Entuzjazm wokół kuchni włoskiej po decyzji UNESCO będzie długotrwały

We Włoszech nie minie entuzjazm po wpisaniu przez UNESCO kuchni włoskiej na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego ludzkości - ocenił profesor nauk o żywności Fabio Parasecoli z New York University. Jak zaznaczył, za przywiązaniem Włochów do ich kuchni stoi też ogromny przemysł.

We Włoszech nie minie entuzjazm po wpisaniu przez UNESCO kuchni włoskiej na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego ludzkości – ocenił profesor nauk o żywności Fabio Parasecoli z New York University. Jak zaznaczył, za przywiązaniem Włochów do ich kuchni stoi też ogromny przemysł.

Włoska kuchnia na liście UNESCO

.Dnia 10 grudnia kuchnia włoska została wpisana na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego ludzkości jako pierwsza na świecie uznana w całości. Pochodzący z Rzymu profesor Fabio Parasecoli, pracujący na uniwersytecie w Nowym Jorku na wydziale nauk o żywności zauważył: – Decyzja UNESCO to efekt wysiłków podejmowanych od wielu lat. Tymczasem, zwłaszcza za granicą, tworzone są kopie włoskiej żywności, co przynosi szkody włoskiemu przemysłowi. Jest na przykład parmesan jako kopia sera Parmigiano Reggiano.

Naukowiec zwrócił też uwagę na powszechne na świecie zjawisko określane jako Italian sounding, czyli strategię marketingową, polegającą na używaniu włosko brzmiących nazw, symboli i kolorów do promowania produktów, które udają włoskie, ale nie mają nic wspólnego z Italią i jej tradycją kulinarną.

– Wobec takich zjawisk zrodził się impuls, by chronić włoską żywność. Faktycznie jednak to, co jest chronione i uznane przez UNESCO, to nie konkretne dania czy produkty, ale kultura gastronomiczna i kulinarna oraz to, jak Włosi podchodzą do jedzenia w codziennym życiu; jak utrzymywana jest tradycja, jak dzielą się jedzeniem i gromadzą się przy stole – podkreślił Fabio Paresecoli w czasie rozmowy w stacji Polskiej Akademii Nauk w Rzymie.

Dodał następnie, że uznano też lokalną, regionalną różnorodność włoskiej tradycji kulinarnej. – Nie istnieje jedna włoska kuchnia, ale seria połączeń i wymiany tradycji, która tworzy ją jako całość – zauważył. Jego zdaniem interesujące jest teraz to, jak włoscy producenci żywności oraz cała branża gastronomiczna będzie interpretować decyzję agencji ONZ.

Zaznaczył: – Ciekawy jest przypadek Francji. Kiedy UNESCO wpisało na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego „repas gastronomique des Français”, czyli francuski posiłek gastronomiczny, to znaczy tradycję celebrowania posiłków, niektórzy producenci żywności zaczęli umieszczać na swoich produktach etykietkę z napisem UNESCO. A ta organizacja nie daje takich etykietek.

– Jest zatem trudność w zrozumieniu dokładnego znaczenia i wartości tej decyzji o wpisaniu na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego ludzkości. Zobaczymy, jak to będzie działać. Warto zauważyć, że rząd Giorgii Meloni kładzie wielki nacisk na produkcję włoskiej żywności. Zobaczymy, co przyniesie ta konfrontacja między ideą UNESCO a praktyką produkcji.

Profesor Parasecoli zapytany o to, czy jego zdaniem minie entuzjazm we Włoszech, panujący tuż po ogłoszeniu tej decyzji, odpowiedział: – Według mnie nie minie, bo naprawdę bardzo wielu Włochów jest przywiązanych do rodzimej żywności, a za tym przywiązaniem stoi też cały przemysł i gastronomia.

– Dlatego myślę, że nadana temu zostanie dodatkowa wartość. Tak było, gdy Włochy promowały dietę śródziemnomorską, wpisaną w 2010 roku na listę UNESCO. Dla włoskich producentów to był ważny moment, który dobrze wykorzystali.

Włoska kuchnia za Oceanem

.Wykładający w USA profesor z Rzymu pytany o włoską kuchnię za Oceanem wyjaśnił: – Istnieje tam i ta oryginalna, i ta, którą można określić mianem wspomnianego Italian sounding. Jest kuchnia włosko-amerykańska, bo Włosi są tam od końca XIX wieku. W ciągu tych około 150 lat stworzyli tam kuchnię związaną w jakiś sposób z ich krajem pochodzenia, ale rozwiniętą też w całkowicie inny sposób. Nie musi to być nawet tzw. Italian sounding, ale dania i tradycja, których my we Włoszech po prostu nie mamy.

– Kolacja Siedmiu Ryb, czyli włosko-amerykańska tradycja wigilijna, polegająca na podaniu różnych dań z ryb i owoców morza, to bardzo utrwalony tam zwyczaj. Ale ja mam też moją własną opinię na ten temat. Otóż włoscy imigranci byli w Stanach Zjednoczonych w kontakcie z Polakami, bo oni też byli katolikami. Polacy podczas tradycyjnej Wigilii mają 12 potraw, w tym ryby. Według mnie Włosi mogli zaczerpnąć z tej tradycji. Ale nie mam na to dowodów, to tylko moja teoria – powiedział prof. Parasecoli.

– Jest też inne zjawisko w ostatnich 20-25 latach. Bardzo młodzi włoscy kucharze przyjeżdżają do USA i tam oferują taką samą kuchnię, jaka jest we Włoszech. Są więc w Ameryce restauracje z daniami z regionu Emilia-Romania, Wenecja Euganejska, z Sardynii – stwierdził włoski naukowiec.

O swojej pracy uniwersyteckiej i studiach nad żywnością powiedział: – To nauka interdyscyplinarna, połączenie historii, kultury, ekonomii, polityki i mediów, analiza podejścia do jedzenia jako faktu społecznego. Patrząc na to, jak przygotowywane i konsumowane jest jedzenie, można poznać kulturę i społeczeństwo.

– Teraz bardzo dużo mówi się o jedzeniu. To jest także moda, ważny temat w mediach. Młodzi ludzie we Włoszech chcą teraz zostać kucharzami. To zawód cieszący się dużym uznaniem i szacunkiem powiedział profesor Parasecoli.

Wyraził także opinię, że zbyt duże przywiązanie do przepisów i nadmierna wierność tradycji kulinarnej nie ma sensu z historycznego punktu widzenia, bo jedzenie stale się zmieniało i zmienia.

– Pomyślmy o flagowym daniu: makaron z sosem pomidorowym. Pomidory dotarły do Italii w XVI wieku. Przez dwa stulecia były tylko rośliną ozdobną. Dopiero potem zaczęły być powoli konsumowane, aż wreszcie powstał sos pomidorowy. Tak teraz jest we Włoszech z owocami kiwi, które przybyły w ostatnich 30 latach – przypomniał. Włoski naukowiec, który jest też znawcą polskich tradycji kulinarnych, pytany o swoje ulubione polskie danie odparł: – Żurek, bo tak całkowicie różni się od tego, co znałem. Posmakował mi od pierwszej chwili.

W trosce o relacje międzyludzkie

.Absolutnie niewystarczające jest proste zabieranie im smartfona i dostępu do komputera. Cyfrowy detoks musi zostać starannie przygotowany i przemyślany. Niezbędne jest też wsparcie dla osób, które się go podejmują, i dawanie dobrego przykładu przez niespędzanie w szczególności całego wolnego czasu przed komputerem czy telefonem, lecz poświęcanie go rodzinie – pisze prof. Michał KLEIBER na łamach „Wszystko co Najważniejsze”.

Jechałem ostatnio tramwajem otoczony grupą kilkunastu ludzi, nie tylko młodych, i stwierdziłem ze zdumieniem, że literalnie wszystkie te osoby były nieustannie wpatrzone w swoje smartfony, często nie rezygnując z tego nawet przy wysiadaniu. Wielu bezkrytycznych użytkowników internetu z pewnością uważa, że w takich zachowaniach nie ma nic złego, bo internet to przecież najlepsze źródło informacji i zdobywania wiedzy, pozwalające na skuteczne rozwijanie w świecie cyfrowym swoich zainteresowań i pasji. Osoby te powołują się na przykład na to, żepodczas korzystania z sieci odczuwają spokój odrywający je od codziennych kłopotów oraz zdobywają ciekawe nowe informacje. 

Wbrew takim stwierdzeniom sytuacja jest jednak daleka od jednoznaczności, a korzyści są niestety tylko jednym obliczem cyfrowego świata. Nieustanne korzystanie z urządzeń elektronicznych przez tak wiele osób budzi coraz powszechniejsze przekonanie o pilnej potrzebie zmian w naszych zachowaniach, a niekiedy wywołuje nawet przerażenie konsekwencjami serfowania. 

Ponad połowa internautów, także znaczna część tych doceniających korzyści, twierdzi bowiem, że czuje się przytłoczona cyfrowym światem i wręcz traci w sieci poczucie normalności swego życia. Permanentna obecność w sieci najgorsze skutki przynosi zaś wielu użytkownikom nastoletnim, twierdzącym, że od korzystania ze smartfonów mają zawroty głowy i niedosypiają, bo nie potrafią zrezygnować z cyfrowego świata nawet w nocy. Aż 3/4 uczniów polskich szkół przyznaje, że im i ich rodzinom przydałby się czas bez dostępu do internetu, choć paradoksalnie nie zmieniają swoich sieciowych działań.

W kontekście problemu nadmiernego korzystania z internetu za zmianę prawdziwie rewolucyjną uznać należy pojawienie się smartfonów, powodujących, że internet zaczął towarzyszyć wszystkim naszym czynnościom. Okazało się to przełomem nie tylko technologicznym, ale i kulturowym. Do popularności smartfonów przyczyniły się aplikacje: programy, które w łatwy i atrakcyjny sposób umożliwiają zaspokajanie różnych potrzeb w dowolnym momencie i sprowadzają na drugi plan telefoniczną funkcję urządzenia. Niełatwo w to uwierzyć, ale na rynku jest dzisiaj dostępnych ok. 9 mln różnych aplikacji mobilnych. Jak pokazują sondaże, statystyczny użytkownik smartfona ma w swym urządzeniu kilkadziesiąt aplikacji, a ich przeglądanie zajmuje mu ok. 90 proc. czasu obecności w sieci. 

Dla wielu ludzi wręcz trudne stało się dzisiaj odróżnianie rzeczywistości cyfrowej od realnej. Uczniowie i studenci, mając ze sobą na lekcjach bądź wykładach smartfony lub laptopy, mają na przykład dużą trudność z odpowiedzią na pytanie, ile czasu spędzili na uważnym słuchaniu wykładowców, a ile na równoczesnym przeglądaniu mediów społecznościowych lub na oglądaniu memów. Na szczególne ryzyko wystawieni są ludzie młodzi, a liczne badania jednoznacznie wskazują na przykład, że uzależnieni od sieci studenci osiągają znacząco gorsze wyniki w nauce. Nie inaczej jest jednak także z osobami dorosłymi, zwłaszcza pracującymi w trybie zdalnym. 

Powiedzmy więc dobitnie, że kłopoty związane z patologicznym uzależnieniem od internetu (ang. internet addiction disorder), polegające na nałogowym wykorzystywaniu internetu, a mediów społecznościowych w szczególności, w istotny sposób zmieniają zasady normalnego życia. Powszechny dostęp do internetu sprawił bowiem, że do świata wirtualnego możemy przenieść się w dowolnym miejscu i czasie. 

Jesteśmy świadomi, że przez całą dobę docierają do nas powiadomienia z portali społecznościowych, nowe wiadomości z komunikatorów oraz cała masa informacji w formie artykułów, podcastów i filmów. Pojawia się zatem strach, że coś może nas ominąć, gdy nie będziemy online. Takie uzależnienie od internetu określane jest jako syndrom FOMO (ang. fear of missing out), który może powodować pogłębienie psychicznej zależności od korzystania z sieci. Uzależnienie od internetu definiowane jest często jako dysfunkcjonalny system zachowań związanych z korzystaniem z internetu, czego rezultatem jest utrata kontroli nad czasem i sposobem korzystania z internetu oraz znaczące pogorszenie funkcjonowania w środowisku społecznym, zawodowym i innych istotnych obszarach życia.

Prowadzona w Wielkiej Brytanii szeroka debata na temat zagrożeń internetowych dla dzieci pokazała dwie główne charakterystyki problemu. Pierwsza to fakt, iż w rozwiniętych krajach praktycznie wszystkie dzieci po ukończeniu ok. 12 lat mają dzisiaj smartfony i aktywnie z nich korzystają przez parę godzin dziennie. Druga cecha to statystycznie wykazane znaczne pogorszenie u dzieci stanu zdrowia psychicznego, prowadzące do częstych depresji, a nawet do samobójstw. Badania wykazują ścisłe powiązanie tych czynników – zarówno powszechność smartfonów, jak i wyraźne pogorszenie stanu zdrowia dzieci rozpoczęły się ok. 10 lat temu i od tego czasu ta zależność jest coraz bardziej widoczna. Stwierdzono, że istnieje wyraźna zależność między czasem korzystania ze smartfona a stanem zdrowia – im dłużej dziecko przegląda internet, tym większe są tego niekorzystne konsekwencje zdrowotne. W dodatku wykazano, że choćby tylko tygodniowa rezygnacja z przeglądania internetu owocuje zmniejszeniem częstotliwości występowania stanów depresyjnych.

Opublikowane studium badaczy z Uniwersytetu w Hongkongu, którzy wzięli pod lupę przedstawicieli 31 krajów z 7 regionów świata, odsetek „siecioholików” szacuje na 6 proc., co przy obecnej liczbie internautów na świecie wynoszącej ponad 5,5 mld daje ok. 330 mln osób uzależnionych od internetu. Dla zobrazowania skali problemu warto porównać go ze statystykami dotyczącymi narkomanii, czyli uzależnienia traktowanego jako poważne zagrożenie. Według ONZ z nielegalnymi środkami odurzającymi ma kontakt od 3,5 do 7 proc. populacji świata, mamy więc do czynienia z podobnymi rozmiarami problemu – cały tekst [LINK].

PAP/ Sylwia Wysocka/ LW

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 26 grudnia 2025