Dezinformacja utrudnia zwalczanie eboli

Coraz więcej mieszkańców wschodniego DR Konga unika szpitali, bo wierzy w teorie spiskowe o eboli – alarmuje belgijski zakaźnik Laurens Liesenborghs. Eksperci ostrzegają, że dezinformacja i ataki na ekipy pogrzebowe utrudniają powstrzymanie epidemii.

Epidemia rozwija się w regionie dotkniętym od lat konfliktami zbrojnymi

Fałszywe informacje i teorie spiskowe coraz mocniej komplikują walkę z epidemią eboli we wschodniej części Demokratycznej Republiki Konga. Belgijski lekarz Laurens Liesenborghs, zakaźnik z KU Leuven i Instytutu Medycyny Tropikalnej, powiedział flamandzkiemu nadawcy VRT NWS, że wielu mieszkańców regionu Ituri nie zgłasza się do szpitali, bo nie wierzy w istnienie choroby albo uważa, że została ona „wymyślona przez polityków lub cudzoziemców dla pieniędzy”.

Według lekarza szczególnie duże znaczenie ma nieufność wobec ośrodków leczenia eboli. – Dla wielu ludzi są to miejsca, w których dopiero naprawdę się choruje – tłumaczył Liesenborghs. Jak dodał, centra często powstają w pośpiechu, w namiotach odizolowanych od otoczenia, a pacjentami zajmują się osoby w kombinezonach ochronnych. – Jedna na dwie osoby nie wychodzi z takiego centrum żywa. To rodzi teorie spiskowe – mówił.

Epidemia rozwija się w regionie dotkniętym od lat konfliktami zbrojnymi, przesiedleniami i brakiem zaufania do władz. Liesenborghs wskazał też na kolonialne dziedzictwo systemu zdrowia, który był nastawiony przede wszystkim na izolowanie chorych i wygaszanie ognisk epidemii, a mniej na opiekę nad konkretnym pacjentem. Jego zdaniem obecna reakcja musi być bardziej „ludzka”: izolacja pozostaje konieczna, ale powinna iść w parze z opieką, rozmową z rodzinami i współpracą z lokalnymi liderami.

Fałszywe informacje i teorie spiskowe coraz mocniej komplikują walkę z epidemią eboli

Ciała osób zmarłych na ebolę pozostają silnie zakaźne, dlatego bezpieczne pogrzeby prowadzone przez przeszkolone zespoły są jednym z kluczowych elementów walki z epidemią. Jak opisywał „New York Times”, wolontariusze Czerwonego Krzyża w Kongu ryzykują nie tylko zakażeniem, lecz także agresją ze strony społeczności, które boją się, że bliscy zostaną pochowani bez tradycyjnych rytuałów. Dochodziło już do ataków na pracowników medycznych i ekipy pogrzebowe.

Według agencji Reuters, powołującej się na ONZ, obecna epidemia objęła już ponad 1,3 tys. osób w DRK, a 377 chorych zmarło. WHO ostrzega, że ognisko wciąż rozwija się szybciej, niż pozwala na to odpowiedź służb, a zagrożeniem pozostają nie tylko zakażenia, lecz także przemoc wobec personelu medycznego, fake newsy i opór wobec procedur pogrzebowych.

Na miejscu pomocnicy próbują przełamywać nieufność przez współpracę z lokalnymi przywódcami i osobami, które przeżyły ebolę. – Możemy wrócić z nimi do społeczności i pokazać: byłem chory, leczono mnie i to nieprawda, że w ośrodku daje się ludziom chorobę – mówił Liesenborghs. Jak podkreślił, bez odbudowy zaufania nawet najlepsze procedury sanitarne nie wystarczą do zatrzymania epidemii.

PAP/NZ

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 30 czerwca 2026