Eugeniusz Kwiatkowski i jego losy po wojnie

Wnuczka Eugeniusza Kwiatkowskiego, Julita Maciejewicz-Ryś podkreśliła, że dziadka ceni za to, że nigdy nie narzekał. Eugeniusz Kwiatkowski nie skarżył się na swoją sytuację, a przecież miał powody. Maciejewicz-Ryś wspominała rozmowie z m.in. powojenne losy twórcy Gdyni.
„Nakazano mu opuszczenie Wybrzeża”
.Wnuczka Eugeniusza Kwiatkowskiego, wicepremiera i budowniczego Gdyni, dr Julita Maciejewicz-Ryś, urodziła się w czasie II wojny światowej i poznała dziadka już po wojnie.
– Dziadek, jako członek rządu, był w czasie wojny internowany w Rumunii i przebywał tam razem z żoną i młodszą córką, natomiast moja mama spędziła wojnę w kraju. Dopiero po okupacji, kiedy dziadek został zaproszony przez ówczesne władze, aby przyjechał pomóc w odbudowie odzyskanego, dużego wybrzeża, spotkałam dziadka po raz pierwszy. Miałam wtedy trzy lata. Decyzja o powrocie do Polski była dla niego trudna, miał świadomość, że wraca do kraju, który przez aliantów został pozostawiony w sowieckiej strefie wpływów – powiedziała PAP Julita Maciejewicz-Ryś. Jak dodała, jej dziadek zgadzając się na powrót postawił swoje warunki: będzie się zajmował wyłącznie gospodarką i nie będzie zmuszany do wstąpienia do partii.
– Warunki te zostały przez władze przyjęte. Ja i mój starszy brat mieszkaliśmy z dziadkami w Sopocie w Willi Claaszena aż do 1948 roku – wspominała. – Dziadek był bardzo sympatycznym człowiekiem. Najbardziej podziwiałam w nim, że kiedy całe dnie jako szef Delegatury Rządu do Spraw Wybrzeża był w terenie i organizował, koordynował odbudowę portów, miast, kiedy wracał wieczorem do domu, od razu zamieniał się w troskliwego dziadka – mówiła Maciejewicz-Ryś i zaznaczyła, że nigdy nie wymawiał się zmęczeniem, gdy trzeba się było zajmować dziećmi.
Wspominała, że dziadek codziennie przy kolacji opowiadał wnukom tworzoną na poczekaniu bajkę w odcinkach, której bohaterowie mieli imiona podobne do imion wnuków – bajka o księżniczce „Dżulicie” i dzielnym rycerzu „Il Jacko”. – Traktuję to, jako jedno z najmilszych wspomnień z tamtych czasów, kiedy atmosfera dookoła była nie najlepsza, ale dla mnie, jako dziecka, ten okres spędzony z dziadkami w Sopocie był takim szczęśliwym dzieciństwem – wspominała Maciejewicz-Ryś i zaznaczyła, że dziadek się bardzo starał o to, żeby do wnuków nie docierały problemy, jakie miał z władzami.
Wnuczka Eugeniusza Kwiatkowskiego wspominała, że wraz z upływem czasu sytuacja inżyniera Kwiatkowskiego zmianiała się – był oskarżany przez władze m.in. o to, że hamuje socjalistyczne przemiany, dopuszcza kapitał zagraniczny do stoczni, popiera rozwój prywatnych firm. Doprowadziło to do rozwiązania umowy z inżynierem i nakazania mu opuszczenie Wybrzeża. Ten zakaz pobytu na Wybrzeżu był tak rygorystyczny, że gdy w 1951 roku zmarła w Gdyni matka Kwiatkowskiego, aby móc przyjechać na jej pogrzeb, musiał się starać o jednodniową przepustkę. Nigdy więcej nie pojawił się na Wybrzeżu, a żył do 1974 roku. Dostał również zakaz zamieszkania w Warszawie i Poznaniu.
Maciejewicz-Ryś podkreśliła też, że dziadek był niesamowitym gawędziarzem i, jak wspominał Jan Nowak-Jeziorański, miał niezwykły dar wymowy, który przydawał mu się w całej karierze do przekonywania ludzi do realizacji różnych jego koncepcji.
Wspominała też, że jako dziadek spędzał z wnukami tyle czasu, ile tylko mógł. – Potrafił być takim ciepłym i sympatycznym dziadkiem, ale też pozwalał wnukom mieć odrębne zdanie na jakiś temat, tylko trzeba było je logicznie uzasadnić. Zawsze miałam takie wrażenie, że w rozmowie traktuje nas całkiem poważnie i jesteśmy dla niego równymi partnerami – wspominała wnuczka Eugeniusza Kwiatkowskiego i dodała, że dziadek miał wielkie poczucie humoru i dystans do samego siebie, co pomagało w pokonywaniu bariery wiekowej między nim a wnukami. Jak wspomina, dziadek często ja chwalił, a ona postanowiła sobie, że będzie dostarczała dziadkom powodów do dumy. – Bo widziałam, że im to sprawia wielką przyjemność – zaznaczyła i dodała, że to udawało się jej zwłaszcza na studiach, bo jeszcze w liceum wlokło się za nią odium wnuczki przedwojennego ministra, co czasem wpływało na jej oceny. – Dziadek często opowiadał o zdarzeniach sprzed wojny, ale trudno było zorientować się, jaka była w tym jego rola, bo nie używał słowa ja, natomiast chętnie chwalił swoich współpracowników. Protestował, gdy nazywano go „ojcem Gdyni” określając swój udział w tym przedsięwzięciu na 10 procent – wspominała wnuczka Kwiatkowskiego.
Maciejewicz-Ryś powiedziała też, że jej dziadek, choć po wojnie został posłem, nigdy nie mógł w Sejmie zabrać głosu, bo zawsze okazywało się, że lista dyskutantów jest już zamknięta. Nie wszedł również do Komisji Morskiej, nie było dla niego tam miejsca.
– Kiedy byłam kilkuletnim dzieckiem i do dziadka przychodzili różni ludzie pytając „Czy jest pan minister? Czy jest pan premier?”, to ja myślałam, że to są imiona dziadka, bo nie wiedziałam, kto to jest premier czy minister, nikt w ogóle nie mówił w domu, że dziadek był premierem – dodała Maciejewicz-Ryś. Jej babcia miała na imię Leokadia, a dziadek mówił do niej „Tuneczko”, więc jako dziecko sądziła, że myślała, że „premier” to po prostu kolejne imię dziadka.
Maciejewicz-Ryś o działalności dziadka i o tym, czego dokonał, dowiadywała się trochę okrężną drogą, z różnych publikacji, ale nie od samego dziadka. – Nie wspominał, w czym sam brał udział.
Eugeniusz Kwiatkowski (1888-1974) – polski chemik, wicepremier (1935-1939), minister przemysłu i handlu (1926–1930), minister skarbu (1935–1939)
.Wnuczka Eugeniusza Kwiatkowskiego podkreśliła, że gdy zakazano mu nie tylko pracy ale i prowadzenia wykładów, które wcześniej miał w Wyższej Szkole Handlu Morskiego oraz na Uniwersytecie Jagiellońskim, sytuacja materialna rodziny była bardzo trudna. Zwłaszcza że Eugeniuszowi Kwiatkowskiemu bezprawnie odebrano wtedy niewielki majątek pod Krakowem, który nie podlegał reformie rolnej.
– Zaczął wtedy pisać książki chemiczne, bo z wykształcenia był chemikiem i w młodości pracował naukowo w tej dziedzinie. Ale miał spore trudności z cenzurą, gdy pisał o różnych osiągnięciach chemicznych domagano się, by najpierw wymieniać radzieckie pomysły czy wynalazki. Co jakiś czas te książki się jednak ukazywały i pozwalały nieco poprawić budżet domowy – wspominała Maciejewicz-Ryś podkreślając, że dziadka najbardziej ceni za to, że nigdy nie narzekał i nie skarżył się na swoją sytuację, a przecież miał powody.
– Otóż nie ma takiej osoby, która usłyszałaby od niego choć jedno słowo skargi, że tyle zrobił, a teraz boryka się z problemami – powiedziała wnuczka inżyniera Kwiatkowskiego i dodała, że dopiero za Gierka podwyższono mu emeryturę. Wcześniej miał bardzo niskie uposażenie, ponieważ miał zaledwie pięćdziesiąt dziewięć lat, kiedy rozwiązano z nim wszystkie umowy i zakazano podemjmowania jakiejkolwiek pracy. Wnuczka podkreśliła, że bardzo ceni dziadków za to, że problemy związane z trudnym życiem po wojnie w żadnym stopniu nie wpływały na pogodną atmosferę panującą w ich domu.
Eugeniusz Kwiatkowski (1888-1974) – polski chemik, wicepremier (1935-1939), minister przemysłu i handlu (1926–1930), minister skarbu (1935–1939) II Rzeczypospolitej. Poza budową portu w Gdyni przyczynił się do powstania polskiej floty handlowej.
Zamieszanie na Bałtyku
.Ataki na kable przesyłu danych i połączenia energetyczne odbywają się na dnie morza. Ale ich prawdziwym celem jest ląd i nasz proces decyzyjny. Wojna w „szarej strefie” to bowiem nie tylko sabotaż, ale także zastraszanie, subwersja, przekupstwo i inne formy wyrządzania szkód i siania chaosu. Żadna z nich nie jest pełnowymiarowym konfliktem zbrojnym. Ale wszystkie mają wspólny mianownik: wprowadzają zamieszanie – pisze Edward LUCAS
Przypisanie wrogim państwom winy za te działania nie jest łatwe. Urzędnicy muszą wykluczyć chuligaństwo, działalność przestępczą, a nawet zrządzenie losu. Niebezpieczeństwo eskalacji jest oczywiste, do czego zachodni decydenci podchodzą z niepokojem. Każda reakcja wiąże się z wyzwaniami, ryzykiem lub kosztami. Jednak bezczynność stwarza fatalny precedens bezkarności napastników.
Trwający kilka tygodni impas w sprawie należącego do Chin statku towarowego Yi Peng 3 jest tego smutnym przykładem. Statek ten – jak uważają śledczy – celowo przeciągnął kotwicę po dnie Bałtyku, aby zniszczyć dwa kable danych na żądanie Rosji. Jednak polityczna nieśmiałość, chowająca się pod płaszczykiem prawa międzynarodowego, ograniczyła reakcję na to działanie. Konwencja Narodów Zjednoczonych o prawie morza (UNCLOS) zapewnia silną ochronę każdemu statkowi na wodach międzynarodowych. Prawo „nieszkodliwego przepływu” oznacza, że można płynąć tam, gdzie się chce i kiedy się chce, bez rejestrowania się na pokładzie, przeszukiwania czy zawracania. Stany Zjednoczone podkreśliły stanowczo, że jeśli kraje NATO złamią w Europie tę zasadę dla swojej wygody, Komunistyczna Partia Chin zacznie ingerować w żeglugę handlową wokół Tajwanu. Stany Zjednoczone ujawniły również informacje wywiadowcze, które pomniejszały (w sposób niebudzący przekonania) prawdopodobieństwo sabotażu.
Ponadto nikt nie chciał wdawać się w bójkę z mściwą Komunistyczną Partią Chin, której łatwo zajść za skórę. Kiedy w 2021 r. Litwa symbolicznie zacieśniła oficjalne więzi z Tajwanem, władze w Pekinie odpowiedziały bezlitosną mieszanką różnorakich sankcji, w tym również handlowych. Europejscy sojusznicy Litwy się pochowali, zapamiętując tę lekcję na przyszłość.
Podczas trwającego miesiąc impasu w cieśninie Kattegat Niemcy próbowały łagodnych negocjacji z Chińczykami. Skończyło się na tym, że fińscy, duńscy, niemieccy i szwedzcy urzędnicy złożyli symboliczną wizytę na Yi Peng 3. Nie pozwolono im jednak na przeprowadzenie właściwego dochodzenia. Mimo tego po wizycie pozwolono statkowi po prostu odpłynąć. Było to katastrofalne rozstrzygnięcie. Powstała w ten sposób „nowa norma”, zgodnie z którą Rosja może wykorzystywać chińskie okręty do niszczenia infrastruktury państw NATO bez żadnych poważnych konsekwencji dla żadnej z zaangażowanych stron. Uwydatniło to również braki w zakresie odstraszania: większość krajów zachodnich nie wie, jak reagować na tego rodzaju ataki.
Ale nie wszyscy. Odpowiedź na atak na połączenie energetyczne Estlink 2 między Finlandią a Estonią przeprowadzony przez Rosję w Boże Narodzenie – w którym uszkodzone zostały również cztery kable danych – była zupełnie inna. Zareagowano szybko i zdecydowanie. Fiński personel bezpieczeństwa wszedł na pokład i w oczekiwaniu na policyjne dochodzenie przejął podejrzanego sprawcę, statek Eagle S.
Należy jednak podkreślić, że tych dwóch epizodów nie można porównywać jeden do jednego. Eagle S nie jest własnością Chin, lecz częścią rosyjskiej „floty cieni” łamiącej sankcje, co czyni go znacznie łatwiejszym celem. Finlandia otrzymała silne wsparcie ze strony UE i NATO, nie zaś hamujące interwencje z Waszyngtonu. Galaretowaty rząd Niemiec również nie był zaangażowany w tę sytuację. Jedynym innym bezpośrednio zainteresowanym krajem jest Estonia, przez dziesięciolecia pozostająca synonimem zdecydowanej reakcji na rosyjską agresję w szarej strefie.
Co będzie dalej? Stawiam na surowe milczenie. Nalot na należący do Rosji kompleks Airiston Helmi na południowo-zachodnim archipelagu Finlandii w 2018 r. był największą operacją bezpieczeństwa w historii kraju przeprowadzoną w czasie pokoju. Od tego czasu urzędnicy nie powiedzieli prawie nic o znalezionym tam zestawie szpiegowskim i sabotażowym. Dyscyplina komunikatów jest częścią „dominacji eskalacyjnej”, polegającej na utrzymywaniu drugiej strony w niepewności co do tego, co wiemy i co możemy powiedzieć lub zrobić. Ma to kluczowe znaczenie dla odstraszania – i jest bardzo potrzebne.
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/edward-lucas-ataki-na-kable-przesylu-danych/
PAP/MB



