Europa i jej mieszkańcy nie są w stanie pośredniczyć w zawarciu porozumienia [Andrew Michta]

Andrew MICHTA, politolog i autor Wszystko co Najważniejsze ocenia, dlaczego Europa i jej mieszkańcy zostali po raz kolejny pominięci podczas ustaleń na samym szczycie globalnej polityki.

Rosja wierzy że odniesie zwycięstwo a bezsilna Europa i jej mieszkańcy tylko wzmagają te przekonanie

.Autor opisuje, że wśród lawiny komentarzy na temat wysiłków prezydenta USA mających na celu pośredniczenie w zawarciu porozumienia pokojowego między Rosją a Ukrainą jasne jest, że:

1. Europejczycy nie są w stanie pośredniczyć w zawarciu porozumienia, ponieważ nie dysponują zasobami wojskowymi, aby je skutecznie wyegzekwować i politycznie odstraszać swoich przeciwników.

2. Nie chcą podejmować ryzyka.

„Putin zniszczył wszelkie pozory stabilności systemowej w Europie, ponieważ jest zdeterminowany, by użyć siły militarnej do osiągnięcia geopolitycznych zwycięstw. Do 2022 roku spotykał się jedynie z ustępstwami. Nawet po 2022 roku Zachód kontynuował samodyscyplinę, koncentrując się na zarządzaniu eskalacją. Rzeczywistość jest taka, że przywódcy w Europie poza wschodnią flanką NATO nie powiedzieli swoim obywatelom wprost, jak niebezpieczna stała się ich sytuacja i w jakim stopniu Zachód nie jest już w stanie powstrzymać rosyjskiej agresji. Dwie dekady polityki ustępstw sparaliżowały Europę” – zaznacza Andrew MICHTA.

W jego ocenie Putin wierzy, że odniesie zwycięstwo, że w końcu złamie opór Ukrainy i jeszcze bardziej zastraszy Zachód, zmuszając go do ustępstw. „Obawiam się, że żadna deklaratywna polityka ze strony przywódców popierających Ukrainę tego nie zmieni, jeśli nie okażemy determinacji” – dodaje.

„Ostatnie miesiące obnażyły brutalną rzeczywistość podziału władzy w Europie, pokazując, że słabsza, ale zmobilizowana Rosja może nadal narzucać swoje plany bogatszemu, ale zdemobilizowanemu kontynentowi”.

Polska może ustrzec się naszych błędów

.Francja jest narodem, Europa nie. Europa jest federacją narodów. Jest niezbędna, ale nie zastępuje państw narodowych. Nie ma europejskich obywateli, nie ma europejskiego patriotyzmu, nawet w obliczu pewnych zagrożeń – mówi Jean SÉVILLIA w rozmowie z Nathanielem GARSTECKA

Nathaniel GARSTECKA: W swojej nowej książce Les habits neufs du terrorisme intellectuel definiuje Pan intelektualny terroryzm jako lewicową kontrolę nad kwestiami politycznymi, społecznymi i kulturowymi, aż do powołania prawdziwej policji myśli. Opisuje Pan ideologiczną ewolucję lewicy w drugiej połowie XX wieku, od radzieckiego raju do szczęśliwej globalizacji. Jakie jest ideologiczne „oprogramowanie” intelektualnego terroryzmu w latach 20. XXI wieku?

Jean SÉVILLIA: Odziedziczyliśmy ideologiczną wizję, która w zasadzie nie zmieniła się w swoich ogólnych zarysach od przełomu XX i XXI wieku. Nadal mamy wizję społeczną i kulturową, w której jednostka ma pierwszeństwo przed społeczeństwem. Tak więc prawa jednostki są w pewnym sensie deifikowane, stają się czymś nietykalnym. Jest to dziedzictwo ideologii praw człowieka z lat 90., gdzie w imię praw jednostki zapominamy o naszych obowiązkach wobec społeczeństwa, a wszelkie indywidualne roszczenia, czy to polityczne, czy społeczne, stają się uzasadnione. W rezultacie nasze społeczeństwo rozpada się, ponieważ istnieje teraz tyle systemów wartości, ile jest jednostek: każdy ma prawo do skonstruowania własnej wizji, która jest uważana za uzasadnioną. Zapominamy o ograniczeniach, zapominamy o tym, co jednostka jest winna społeczeństwu. Skupiamy się całkowicie na tym, co społeczeństwo jest winne jednostce. Jest to rodzaj idealnej wizji świata złożonego z jednostek, a nie zbiorowości, społeczeństw i społeczności.

Weźmy za przykład swobodę przemieszczania się. Ludzie mają teraz takie samo prawo do życia we Francji, jak i w Afryce. Afrykańczyk ma prawo mieszkać we Francji lub gdziekolwiek indziej w Europie, innymi słowy, migracja stała się pewnego rodzaju prawem człowieka. Wszystkie tożsamości są teraz mniej lub bardziej pogardzane i uważane za niebezpieczne i alienujące. Musimy więc uwolnić ludzi od ich tożsamości, tożsamości religijnych, tożsamości narodowych, tożsamości cywilizacyjnych, tożsamości seksualnych i tak dalej. Każdy może teraz budować swoją tożsamość tak, jak chce. Afrykanin może stać się Europejczykiem (ale odwrotnie nie jest to możliwe, spójrzmy prawdzie w oczy), mężczyzna może stać się kobietą i vice versa. Niemniej jednak ideologia woke, która przychodzi do nas ze Stanów Zjednoczonych, nie jest niczym innym jak powrotem do francuskiego myślenia z maja 1968 roku, które było właśnie myśleniem dekonstrukcji.

Istnieją jednak dwa nowe akcenty ideologiczne. Z jednej strony mamy do czynienia z tak zwaną kwestią społeczną, kwestiami płci, transtożsamości seksualnej… To całkiem nowe, ponieważ debata ta nie istniała w latach 80. i 90. ubiegłego wieku. To konsekwencja myślenia z maja 1968 roku. Tak jak wszystko można zdekonstruować, tak samo można zdekonstruować tożsamość seksualną. Innym nowym faktem jest to, że wersja antyrasizmu woke wytworzyła odwrotny rasizm. Antyrasizm w latach 90. polegał już na wzbudzaniu w białych poczucia winy, ale idea ta została odwrócona do tego stopnia, że antyrasizm stał się rasizmem. Mam na myśli w szczególności wszystkie te nurty, również wywodzące się ze Stanów Zjednoczonych, które mają na celu klasyfikowanie ludzi według koloru ich skóry. Na przykład we Francji byliśmy świadkami pojawienia się spotkań i konferencji, na które „nierasowi”, czyli biali ludzie, nie mają wstępu. To oszałamiające, gdy się nad tym zastanowić. Ta wspólnotowa wizja, wraz z islamolewicą, prowadzi do klasyfikowania ludzi według ich szczególnej tożsamości, co jest paradoksem, ponieważ antyrasizm lat 80. i 90. miał być formą uniwersalizmu.

– Kiedy rozmawia się z komunistami w „starym stylu”, wydają się oni nieco zażenowani ideologią woke, tym nowym skrajnym progresywizmem. Czy w tym kontekście możemy zacytować słynne powiedzenie, że rewolucja pożera własne dzieci?

– Dokładnie tak. Rewolucjonista zawsze znajdzie kogoś bardziej rewolucyjnego od siebie. W każdej rewolucji jest idea, że istnieją czyści, którzy są rdzeniem rewolucji, i że ci czyści w końcu napotykają tych czystszych od siebie i są eliminowani. Jest to proces, który ma na celu znalezienie idealnego rewolucjonisty, podczas gdy w rzeczywistości jest to proces oczyszczania: zawsze kończy się eliminacją części ludzkości, która przez najczystszych jest uważana za gorszą. To system totalitarny. Komunizm wyeliminował swoich przeciwników, uważanych za wrogów klasowych. Następnie nazizm wyeliminował Żydów, którzy zostali uznani za wrogów rasowych. Uważa się, że są obywatele, którzy są godni, i ci, którzy nie są. Ci, którzy są niegodni, są demonizowani, oczerniani i traktowani jako obywatele drugiej kategorii.

– Pomiędzy rokiem 2000, rokiem publikacji książki Le terrorisme intellectuel, a rokiem 2025, rokiem jej reedycji, minęło ćwierć wieku obfitujące w wydarzenia polityczne. Wyborcze przebudzenie prawicy i uwolnienie słowa wskazują, że obywatele są w stanie zbuntować się przeciwko ideologicznej dominacji lewicy. Pisze Pan jednak, że bitwa jest daleka od wygranej. Jak daleko zaszliśmy?

– Nie ma wątpliwości, że od pierwszych lat XXI w. mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem „nowych reakcjonistów”. Byli to ludzie tacy jak Alain Finkielkraut czy Michel Onfray, intelektualiści, którzy wywodzili się z lewicy i zerwali z nią, ale którzy odmawiają nazywania siebie prawicowymi ze względu na swoją osobistą historię. Są to ludzie, którzy obiektywnie przyjęli raczej konserwatywne stanowisko. Na przykład, jeśli chodzi o władzę, imigrację, szkołę lub naród, wypowiadają się konserwatywnie, co de facto stawia ich na prawicy, nawet jeśli nie chcą używać tego słowa.

Następnie, w drugiej dekadzie XXI w., pojawił się nurt konserwatywny, który był widoczny na przykład w „Manif pour tous” (szeroka mobilizacja przeciwko małżeństwom homoseksualnym) i ruchu Érica Zemmoura, przy czym ten ostatni był znaczącym łamaczem tabu. Widzieliśmy również pojawienie się młodych eseistów, młodych dziennikarzy i młodych historyków, którzy opublikowali książki sprzeciwiające się poprawności politycznej. Miałem szczęście, że ich wyprzedziłem, ponieważ publikowałem na początku XXI wieku, na przykład z Elizabeth Lévy. W tamtych czasach byliśmy dość odizolowani. Teraz jest nas więcej. 

Z jednej strony mamy poziom intelektualistów, a z drugiej to, co dzieje się w społeczeństwie. We francuskim społeczeństwie główne nośniki idei są nadal zdominowane przez lewicę. Media są nadal zdominowane przez lewicę. 70 proc. dziennikarzy głosuje na lewicę. Świat edukacji pozostaje zdominowany przez lewicę. Świat kultury, ze wszystkimi jego stowarzyszeniami i instytucjami kulturalnymi, jest nadal zdominowany przez lewicę. Wymiar sprawiedliwości, a przynajmniej część sądownictwa, jest nadal bliski lewicy.

Więc tak, być może w debacie na temat idei jest teraz miejsce dla prawicy, dla konserwatywnego myślenia, ale w głębi, w codziennym funkcjonowaniu francuskiego społeczeństwa instytucje, które kształtują mentalność, które wpływają na sposób myślenia i rozumowania Francuzów, są nadal zdominowane przez lewicę. Dlatego mówię, że bitwa nie została jeszcze wygrana.

– „Studio Cyrila Hanouny nie jest już salonem literackim Bernarda Pivota” – pisze Pan w swojej książce. I przekonuje, że prawica była w stanie wykorzystać wstrząs medialny spowodowany eksplozją kanałów informacyjnych i demokratyzacją internetu. Czy nie pomaga to określić prawicy jako populistycznej? 

– Nie, ponieważ nie mylę prawicy z Cyrilem Hanouną. Nie jestem też jego przeciwnikiem. Po prostu nie oglądam tego typu programów. Jest mnóstwo innych mediów, które można uznać za prawicowe, a które nie są populistyczne. A to, że prawica bierze pod uwagę oczekiwania francuskiego społeczeństwa, niekoniecznie oznacza, że jest populistyczna. W rzeczywistości termin ten został wymyślony przez lewicę, aby zdyskwalifikować oczekiwania społeczeństwa w zakresie bezpieczeństwa, dążenia do porządku i kontroli imigracji. Myślę, że to normalne, że kobiety chcą chodzić wieczorem po ulicy bez narażania się na ataki i że nie jest to odruch populistyczny.

– W latach 80. we Francji mogło osiedlać się ok. 100 000 obcokrajowców rocznie. Dziś liczba ta wzrosła do 400 000. Niektórzy na prawicy, ekonomicznej i liberalnej, uważają to za bardzo dobrą rzecz, ponieważ „gospodarka potrzebuje rąk do pracy”. Jak wyjaśnić ten paradoks?

– Niektóre dane wskazują nawet na 500 000 nowo przybyłych obcokrajowców rocznie – to zatrważające.

Tak jak jest kilka lewic, jest też kilka prawic. Jest prawica finansowa, jest prawica patriotyczna, jest prawica tradycjonalistyczna. Prawica jest wygodną etykietą, ale obejmuje bardzo różne rzeczywistości. Dla nich sprowadzenie imigrantów oznacza sprowadzenie taniej siły roboczej, bez oglądania się na konsekwencje socjalne, na społeczeństwo, na szkoły, na edukację, na bezpieczeństwo… Jest więc część prawicy, która jest całkowicie ślepa na tę kwestię, to oczywiste. Gospodarka jest ważna, wręcz kluczowa, ale to tylko jeden z elementów politycznego osądu. Nie można patrzeć tylko na korzyści ekonomiczne, ponieważ zawsze w końcu za nie płacimy w ten czy inny sposób. 

– Z drugiej strony postępowcy i feministki wzywają nas do zaprzestania posiadania dzieci w celu ratowania planety. Czy intelektualny terroryzm toruje drogę do Wielkiego Zastąpienia?

– Tak, ta moda na „no kids” to czyste szaleństwo. Na szczęście ogranicza się ona do pewnej części populacji: ludności miejskiej i postępowej. Ta niechęć do rodziny, do posiadania dzieci, do transmisji, jest formą samobójstwa w czasach, gdy do Europy napływają fale migracyjne z całego świata. Jest to więc przyjemność burżuazji, burżuazji bohemy. Są bardzo szczęśliwi, jeżdżą na rowerach po miastach, gdzie żyją między sobą, jedząc kaszę bulgur, ale nie widzą, że tworzą bardzo mały świat, który powoli, ale z pewnością jest zatapiany.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/jean-sevillia-polska-moze-ustrzec-sie-naszych-bledow

PAP/MB



Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 20 sierpnia 2025