Decyzja o budowie Gdyni była decyzją polityczną [Tomasz REMBALSKI]

Zanim powstał port i miasto, Gdynia funkcjonowała jako rozwijająca się wieś zróżnicowana społecznie – powiedział dr Tomasz Rembalski z Uniwersytetu Gdańskiego. Dodał, że zamożni gospodarze mieszkali w murowanych domach, działały cegielnie, tartaki i rzemiosło. 10 lutego br. Gdynia świętuje setną rocznicę nadania praw miejskich.

Piotr Mirowicz: Jak wyglądała Gdynia zanim rozpoczęła się jej gwałtowna urbanizacja w XX wieku?

Dr Tomasz Rembalski: Wbrew obiegowym mitom nie była to bajkowa osada biednych rybaków. Gdynia była zwyczajną wsią o typowym, jak na Pomorze, standardzie — zdecydowanie nie była „zabitą dechami dziurą”. Była to miejscowość rozwijająca się, szczególnie od momentu poprowadzenia przez nią linii kolejowej w 1870 roku.

Punktem zwrotnym okazała się jednak budowa przystanku kolejowego w latach 90. XIX wieku, o którą wystąpili sami mieszkańcy. Ułatwiło to handel produktami rolnymi i rybami, a także umożliwiło napływ turystów.

Jak więc wyglądała ta wieś w praktyce?

Dr Tomasz Rembalski: Z zachowanych materiałów dziennikarskich z okresu decyzji o budowie portu znamy głównie obrazy skrajnej biedy — walące się chałupy, lepianki kryte słomą. Takie obrazy są prawdziwe, ale przedstawiają jedynie najuboższych mieszkańców.

W każdej wsi istniał wyraźny podział społeczny. Trzon społeczności stanowili gospodarze, czyli po kaszubsku gburzy. Wśród nich byli zarówno Kaszubi, jak i Niemcy. Mieli oni robotników rolnych, na Pomorzu nazywanych po prostu chłopami.

Czyli zdjęcia krążące dziś m.in. w internecie pokazują tylko fragment rzeczywistości?

Dr Tomasz Rembalski: Dokładnie tak. Te fotografie były nośne propagandowo — z jednej strony rozwieszane na plaży sieci rybackie, z drugiej waląca się chałupa. Pasowało to do narracji o Polsce budującej „swój Nowy Jork”.

Jaka więc była Gdynia u schyłku XIX wieku?

Dr Tomasz Rembalski: Była to standardowa pomorska wieś okresu zaboru pruskiego. Zamożni mieszkańcy mieszkali w murowanych domach krytych dachówką lub w popularnych od lat 80. XIX wieku domach z erklem, pokrytych papą. Budownictwo było zunifikowane — istniała tzw. policja budowlana, która udostępniała gotowe projekty.

Czym zajmowali się mieszkańcy?

Dr Tomasz Rembalski: Najwięcej było rolników, ale nie brakowało innych zajęć. Funkcjonowały aż cztery karczmy — co świadczy o tym, że we wsi sporo się działo. Działały co najmniej dwie cegielnie: jedna w rejonie dzisiejszej galerii handlowej, druga u podnóża Kamiennej Góry.

Był też tartak parowy, wapniarnia oraz podstawowe rzemiosła: kowal, piekarz, dwóch rzeźników. Ponadto były dwie szkoły (katolicka i ewangelicka), agencja pocztowa z telegrafem i telefonem, stacja kolejowa, od 1908 r. Ochotnicza Straż Pożarna, a także dwudziestu trzech rybaków. W 1904 r. powstał dom kuracyjny, a do wybuchu I wojny światowej kilka dalszych pensjonatów wzdłuż nowej alei Kuracyjnej (obecnie ul. 10 Lutego).

Dlaczego właśnie tutaj zdecydowano się zbudować port?

Dr Tomasz Rembalski: Po traktacie wersalskim Polska otrzymała bardzo krótki odcinek wybrzeża. Inżynier Tadeusz Wenda analizował kilka lokalizacji. Rozważano m.in. Puck, Wielką Wieś (dzisiejsze Władysławowo), a nawet Tczew z przekopem do morza — co jednak przekraczało możliwości finansowe państwa.

Puck odpadał ze względu na niekorzystne prądy morskie wymagające stałego pogłębiania. W przypadku Jeziora Żarnowieckiego problemem była bliskość granicy z Niemcami i obawy o bezpieczeństwo.

Wenda uznał, że teren między Oksywiem a Gdynią ma bardzo dobrą redę i korzystne warunki hydrologiczne. Dodatkowym atutem była Pradolina Kaszubska — rozległe łąki należące w dużej części do jednego majątku, możliwe do jednorazowego wykupu, gdyż spekulacje gruntami w tamtym czasie nie należały do rzadkości.

Niektórzy bardzo się na tym wzbogacili.

Dr Tomasz Rembalski: Tak, zdarzali się pośrednicy, którzy wykupywali ziemię od Kaszubów za bezcen. Jedni mieszkańcy na tym stracili, inni zyskali całkiem sporo.

Jak długo trwała budowa portu?

Dr Tomasz Rembalski: Port tymczasowy zaczęto budować w 1921 r., w czasie, gdy wojna polsko-bolszewicka dobiegła końca. Konieczność wybudowania portu wynikała z trudności rozładunku zaopatrzenia wojskowego z Francji w porcie gdańskim. W 1922 r. po długich debatach Sejm przyjął ustawę w sprawie budowy „portu morskiego przy Gdyni na Pomorzu”. Uroczyste poświęcenie portu tymczasowego przy udziale najwyższych władz RP miało miejsce 23 kwietnia 1923 r. W 1924 r. ruszyły prace przy budowie właściwego portu. Uroczyste otwarcie miało charakter symboliczny, ponieważ port rozbudowywano jeszcze przez wiele lat — baseny portowe powstawały w głąb lądu, a nawet w czasie II wojny światowej Niemcy prowadzili dalszą rozbudowę.

Kim byli pierwsi mieszkańcy miasta Gdyni?

Dr Tomasz Rembalski: Powstała prawdziwa mozaika społeczna. Najwięcej osadników pochodziło z Pomorza i Wielkopolski. Później napływali także ludzie z centralnej Polski, Galicji i dawnych Kresów, choć stanowili mniejszość. Wśród inteligencji proporcje wyglądały inaczej — w zaborze pruskim było jej niewiele, natomiast Galicja miała jej nadmiar.

Czym zajmowali się pierwsi gdynianie?

Dr Tomasz Rembalski: Przede wszystkim byli to robotnicy. Gdynia funkcjonowała jako „polskie eldorado”, choć szybko okazało się, że potrzebni są głównie fachowcy. Wielu przyjezdnych, którzy nie znaleźli pracy, wracało w rodzinne strony.

Jak wyglądał proces osiedlania się?

Dr Tomasz Rembalski: Do miasta przyjeżdżali głównie młodzi mężczyźni, co spowodowało zachwianie proporcji między płciami. Gdy komuś udało się zdobyć pracę i mieszkanie, dopiero wtedy sprowadzał do Gdyni żonę. Potwierdzają to księgi metrykalne — mężczyźni pochodzący z kaszubskich parafii figurowali już jako mieszkańcy Gdyni, choć ślub brali jeszcze w miejscu pochodzenia, po czym osiedlali się w mieście na stałe.

Które wydarzenie najmocniej ukształtowało Gdynię?

Dr Tomasz Rembalski: Zdecydowanie decyzja o budowie portu. Bez niej Gdynia by nie powstała. Była to decyzja polityczna — gdyby Gdańsk znalazł się w granicach Polski, nie byłoby potrzeby budowy nowego portu. W takim wariancie Gdynia byłaby raczej miejscowością wypoczynkową, czymś pomiędzy Sopotem a Rumią, pełniącą funkcję zaplecza dla aglomeracji gdańskiej.

Jaką rolę odegrała Gdynia w budowaniu niezależności gospodarczej II Rzeczypospolitej?

Dr Tomasz Rembalski: Była kluczowa. Polska miała trudne relacje z sąsiadami — z Niemcami, Rosją Radziecką i Litwą — a port w Gdyni stał się jedynym realnym „oknem na świat”.

Dlatego do dziś żywy pozostaje mit Gdyni jako morskiej stolicy II Rzeczypospolitej. Miasto rzeczywiście odegrało w okresie międzywojennym fundamentalną rolę w funkcjonowaniu młodego państwa.

Rozmawiał Piotr Mirowicz/PAP

Gospodarczy cud nad Wisłą

.Gdy rodziła się II RP, wszystkie siły polityczne chciały zbudować państwo na wskroś nowoczesne. Idealistyczne plany bardzo szybko zderzyły się z brutalną rzeczywistością. Nowoczesne państwo nie mogło istnieć bez silnej gospodarki. Tymczasem jedynym znaczącym kapitałem, który posiadano, były kadry. Okazały się one jednak bezcennym atutem. Późniejszy prezydent Ignacy Mościcki międzynarodową sławę zdobył dzięki opracowaniu nowatorskich metod produkcji kwasu azotowego. Był też znakomitym dyrektorem Państwowej Fabryki Związków Azotowych w Chorzowie. Wspólnie z inż. Eugeniuszem Kwiatkowskim uczynił z niej najnowocześniejszą wytwórnię nawozów sztucznych w Europie. W 1928 r., będąc prezydentem, przeforsował budowę jeszcze większych Państwowych Zakładów Związków Azotowych w Tarnowie. Dzięki tym inwestycjom produkcja nawozów sztucznych w 1937 r. przekroczyła 42 tys. ton, czyniąc z II RP jednego z największych ich wytwórców na świecie.

Mający spory udział w tym sukcesie inż. Kwiatkowski z ramienia rządu nadzorował też budowę Gdyni. Nieposiadająca portu morskiego II RP musiała błyskawicznie wybić sobie okno na świat. Port i miasto, wzniesione na miejscu rybackiej wioski, zaprojektował w 1921 r. inż. Tadeusz Wenda, biorąc też na siebie kierowanie wielką inwestycją. W ciągu zaledwie dekady Gdynia wyrosła na jeden z największych nadbałtyckich portów. W 1924 r. zawinęło do niej 29 statków. Dziesięć lat później przypłynęło 4592. Wówczas po raz pierwszy wyprzedziła Gdańsk.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/andrzej-krajewski-gospodarczy-cud-nad-wisla/

W objęciach wielkiego kryzysu

.Głęboki kryzys ekonomiczno-polityczny z początku lat 30. zaowocował serią kolejnych. II Rzeczpospolita stała w obliczu nowych wyzwań – pisze Andrzej KRAJEWSKI.

„Przypomnę panu słynne zdanie Chłopickiego, który mówił – jeśli się nie mylę – w czasie boju o Olszynkę Grochowską, czyli o Warszawę: »Chciałeś rewolucji jeden z drugim, to strzelaj dobrze, bo kiepsko będzie«. Otóż powiedzmy sobie teraz otwarcie: Chciałeś Polski jeden z drugim – to płać, bo kiepsko będzie” – oznajmił poseł, referent generalny budżetu Bogusław Miedziński w wywiadzie udzielonym dziennikarzowi „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” Konradowi Wrzosowi.

Rok 1933 dla finansów państwa zapowiadał się katastrofalnie. Realne stawało się niebezpieczeństwo, że II RP utraci płynność finansową. Piłsudski w maju 1933 r. uwolnił od olbrzymiej odpowiedzialności swego przyjaciela Aleksandra Prystora, nakazując przekazanie teki premiera dotychczasowemu ministrowi wyznań religijnych i oświecenia publicznego Januszowi Jędrzejewiczowi.

Świadom zagrożenia prof. Zawadzki zaproponował na posiedzeniu rządu, by odwołać się do patriotyzmu Polaków, tak jak to zrobiono podczas wojny z bolszewicką Rosją, gdy rozprowadzano obligacje nazwane „Pożyczką Odrodzeniową”. Ich pełną spłatę państwo gwarantowało po 45 latach, co w niepewnych czasach odsuwało zobowiązanie wręcz na wieczność. Minister skarbu przekonał premiera Jędrzejewicza, a następnie Ignacego Mościckiego, żeby znów poprosić bezpośrednio obywateli o dobrowolne wsparcie, obiecując zwrot pieniędzy w odległym terminie.

Na początku września 1933 r. prezydent Mościcki podpisał dekret o „Pożyczce Narodowej”. Obywatelom zaproponowano obligacje na sumę 120 milionów złotych, oprocentowane na 6 procent rocznie, z przewidywanym terminem wykupienia ich przez państwo w roku 1944.

„Wytrwaliśmy zwycięsko wśród wstrząsów, których organizacje finansowe wielu krajów silniejszych gospodarczo niż nasz nie przetrzymały. Dziś, gdy najniebezpieczniejsze momenty są już za nami, musimy przez własne siły opanować pozostałe jeszcze trudności” – ogłosił w orędziu do narodu 5 września 1933 r. premier Jędrzejewicz.

Jednocześnie ukonstytuował się Komitet Obywatelski Pożyczki Narodowej, któremu przewodniczył marszałek Senatu Władysław Raczkiewicz. Weszli do niego przedstawiciele obozu władzy, armii, Kościołów i organizacji społecznych, m.in.: prymas August Hlond, przewodniczący BBWR Walery Sławek, generał Edward Rydz-Śmigły, żona Marszałka Aleksandra Piłsudska i jego brat Jan oraz wiele innych powszechnie znanych osób.

„Udział w pracy nad przetrwaniem przez podpisanie »Pożyczki Narodowej« jest obowiązkiem. Kto się odeń uchyli – winien zostać potępiony przez ogół jako ten, co dezerteruje z pola walki o lepszą przyszłość kraju” – ogłosił w pierwszej odezwie Komitet.

Jednak władze najwyraźniej nie do końca wierzyły w obywatelską skłonność do patriotycznych poświęceń, utworzyły więc urząd specjalnego komisarza rządowego mającego zająć się na co dzień przekonywaniem ludzi do zapisywania się na listę nabywców obligacji rządowych. Stanowisko to objął wiceminister skarbu Stefan Starzyński.

Przyszły prezydent komisaryczny Warszawy zabrał się do nowej pracy w sposób systematyczny i zorganizowany. Na początek wzywał do siebie na rozmowy przedstawicieli organizacji społecznych i branżowych, wymuszając deklarację, na jaką kwotę członkowie tych stowarzyszeń subskrybują pożyczkę. Najbardziej wpływowy Związek Przemysłu Polskiego, kierowany przez Andrzeja Wierzbickiego i Henryka Strasburgera, zadeklarował i następnie zakupił obligacje na kwotę 42 milionów złotych.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/andrzej-krajewski-w-objeciach-wielkiego-kryzysu/

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 7 lutego 2026