjawiska, które w europejskiej debacie często są traktowane jako jedno. Pierwszym jest trwały, ponadpartyjny zwrot Stanów Zjednoczonych w stronę Azji i związana z nim presja na bardziej sprawiedliwy podział ciężarów w NATO. Drugim pozostaje osobista niechęć Donalda Trumpa do Unii Europejskiej, której – według Mongreniera – nie można w pełni wyjaśnić strategicznym interesem Stanów Zjednoczonych.
W sposobie myślenia amerykańskiego prezydenta dominuje merkantylizm, sprowadzający stosunki międzynarodowe do bilansu bezpośrednich korzyści, kosztów, ceł i deficytów handlowych. Część otoczenia Donalda Trumpa postrzega zarazem Europę jako ideowe przedłużenie amerykańskiej Partii Demokratycznej, a więc nie tylko jako trudnego partnera gospodarczego, lecz także jako przeciwnika w sporze kulturowym i politycznym wewnątrz Stanów Zjednoczonych. W rezultacie Unia Europejska staje się dla Białego Domu podmiotem podejrzanym z samej swojej natury, nawet gdy silniejsza Europa byłaby obiektywnie korzystna dla amerykańskiej strategii.
Na tym polega jeden z najważniejszych paradoksów obecnej sytuacji. Europa zdolna ponosić większą część kosztów obrony pozwoliłaby Stanom Zjednoczonym przeprowadzić strategiczne przegrupowanie wymagane przez wzrost potęgi Chin Xî Jinpinga i znaczenia Indo-Pacyfiku. Osłabianie europejskiej spójności może natomiast utrwalać zależność kontynentu od amerykańskich zdolności wojskowych, a jednocześnie zwiększać frustrację Waszyngtonu z powodu niewystarczającego udziału Europejczyków w ponoszeniu wspólnych ciężarów.
Mongrenier przestrzega przy tym przed zbyt swobodnym nazywaniem Stanów Zjednoczonych imperium. Przywołuje określenie Raymonda Arona, który mówił o Ameryce jako o „republice imperialnej”, stale zmagającej się ze sprzecznością między wewnętrzną logiką republiki a zewnętrznymi wymaganiami hegemonii. Donald Trump nie stworzył tej sprzeczności, lecz uczynił ją bardziej widoczną, ponieważ znacznie ostrzej niż poprzednicy pyta, ile międzynarodowe przywództwo kosztuje Amerykę i jakie wymierne korzyści przynosi jej obywatelom.
Europa nie ma własnego stabilizatora, rola Polski
W obrębie Europy nie istnieje obecnie państwo zdolne przejąć historyczną rolę Stanów Zjednoczonych w NATO i na całym obszarze euroatlantyckim. „Stabilizator hegemoniczny” musi nie tylko dysponować odpowiednio silną armią, potencjałem nuklearnym, wywiadem i zapleczem przemysłowym, lecz także mieć polityczną wolę tworzenia reguł, organizowania wspólnych działań oraz gwarantowania bezpieczeństwa sojusznikom. Francja i Wielka Brytania posiadają broń jądrową oraz znaczące zdolności wojskowe, Niemcy największy potencjał gospodarczy w Unii, Polska rosnącą pozycję na wschodniej flance NATO, a Włochy strategiczne położenie na Morzu Śródziemnym, lecz żadne z tych państw nie może samodzielnie zastąpić Ameryki.
Odpowiedzią nie musi być jednak ani pełna strategiczna samotność Europy, ani próba budowy struktur konkurencyjnych wobec NATO. Mongrenier proponuje wzmocnienie europejskiego filaru wspólnoty euroatlantyckiej poprzez utworzenie grupy G5 złożonej z Francji, Wielkiej Brytanii, Niemiec, Polski i Włoch. Format ten, oparty jednocześnie na Unii Europejskiej i NATO, miałby być dyrektoriatem otwartym na udział innych państw zależnie od charakteru kryzysu, a w przyszłości mógłby przekształcić się w paneuropejską radę bezpieczeństwa z udziałem Ukrainy oraz członkami stałymi i niestałymi. Obecność Polski prezydenta Karola Nawrockiego w takim gronie nie byłaby jedynie gestem politycznym wobec Europy Środkowej. Oznaczałaby uznanie, że środek ciężkości europejskiego bezpieczeństwa przesunął się na wschód, a doświadczenie państwa graniczącego z obszarem rosyjskiej presji jest niezbędne przy podejmowaniu decyzji dotyczących całego kontynentu.
.Europejska autonomia nie oznaczałaby w takim modelu zerwania więzi transatlantyckiej, lecz zdolność do przejęcia części zadań wykonywanych dotąd przez Stany Zjednoczone. Europa musiałaby odbudować zapasy amunicji, rozwinąć produkcję uzbrojenia, wzmocnić rozpoznanie, logistykę i obronę powietrzną, a przede wszystkim stworzyć mechanizm podejmowania decyzji w sytuacji, gdy amerykańska pomoc byłaby ograniczona albo opóźniona. Spór o to, czy Europa jest partnerem, „drugim graczem” czy wasalem Ameryki, ma znaczenie drugorzędne, jeżeli nie towarzyszą mu rzeczywiste zdolności pozwalające wpływać na wspólne decyzje.
Jednocześnie udział Londynu pokazywałby, że europejskiej architektury bezpieczeństwa nie można ograniczyć do granic Unii Europejskiej, zwłaszcza gdy jedno z dwóch europejskich mocarstw nuklearnych pozostaje poza UE.
Zachód osłabia kryzys wiary we własną cywilizację
Najgłębsza część diagnozy Mongreniera nie dotyczy jednak liczby dywizji, wielkości magazynów amunicji ani europejskich formatów współpracy. W wydanym przez Presses Universitaires de France w maju 2026 roku Dictionnaire géopolitique du monde occidental badacz opisuje Zachód jako „cywilizację osoby”, ufundowaną na przekonaniu, że człowiek jest wolnym podmiotem moralnym. Z tej wizji wyrastają rządy prawa, prawa jednostki, odpowiedzialność osobista i możliwość poddawania władzy krytyce, a więc wartości, których obrona nie może ograniczać się do ochrony terytorium.
Zachód posiada silną tradycję samokrytycyzmu i właśnie ona pozwalała mu korygować własne błędy, ograniczać nadużycia władzy oraz rozszerzać zakres wolności. Problem zaczyna się wówczas, gdy krytycyzm zamienia się w przekonanie, że zachodnia historia jest wyłącznie historią przemocy, podboju i winy, a własna cywilizacja nie ma żadnej wartości zasługującej na obronę. Mongrenier określa ten stan mianem patologicznego kompleksu winy i porównuje go do załamania odporności, ponieważ wspólnota niezdolna odróżnić krytycznej refleksji od odrzucenia samej siebie traci wolę działania długo przed utratą materialnych środków obrony.
Dlatego kryzys Zachodu rozgrywa się jednocześnie na trzech poziomach. Stany Zjednoczone muszą zdecydować, jak pogodzić zwrot ku Azji z zachowaniem wiarygodnego przywództwa w świecie euroatlantyckim; Europa musi zbudować realne zdolności wojskowe i polityczne, nie niszcząc przy tym NATO; cały Zachód musi zaś odpowiedzieć na pytanie, czy nadal uważa własny model cywilizacyjny za godny obrony. Bez rozwiązania trzeciego problemu nie uda się trwale rozwiązać dwóch pierwszych, ponieważ armie, sojusze i instytucje są skuteczne tylko wtedy, gdy stoją za nimi społeczeństwa przekonane, że wiedzą, czego bronią.
Donald Trump jest w tej historii zarówno zagrożeniem, jak i katalizatorem. Jego niechęć do Unii Europejskiej może pogłębiać podziały po obu stronach Atlantyku, ale presja wywierana przez jego administrację zmusza Europejczyków do konfrontacji z wieloletnimi zaniedbaniami. Zachód przetrwa nie dzięki powrotowi do świata, w którym Ameryka bezwarunkowo finansowała bezpieczeństwo kontynentu, lecz dzięki nowemu podziałowi odpowiedzialności, w którym silniejsza Europa pozostanie częścią wspólnoty euroatlantyckiej, a Stany Zjednoczone nie pomylą przywództwa z doraźnym bilansem handlowym.
Kim jest Jean-Sylvestre Mongrenier?
Jean-Sylvestre Mongrenier jest francuskim doktorem geopolityki, dyrektorem ds. badań w Instytucie Thomasa More’a oraz badaczem związanym z Francuskim Instytutem Geopolityki na Université Paris VIII Vincennes-Saint-Denis. Specjalizuje się w geopolityce Europy, obronie europejskiej, NATO, relacjach rosyjsko-europejskich oraz strategicznym otoczeniu kontynentu. Jest również oficerem rezerwy francuskiej marynarki wojennej i autorem prac poświęconych Rosji, Turcji, Europie oraz światu zachodniemu.
Jego najnowsza książka Dictionnaire géopolitique du monde occidental, opublikowana w maju 2026 roku przez Presses Universitaires de France, jest próbą ponownego zdefiniowania Zachodu zarazem jako wspólnoty cywilizacyjnej i rzeczywistości geopolitycznej. Autor wychodzi z założenia, że rezygnacja z samego pojęcia Zachodu nie sprawi, iż znikną mocarstwa uznające go za przeciwnika. Przeciwnie, może jedynie pozbawić państwa zachodnie języka, którym mogłyby opisać wspólne interesy, wartości i zobowiązania.
Arkadiusz Jordan
Paryż



