Bogatsi zaczynają mieć więcej dzieci niż biedniejsi. Świat wchodzi w epokę, której demografia jeszcze nie zna

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu jednym z największych lęków Zachodu było przeludnienie. Dziś coraz więcej danych wskazuje, że problem XXI wieku może być dokładnie odwrotny. Jesús Fernández-Villaverde i Patrick Norrick przekonują, że globalna dzietność prawdopodobnie spadła już poniżej poziomu zastępowalności pokoleń. Co więcej, jej załamanie nie ogranicza się do Europy, Japonii czy Korei Południowej. Najszybciej zmieniają się społeczeństwa średnio- i niskodochodowe, a w wielu krajach – osoby mniej zamożne i gorzej wykształcone. Jeśli autorzy mają rację, świat znalazł się na demograficznej „terra incognita”: obszarze, dla którego nie istnieje historyczna mapa.
Jesús Fernández-Villaverde, ekonomista z University of Pennsylvania, i Patrick Norrick z Northwestern University zatytułowali swoje najnowsze opracowanie świadomie: „Terra Incognita: The Economics of a Shrinking World”. Nie chodzi wyłącznie o efektowną metaforę.
Ich podstawowa teza brzmi, że ludzkość znalazła się w sytuacji, której – przynajmniej w dostępnych danych – wcześniej nie doświadczyła. Według ich szacunków globalny współczynnik dzietności w 2026 r. prawdopodobnie spadł już poniżej poziomu zapewniającego zastępowalność pokoleń. Nie stało się tak ani podczas wielkich wojen, ani epidemii. Obecna sytuacja jest wynikiem powolnego, lecz coraz bardziej powszechnego przeobrażenia sposobu, w jaki współczesne społeczeństwa organizują rodzinę, pracę, edukację i życie prywatne. W poście opublikowanym przy okazji pracy Fernández-Villaverde jeszcze mocniej podkreśla skalę zjawiska. Dzietność spada szybko w krajach bogatych i biednych, na Wschodzie i Zachodzie, Północy i Południu, w społeczeństwach liberalnych i konserwatywnych. Spadki obserwowane są również w społecznościach muzułmańskich oraz – choć dane są tam słabszej jakości – coraz wyraźniej w Afryce Subsaharyjskiej. To właśnie uniwersalność zjawiska jest najbardziej zagadkowa.
Nie tylko Europa nie ma dzieci
.Przez lata opowieść o kryzysie demograficznym była stosunkowo prosta. Bogate społeczeństwa miały coraz mniej dzieci. Im wyższe dochody, urbanizacja i wykształcenie kobiet, tym niższa dzietność. Biedniejsze państwa przechodziły natomiast klasyczną transformację demograficzną: najpierw spadała śmiertelność dzieci, później – z pewnym opóźnieniem – liczba urodzeń. Ekonomiści potrafili ten proces całkiem dobrze opisać. Rodzice, którzy nie musieli już mieć pięciorga czy sześciorga dzieci, by dwoje lub troje dożyło dorosłości, zaczynali inwestować więcej środków w mniejszą liczbę potomstwa. Wiejska gospodarka wymagająca wielu rąk do pracy ustępowała gospodarce miejskiej, w której wieloletnia edukacja dziecka stawała się coraz kosztowniejsza. Oczekiwano jednak, że transformacja kiedyś się zatrzyma. Dzietność miała zejść z pięciu czy sześciu dzieci do okolic dwóch. Społeczeństwa miały wejść w nowy stan równowagi: niska śmiertelność, niska dzietność, mniej więcej stabilna populacja. Tak się nie stało.
W latach 80. XX wieku Japonia i Włochy zaczęły schodzić znacznie poniżej poziomu zastępowalności. Później dołączyły Hiszpania, Grecja i Korea Południowa. Jeszcze można było uznawać je za przypadki szczególne – rezultat wyjątkowo drogich mieszkań, problemów młodych ludzi na rynku pracy czy specyficznych stosunków między rolami kobiet i mężczyzn. Dzisiaj podobne zjawisko obejmuje jednak kraje, których jeszcze niedawno nikt nie umieszczałby w demograficznej awangardzie. Według przywołanych przez Fernández-Villaverdego i Norricka danych współczynnik dzietności w 2025 r. wynosił około 0,87 w Tajlandii, 1,01 w Kolumbii, 1,35 w Iranie i 1,52 w Brazylii. Meksyk znalazł się na poziomie około 1,51, choć jego PKB na mieszkańca według parytetu siły nabywczej stanowi zaledwie około 28 proc. amerykańskiego. Tunezja znalazła się jeszcze niżej – około 1,45 przy dochodzie stanowiącym mniej niż jedną piątą poziomu USA. Dawna zależność między bogactwem i dzietnością zaczyna się więc odwracać.
Bogatsi zaczynają mieć więcej dzieci niż biedniejsi
.To jeden z najciekawszych elementów całej analizy. Fernández-Villaverde zwraca uwagę, że w państwach OECD korelacja między dochodem na mieszkańca a dzietnością stała się już dodatnia. Autorzy stawiają hipotezę, że za kilkadziesiąt lat podobną zależność możemy obserwować w skali całego świata. Jeszcze ciekawsza zmiana zachodzi wewnątrz samych państw.
Tradycyjnie większą liczbę dzieci miały kobiety biedniejsze i słabiej wykształcone. W najnowszych danych zależność ta słabnie, a w niektórych miejscach zaczyna się odwracać. Fernández-Villaverde szczególnie podkreśla w swoim wpisie, że współczesny spadek dzietności koncentruje się właśnie wśród kobiet biedniejszych i należących do niższej klasy średniej. Autorzy pracy wskazują podobne zjawisko wśród kobiet wysoko wykształconych. W Stanach Zjednoczonych różnica w poziomie bezdzietności między nimi a pozostałymi grupami wyraźnie się zmniejszyła. Dziecko – paradoksalnie – zaczyna pod pewnymi względami przypominać dobro luksusowe.
Zamożna rodzina może kupić opiekę nad dzieckiem, pomoc domową, większe mieszkanie, edukację, transport i czas. Rodzina o niższych dochodach odczuwa każdy z tych kosztów znacznie mocniej. To bardzo ważna zmiana. Oznacza bowiem, że demograficzne załamanie nie jest już prostym produktem bogactwa. Może być produktem nowoczesności.
219 państw zmierza w tym samym kierunku
.Aby uporządkować skalę zjawiska, Fernández-Villaverde i Norrick przeanalizowali dane dotyczące 236 państw i terytoriów od 1950 do 2023 r. Ich model wyodrębnia wspólny globalny czynnik oraz trendy charakterystyczne dla poszczególnych krajów. Wynik jest niezwykły.
Spośród 236 analizowanych państw i terytoriów 219 posiada trend spadkowy. Przeciętne tempo zmiany wynosi około minus 0,062 dziecka na kobietę rocznie. Autorzy nie znajdują przy tym w analizowanym okresie przekonujących oznak, że spadki zaczynają się stabilizować. Globalny wspólny czynnik osiąga maksimum w 1978 r., a następnie maleje. Jednocześnie nie oznacza to, że wszystkie państwa zachowują się identycznie. Wręcz przeciwnie – zwiększa się rozrzut wyników, ponieważ poszczególne społeczeństwa wchodzą w kolejne etapy transformacji demograficznej w różnym czasie.
Najgwałtowniejsze spadki dotyczą właśnie państw znajdujących się pomiędzy dawnym modelem wysokiej dzietności a współczesnym modelem bardzo niskiej dzietności. W modelu autorów do najszybciej zmieniających się należą m.in. Tajlandia, Mongolia, Tunezja, Chiny, Algieria i Iran. Nie mamy więc do czynienia z jednym europejskim kryzysem demograficznym. Mamy do czynienia z globalną falą przechodzącą przez poszczególne społeczeństwa w różnym momencie.
Dlaczego zejście z 1,8 do 1,3 jest tak łatwe?
.Jednym z najbardziej przekonujących fragmentów opracowania jest prosta arytmetyka. Wyobraźmy sobie sto kobiet. Piętnaście pozostaje bezdzietnych. Dziesięć ma jedno dziecko, sześćdziesiąt – dwoje, dziesięć – troje, a pięć – czworo. Łącznie rodzi się 180 dzieci. Współczynnik dzietności wynosi więc 1,8.
Co trzeba zrobić, aby zjechać do ekstremalnie niskiego poziomu 1,3? Znacznie mniej, niż można się spodziewać. Liczba bezdzietnych kobiet rośnie z 15 do 26. Dwadzieścia trzy mają jedno dziecko, 46 – dwoje, a pięć – troje. Trzy czwarte kobiet może zachowywać się zasadniczo tak samo jak wcześniej, a mimo to współczynnik dzietności spada z 1,8 do 1,3. To dlatego, że dzieci – jak zauważają autorzy – „występują w liczbach całkowitych”.
Nie można mieć 1,7 dziecka. Jeżeli wystarczająco wiele osób przesunie się z dwójki do jedynki albo z jedynki do zera, statystyczny obraz całego społeczeństwa zmienia się radykalnie. Jeszcze ważniejszy jest inny element tej arytmetyki. Społeczeństwo, w którym niemal wszyscy zatrzymują się na dwójce dzieci, już nie osiąga zastępowalności pokoleń. Potrzebna jest zauważalna liczba rodzin z trojgiem i czworgiem dzieci. A właśnie takie rodziny znikają najszybciej.
Dlaczego dzieci jest coraz mniej?
.Tutaj kończy się pewność. I to jest jedna z najmocniejszych stron opracowania Fernández-Villaverdego i Norricka: autorzy nie udają, że posiadają prostą odpowiedź. Rozważają kilka najczęściej wymienianych mechanizmów. Pierwszym jest ekonomiczny koszt dzieci.
Droższe mieszkania utrudniają młodym ludziom zakładanie rodzin i przeprowadzkę do większego lokum. W części badań posiadanie własnego mieszkania rzeczywiście zwiększa prawdopodobieństwo urodzenia dziecka. Problem polega na tym, że wysokie ceny nieruchomości nie mogą tłumaczyć spadku dzietności w tych częściach świata, gdzie mieszkania pozostają relatywnie tanie. Drugi mechanizm to polityka państwa. Świadczenia rodzinne, urlopy rodzicielskie czy tańsze mieszkania mogą zwiększać liczbę urodzeń. Badania pokazują jednak zazwyczaj efekty realne, lecz niezbyt duże.
Przykład Chin jest szczególnie interesujący. Polityka jednego dziecka wydaje się oczywistym kandydatem do wyjaśnienia dzisiejszej demografii Państwa Środka. Tymczasem Tajwan, który nie wprowadził jej odpowiednika, osiągnął jeszcze niższą dzietność. To sugeruje, że za zmianą musi stać coś głębszego.
Smartfon przyspieszył rewolucję, ale jej nie stworzył
.Trzecią popularną odpowiedzią są smartfony i media społecznościowe. Istnieją badania sugerujące związek między upowszechnieniem smartfonów a spadkiem liczby ciąż – szczególnie wśród nastolatków. Mechanizm wydaje się intuicyjny: mniej spotkań twarzą w twarz, mniej związków, mniej seksu, późniejsze partnerstwo. Fernández-Villaverde i Norrick pozostają jednak ostrożni.
Zwracają uwagę na Włochy: tam dzietność wynosiła już 1,19 w 1995 r., a więc ponad dekadę przed pojawieniem się iPhone’a. W 2025 r. była niewiele niższa. Smartfony trudno więc uznać za pierwotną przyczynę. Mogły natomiast działać jako akcelerator kulturowy.
Normy społeczne, które dawniej potrzebowały dwóch pokoleń, aby przenieść się między społeczeństwami, dziś mogą rozpowszechniać się w ciągu kilku lat. To pozwala zrozumieć, dlaczego Gwatemala mogła zejść z około 3,8 dziecka na kobietę w 2005 r. do około 1,9 dwadzieścia lat później.
Najbardziej niepokojąca hipoteza: sama nowoczesność
.Autorzy dochodzą ostatecznie do wyjaśnienia bardziej spekulatywnego, ale zarazem najbardziej interesującego. Być może problemem jest nowoczesność sama w sobie. Nie kapitalizm. Nie jedna konkretna polityka. Nie internet. Nowoczesność rozumiana jako społeczeństwo wielkich organizacji, formalnych kwalifikacji, specjalistycznej wiedzy, rozbudowanej biurokracji i długich ścieżek awansu.
W takim świecie dziecko trzeba przygotować do uczestnictwa w systemie wymagającym kilkunastu czy dwudziestu kilku lat edukacji. Trzeba zapewnić mu zajęcia, szkołę, kompetencje, mieszkanie, czas i uwagę. Rodzicielstwo stało się więc – szczególnie w klasie średniej – przedsięwzięciem niezwykle intensywnym. Nowoczesność czyni trzecie dziecko drogim, a bezdzietność tanią – tak można streścić centralną intuicję autorów.
Dawniej dzieci były również częścią ekonomii gospodarstwa domowego. Pracowały, pomagały, a w dorosłości zabezpieczały starość rodziców. Dziś pralki, zmywarki i inne technologie wyeliminowały znaczną część pracy domowej, którą kiedyś wykonywali młodsi członkowie rodziny. System emerytalny zastąpił dzieci jako zabezpieczenie starości. Państwowa opieka zdrowotna ograniczyła ekonomiczną konieczność posiadania potomstwa.
Anonimowe, wielkomiejskie społeczeństwo nie nakłada zaś na bezdzietność takiego kosztu społecznego jak tradycyjna wspólnota. Jednocześnie życie zawodowe organizowane przez wielkie instytucje tworzy niezwykle sztywne harmonogramy. Najważniejsze lata budowania kariery wypadają dokładnie wtedy, kiedy biologicznie najłatwiej jest mieć dzieci.
Rewolucja kobiet, która zatrzymała się w domu
.Do tego dochodzi problem wskazywany przez Claudię Goldin. Nowoczesność zmieniła sytuację kobiet znacznie szybciej w świecie edukacji i pracy niż wewnątrz gospodarstwa domowego. Kobiety zdobyły wykształcenie, niezależność ekonomiczną, kariery i możliwości wcześniej dla nich niedostępne. Oczekiwania dotyczące opieki nad dziećmi i prowadzenia domu zmieniały się wolniej.
W najbardziej skrajnej postaci kobieta ma więc funkcjonować jak nowoczesny pracownik, ale wychowywać dzieci według modelu, w którym jedna osoba mogła poświęcić rodzinie większość czasu. Autorzy sugerują, że może to tłumaczyć szczególnie niską dzietność w Azji Wschodniej i Ameryce Łacińskiej. Społeczeństwa o bardzo nierównych rolach płciowych mogą przejść osobliwą drogę: zaczynać od bardzo wysokiej dzietności, gdy decyzje rodzinne w większym stopniu narzucają mężczyźni, i kończyć na wyjątkowo niskiej, gdy kobiety uzyskują możliwość odmowy uczestniczenia w takim modelu.
Państwo może zapłacić za dziecko. Nie może łatwo zmienić społeczeństwa
To pozwala również zrozumieć ograniczoną skuteczność polityk pronatalistycznych. Jeżeli podstawowym problemem byłoby pięćset czy tysiąc euro dodatkowego kosztu, transfer finansowy mógłby go rozwiązać. Jeśli jednak problemem jest cały model organizacji życia – godziny pracy, ceny mieszkań, podział obowiązków, rywalizacja edukacyjna, brak dziadków mieszkających w pobliżu, niepewność relacji, późne małżeństwa – jednorazowa dopłata niewiele zmienia. Autorzy nie twierdzą, że polityka rodzinna jest nieskuteczna. Przeciwnie: z dobrze zaprojektowanych badań wynika, że urlopy rodzicielskie, dostępność opieki czy wsparcie mieszkaniowe mogą podnosić dzietność.
Ale wzrost rzędu 0,1 czy 0,2 dziecka nie rozwiązuje problemu społeczeństwa znajdującego się na poziomie 0,8 albo 1,1.
Nie istnieje niewidzialna ręka demografii
Tutaj pojawia się jeszcze jeden niepokojący wniosek. Ekonomiści przyzwyczaili się do myślenia o systemach posiadających mechanizmy samoregulacyjne.
Jeżeli jakiegoś dobra jest za mało, rośnie jego cena, producenci mają bodziec do zwiększenia podaży, a rynek zmierza w stronę równowagi. W demografii nie działa podobny mechanizm. Nie istnieje nic, co automatycznie przyciągałoby dzietność do poziomu 2,1 czy 2,2. Poziom zastępowalności pokoleń nie jest ekonomicznym punktem równowagi. Społeczeństwo może równie dobrze zatrzymać się przy 1,7, 1,3 albo 0,8 – i pozostawać tam przez dziesięciolecia.
Możliwe są oczywiście procesy korygujące. Spadek liczby ludności może obniżyć ceny nieruchomości. Grupy o większej liczbie dzieci mogą z czasem zwiększać udział w populacji. Państwo może prowadzić politykę rodzinną. Żaden z tych mechanizmów nie gwarantuje jednak powrotu do zastępowalności.
A jeśli ONZ jest zbyt optymistyczna?
.Najbardziej kontrowersyjna część opracowania dotyczy prognoz Organizacji Narodów Zjednoczonych. Według wariantu średniego „World Population Prospects 2024” ludność świata ma osiągnąć maksimum około 10,29 mld w 2084 r. Fernández-Villaverde i Norrick uważają, że szczyt może nastąpić znacznie wcześniej – około 2056 r., przy populacji rzędu 9 mld.
Różnica jest ogromna. Autorzy argumentują, że modele ONZ zakładają tendencję do odbijania dzietności po osiągnięciu bardzo niskiego poziomu. Przykładowo ONZ przewiduje w swoim modelu wzrost dzietności Korei Południowej z około 0,72 w 2023 r. do około 1,30 pod koniec stulecia, a Chin z około 1,0 do 1,35. Fernández-Villaverde i Norrick pytają: na jakiej podstawie należy zakładać, że taki powrót nastąpi? Historia nie oferuje przecież wielu przykładów społeczeństw, które przez dłuższy czas funkcjonowały ze współczynnikiem 0,7 czy 0,8. To właśnie owa „terra incognita”.
Polska jest dobrym przykładem problemu z prognozami
.Szczególnie ciekawa z polskiej perspektywy jest tabela, w której autorzy zestawiają prognozy ONZ dotyczące liczby urodzeń w 2024 r. z danymi pochodzącymi z krajowych rejestrów.
Według wykorzystanych przez nich danych w Polsce odnotowano w 2024 r. 251 782 urodzenia. Prognoza ONZ zakładała około 310 tys. Różnica wyniosła ponad 58 tys. dzieci, czyli 18,8 proc. Jeszcze większe różnice autorzy wskazują dla Kolumbii – 445 tys. urodzeń wobec prognozowanych 701 tys. – oraz Republiki Południowej Afryki, gdzie odnotowano niespełna 788 tys. wobec prognozowanych 1,183 mln. W grupie 37 państw posiadających według ONZ co najmniej 90-procentowo kompletne rejestry urodzeń rzeczywista liczba urodzeń w 2024 r. była łącznie o około 1,65 mln, czyli 9,3 proc., niższa od prognozowanej. Tylko w czterech państwach rzeczywista liczba przewyższała prognozę. Nie dowodzi to oczywiście, że cały system prognoz ONZ jest błędny. Pokazuje jednak kierunek ryzyka.
Jeżeli najnowsze dane są systematycznie niższe od modelowanych, globalny szczyt populacji rzeczywiście może nadejść szybciej.
Świat może być już poniżej zastępowalności
Ta różnica prowadzi autorów do najbardziej prowokacyjnego wniosku. Globalny poziom zastępowalności pokoleń nie wynosi dokładnie 2,1. To liczba właściwa głównie dla państw bogatych o niskiej śmiertelności. Dla świata jako całości Fernández-Villaverde i Norrick szacują go na około 2,20, ponieważ znaczenie ma również proporcja płci przy urodzeniu oraz prawdopodobieństwo dożycia dziewcząt do wieku rozrodczego. ONZ ocenia globalny TFR w 2026 r. na około 2,23. Autorzy, korygując go o ich zdaniem przeszacowaną liczbę urodzeń, otrzymują najwyżej około 2,19. Różnica pomiędzy 2,23 a 2,19 wygląda kosmetycznie. Demograficznie oddziela jednak dwa różne światy. W pierwszym ludzkość jeszcze się zastępuje. W drugim – już nie.
Autorzy uczciwie przyznają, że przy obecnym marginesie błędu nie sposób przesądzić, czy przełom nastąpił w 2025 r., nastąpi w 2026 czy w 2027 r. Ich zasadniczy argument jest inny: linie właśnie się przecinają.
Ludzi nadal będzie przybywać. Przez pewien czas
.Nie oznacza to, że świat zacznie jutro tracić mieszkańców. Demografia posiada ogromną bezwładność. Dzisiejsze pokolenie rodziców jest liczne, ponieważ urodziło się w czasach wyższej dzietności. Ich rodzice w większości wciąż żyją. Nawet jeśli obecne pokolenie rodzi zbyt mało dzieci, aby się zastąpić, populacja przez pewien czas nadal rośnie. To tzw. momentum demograficzne. Dlatego Fernández-Villaverde i Norrick spodziewają się jeszcze około trzech dekad wzrostu ludności świata.
Problem ujawni się w pełni dopiero wtedy, kiedy obecne liczne pokolenia zaczną odchodzić, a zastąpią je znacznie mniejsze roczniki. Chiny pokazują początek tego procesu już teraz. Według autorów liczba zgonów przewyższa tam liczbę urodzeń o około 3,3 mln rocznie.
Gospodarka, która rośnie o 1,5 proc. zamiast 3 proc.
.Ekonomiczne konsekwencje są równie ważne jak same liczby ludności. W najprostszym ujęciu wzrost gospodarczy można rozłożyć na wzrost produktywności i wzrost ilości pracy. Jeżeli w gospodarce produktywność rośnie o 2 proc. rocznie, a zasób pracy o 1 proc., PKB może rosnąć około 3 proc. Jeżeli produktywność nadal rośnie o 2 proc., ale liczba pracowników spada o 0,5 proc., nową normą staje się wzrost około 1,5 proc. Nie jest to recesja. Jest to gospodarka, która strukturalnie rośnie znacznie wolniej. I nie można tego naprawić obniżeniem stóp procentowych czy kolejnym pakietem fiskalnym, ponieważ brakuje nie popytu, lecz ludzi.
Japonia być może nie była wcale gospodarczą katastrofą
.Japonia dostarcza niezwykle pouczającego przykładu.
Między 1991 a 2023 r. jej PKB rósł średnio zaledwie o 0,79 proc. rocznie, podczas gdy amerykański – o 2,60 proc. Łatwo z tego wyciągnąć wniosek o „straconych dekadach” i nieskutecznej gospodarce japońskiej. Ale po uwzględnieniu demografii obraz wygląda inaczej. PKB przypadający na osobę w wieku produkcyjnym rósł w Japonii o około 1,33 proc., w Stanach Zjednoczonych o 1,73 proc.
Znaczna część różnicy pomiędzy amerykańskim i japońskim wzrostem nie wynikała więc z produktywności, ale z tego, że w USA rosła liczba osób pracujących, podczas gdy w Japonii malała.
Autorzy idą jeszcze dalej i przeprowadzają eksperyment myślowy: gdyby Japonii przypisać amerykańskie tempo wzrostu zasobu pracy, jej gospodarka rosłaby według tej prostej rachunkowości ponad 2 proc. rocznie. Demografia zmienia więc naszą ocenę całych epok gospodarczych.
Mniej dzieci oznacza także mniej wynalazców
.Skutki nie kończą się jednak na liczbie pracowników. Mniejsza populacja oznacza również mniej przedsiębiorców, naukowców i wynalazców. Badania przywoływane przez autorów wskazują, że młodsze społeczeństwa tworzą więcej nowych firm. Spowolnienie wzrostu liczby ludności może odpowiadać za znaczną część spadku dynamiki przedsiębiorczości obserwowanego w USA. Jeszcze ważniejszy jest problem tworzenia nowych idei. Jeśli przełomowych innowatorów jest statystycznie niewielu, znaczenie ma wielkość rocznika, z którego mogą się wyłonić.
Korea Południowa zanotowała ponad 1,08 mln urodzeń w 1960 r. W 2023 r. było ich około 230 tys. To nie jest subtelna zmiana. To niemal pięciokrotne zmniejszenie puli ludzi w jednym pokoleniu. AI może część tego problemu rozwiązać. Ale może też nie rozwiązać jego najważniejszego elementu: radykalnie mniejszej liczby ludzi tworzących firmy, instytucje, odkrycia, idee i kulturę.
PKB na mieszkańca to nie wszystko
.Można odpowiedzieć: skoro ludzi jest mniej, ważniejsze jest przecież PKB na mieszkańca niż wielkość całej gospodarki. I częściowo jest to prawda. Mieszkańcy Japonii mogą stawać się coraz zamożniejsi nawet wtedy, gdy całkowity PKB ich kraju stoi w miejscu. Ale państwo funkcjonuje również w liczbach bezwzględnych. Dług publiczny spłaca się z całkowitego dochodu. Emerytury finansuje się z całkowitej produkcji. Wojsko kupuje samoloty, okręty i amunicję za realne pieniądze, a nie za wskaźnik PKB na mieszkańca. W świecie rywalizacji wielkich mocarstw liczba ludzi i całkowita wielkość gospodarki ponownie nabierają strategicznego znaczenia.
Największym problemem może być polityka
.Autorzy wskazują jeszcze jeden problem, łatwy do przeoczenia w ekonomicznych modelach. Starzejące się społeczeństwo oznacza transfer coraz większej części dochodu od pracujących do emerytów. Jeżeli liczba emerytów zbliża się do liczby pracujących, ogromna część produktu wytworzonego przez aktywnych zawodowo musi zostać przeznaczona na utrzymanie osób starszych. Można to zrobić przez podatki i system repartycyjny. Można przez oszczędności kapitałowe. Politycznego konfliktu nie da się jednak całkowicie usunąć.
Ludzie w wieku produkcyjnym mogą coraz mocniej sprzeciwiać się przeznaczaniu rosnącej części ich dochodów na świadczenia dla większej liczby emerytów. Starszy elektorat będzie jednocześnie coraz liczniejszy i politycznie silniejszy. Fernández-Villaverde i Norrick obawiają się, że to właśnie ekonomia polityczna starzenia się, a nie sama produktywność, może okazać się najtrudniejszym skutkiem demograficznej zmiany.
Japonia może być najlepszym scenariuszem
.To prowadzi ich do szczególnie mocnego ostrzeżenia. Japonia przeżyła gwałtowne starzenie się jako państwo bardzo bogate, bezpieczne, dobrze zorganizowane i posiadające silne instytucje. A mimo to jej system gospodarczy i społeczny znalazł się pod ogromną presją.
Tymczasem podobne procesy zachodzą dziś w Meksyku, Tunezji, Kolumbii czy Brazylii. Państwa te mogą się zestarzeć, zanim zdążą stać się naprawdę bogate. To być może najbardziej fundamentalna zmiana względem doświadczenia Europy. Najpierw bogata Europa przeszła transformację demograficzną. Dzisiaj transformacja dogania społeczeństwa na znacznie wcześniejszym etapie rozwoju.
Nie wszystko jest złe
.Autorzy unikają jednak demograficznego katastrofizmu. Niższa dzietność przynosi także korzyści. W Stanach Zjednoczonych dramatycznie zmniejszyła się liczba ciąż nastolatek, z których większość była nieplanowana. Mniejsze roczniki mogą być lepiej kształcone. Spada presja na infrastrukturę i mieszkania. Łatwiejsze może być ograniczanie emisji oraz wykorzystania części zasobów naturalnych. Państwa rozwijające się mogą przez pewien czas korzystać z „okna demograficznego”, inwestując więcej w edukację mniejszej liczby dzieci. Problemem nie jest więc sam fakt, że ludzi będzie mniej.
Problemem jest tempo i skala zmiany.
Nie mamy mapy
.Pod koniec pracy Fernández-Villaverde i Norrick robią coś rzadkiego w ekonomii: otwarcie przyznają, że nie wiedzą. Nie wiedzą, czy dzietność odbije. Nie wiedzą, czy zatrzyma się na 1,5, czy na 1,0. Nie wiedzą, czy AI zwiększy produktywność na tyle, aby skompensować spadek liczby pracowników. Nie wiedzą, czy polityka rodzinna znajdzie w końcu instrumenty znacznie skuteczniejsze niż obecne.
Ich przypuszczenie jest jednak ponure.
Azja Wschodnia może na długo pozostać w okolicach jednego dziecka na kobietę. Ameryka Łacińska może zejść w okolice 1,2. Europa Północna dzięki większej równowadze między pracą i rodziną może utrzymywać się bliżej 1,5. Społeczeństwa bardzo religijne mogą być jednymi z ostatnich zdolnych utrzymywać około 1,8. Nadal będzie to jednak poniżej zastępowalności. I tutaj znajduje się istota pojęcia terra incognita.
Historia oferuje mnóstwo przykładów społeczeństw tracących ludzi wskutek wojny, epidemii, głodu czy emigracji. Nie oferuje nam dobrych przykładów wysoko rozwiniętych społeczeństw, które przez wiele pokoleń dobrowolnie rodzą po 0,7, 1,0 czy 1,2 dziecka na kobietę. Nie wiemy, jak zmienią się w nich miasta. Nie wiemy, co stanie się z uniwersytetami, systemami emerytalnymi, rynkiem mieszkaniowym, armiami czy polityką. Nie wiemy nawet, czy współczesne społeczeństwo posiada mechanizm pozwalający samoistnie odwrócić ten proces.
Wiemy natomiast coś innego.
Dzieci, które w 2050 r. miałyby być trzydziestoletnimi pracownikami, przedsiębiorcami, lekarzami, rodzicami i podatnikami, muszą urodzić się dziś. Demografia jest wyjątkową dziedziną polityki, ponieważ przyszłość przychodzi w niej z ogromnym wyprzedzeniem. Znaczna część społeczeństwa 2050 r. już żyje. A część, której w statystykach urodzeń dziś nie ma, za dwadzieścia czy trzydzieści lat po prostu się nie pojawi. Być może właśnie dlatego najważniejsza uwaga Fernández-Villaverdego i Norricka znajduje się nie w żadnym równaniu, lecz w samym tytule ich pracy. Wchodzimy na ziemię nieznaną. Najgroźniejsze byłoby zachowywać się tak, jakbyśmy mieli jej mapę.
Jarosław Kowalski




