Donald Trump nie zrezygnował z Grenlandii

Prezydent USA Donald Trump nie zrezygnował z Grenlandii – oświadczył szef duńskiej dyplomacji Lars Lokke Rasmussen. Polityk przypomniał jednocześnie, że amerykańsko-duńsko-grenlandzka grupa robocza ws. przyszłości wyspy „robi postępy”.
Rozmowy toczą się wokół zwiększenia obecności wojskowej USA na Grenlandii
.Donald Trump po spotkaniu z sekretarzem generalnym NATO ponownie zarzucił sojusznikom we wpisie na platformie Truth Social, że nie pomogli Ameryce w wojnie z Iranem i nie pomogą jej w kolejnym kryzysie. „PAMIĘTAJCIE GRENLANDIĘ, TEN WIELKI, ŹLE ZARZĄDZANY KAWAŁEK LODU!!!” – napisał, odnosząc się do sprzeciwu NATO wobec przekazania Grenlandii USA.
Lokke Rasmussen podkreślił, że „nie ma interesu w eskalacji konfliktu z USA poprzez szczere wyrażanie opinii na temat sposobu użycia słów na temat Grenlandii”. – Grupa robocza, która powstała po mojej (styczniowej) wizycie w Waszyngtonie kontynuuje prace i robi postępy – przypomniał.
Według mediów rozmowy toczą się wokół zwiększenia obecności wojskowej USA na Grenlandii. Obecnie Amerykanie użytkują na północnym-zachodzie wyspy bazę kosmiczną Pituffik na mocy duńsko-amerykańskiego porozumienia z lat 50.
Aneksja Grenlandii wymagałyby zgody Kongresu, który prawdopodobnie nie dałby na to zezwolenia
.Duńska gazeta „Berlingske” zauważa, że „Donald Trump zaczął krytykować działania NATO po amerykańsko-izraelskim ataku na Iran, a potem znów pojawiła się kwestia Grenlandii, ponieważ postrzega wyspę jako transakcję wiązaną”.
„Czy powinniśmy martwić się oświadczeniem Donalda Trumpa w sprawie Grenlandii?” – pyta autor. „Tak, ale to nie oznacza, że znajdujemy się w tak zaognionej sytuacji jak w styczniu” – podkreśla. Na początku roku Donald Trump straszył interwencją wojskową na Grenlandii, a w tym samym czasie kilka państw NATO na prośbę Danii wzięło udział w ćwiczeniach na wyspie. „Kwestia Grenlandii będzie aktualna, dopóki nie nastąpi zmiana władzy w Waszyngtonie” – przewiduje.
Jak zauważa „Berlingske”, zarówno ewentualne wyjście USA z NATO, jak i aneksja Grenlandii wymagałyby zgody Kongresu, który prawdopodobnie nie dałby na to zezwolenia.
Zmierzch dyplomacji
.Nie ma co do tego dwóch zdań: w tym nowym świecie ambasady, ambasadorzy i zawodowi dyplomaci, ze swoją kindersztubą, ukończonymi akademiami dyplomatycznymi i profesjonalną dyskrecją, są coraz bardziej oczywistym przeżytkiem – pisze Jan ROKITA.
Przeglądnąłem ostatnio – w zasadzie przypadkiem – „Tracker Ambasadorów” publikowany w sieci przez Amerykańskie Towarzystwo Służby Zagranicznej (AFSA) i z zaskoczeniem zauważyłem, iż USA nie obsadzają coś ok. połowy stanowisk swoich ambasadorów w obcych krajach. I tylko w nielicznych przypadkach wynika to z przewlekłych procedur zatwierdzania szefów placówek dyplomatycznych albo z politycznych konfliktów na linii prezydent – Kongres USA.
Lwia część ambasadorskich wakatów bierze się po prostu z tego, że Departament Stanu i Biały Dom najwyraźniej nie widzą powodu, aby zawracać sobie głowę kwestią, która z perspektywy amerykańskich interesów wydawać się musi drugo-, jeśli nie trzeciorzędna. Czasami za owymi wakatami stoi polityczna premedytacja, jak w przypadku obłożonej sankcjami Rosji czy wrogiej Wenezueli, gdzie Ameryka dąży do obalenia komunistycznego reżimu.
Ale szefowie amerykańskiej polityki zagranicznej w ciągu niemal roku od objęcia władzy przez Donalda Trumpa nie zadali sobie też trudu, aby choć znaleźć kandydata i rozpocząć procedurę nominacyjną ambasadorów w takich państwach, kluczowych dla amerykańskiej polityki i interesów USA, jak choćby Niemcy, Korea Południowa, Arabia Saudyjska, Kuwejt czy Pakistan. Z każdym z tych krajów w ciągu ostatniego roku Waszyngton utrzymuje ożywione kontakty polityczne, a sam prezydent rozmawia z ich przywódcami i nawet składa im wizyty, organizowane niekiedy z prawdziwym rozmachem (jak w Arabii Saudyjskiej). Rzecz chyba tylko w tym, że ani prezydent, ani sekretarz stanu nie potrzebują już do tego celu nie tylko ambasadorów, ale w ogóle całego systemu klasycznej dyplomacji.
Ameryka nie jest w tej mierze przykładem odosobnionym. Unia Europejska coraz mocniej ścieśnia personel swojej Służby Działań Zewnętrznych, tworzonej w sumie nie tak dawno, bo zaledwie półtorej dekady temu, z wielkim naonczas entuzjazmem na przyszłość.
Co najmniej dziesięć unijnych ambasad (zwanych nie wiedzieć czemu „delegaturami”) objętych jest właśnie redukcjami zatrudnienia. A przecież w wizji twórców traktatu lizbońskiego, który powoływał do życia unijną służbę dyplomatyczną, miała ona stanowić istotny czynnik budowy nowego, lepszego świata, propagując na całym globie ideał demokracji, a przy okazji budując sławną „miękką siłę”, z jaką Unia miała oddziaływać na świat. Ale dziś po tamtych nadziejach nie ma nawet śladu, a znaczenie unijnych dyplomatów w praktyce z roku na rok maleje, może z wyjątkiem takich stolic, jak Kijów, Kiszyniów czy Belgrad, gdzie hipotetyczne członkostwo w Unii i unijna pomoc są ciągle kluczowymi wątkami tamtejszej polityki. W ciągu obecnego roku również Wielka Brytania przystąpiła do cięć liczebności swego personelu dyplomatycznego, docelowo aż o ¼ (to niemal pogrom brytyjskich dyplomatów), a Niderlandy zmniejszają finansowanie swojej dyplomacji o 10 proc., zamykając zarazem pięć swoich zagranicznych placówek.
Wydaje się, że tym razem mamy do czynienia z trendem prawdziwego zmierzchu dyplomacji, a nie tylko jakąś koincydencją zdarzeń w różnych krajach, albo koniecznością cięć budżetowych. A w każdym razie ów trend jest z pewnością widoczny w państwach demokratycznego Zachodu, gdzie w obliczu szybkich przemian kultury politycznej klasyczna dyplomacja staje się anachroniczna, a być może nawet zbędna. Przede wszystkim z powodu rewolucji w kulturze politycznej komunikacji.
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/jan-rokita-zmierzch-dyplomacji/
PAP/MB





