Jak można wygrać wybory, będąc odrzucanym przez większość Francuzów?

Kandydat nie musi być lubiany przez większość Francuzów, aby wejść do drugiej tury i zdobyć Pałac Elizejski. Przed wyborami prezydenckimi w 2027 r. wszyscy główni pretendenci mają więcej ocen negatywnych niż pozytywnych, lecz Marine Le Pen i Jean-Luc Mélenchon pozostają silni dzięki wyjątkowej lojalności własnych elektoratów. O wyniku może zdecydować nie to, którego kandydata Francuzi najbardziej cenią, ale którego z finalistów odrzucają nieco mniej.
.Paul Cébille, analityk opinii publicznej w obserwatorium Hexagone, zwraca uwagę na łamach „Le Figaro”, że po raz pierwszy wybory mające wyłonić następcę ustępującego prezydenta rozpoczynają się bez jednego wyraźnie popularnego pretendenta. Francuzi przez lata przyzwyczaili się do tego, że wybrany prezydent szybko traci poparcie, lecz wcześniej zwykle pojawiał się kandydat mogący uosabiać oczekiwaną zmianę. Przed wyborami w 2027 r. niepopularność nie jest już skutkiem sprawowania władzy, lecz punktem wyjścia całej kampanii.
Pełny układ rywalizacji, kalendarz, kandydatów oraz główne tematy kampanii przedstawia kompendium „Wybory prezydenckie Francja 2027. Kto wygra, sondaże, kandydaci. Kompletny przewodnik”. W tym tekście najważniejsze jest jednak inne pytanie: jak kandydat odrzucany przez większość społeczeństwa może zdobyć Pałac Elizejski? Odpowiedź wymaga odróżnienia trzech kategorii, które w debacie publicznej są często traktowane jak synonimy: popularności, zamiaru oddania głosu oraz zdolności skupienia większości w drugiej turze.
Wszyscy główni kandydaci zaczynają kampanię pod kreską
Wrześniowa odsłona barometru popularności polityków, przygotowywanego przez Ifop dla „Paris Match” i Sud Radio, pokazuje skalę zmiany, jaka dokonała się we francuskiej polityce. Wszyscy główni kandydaci osiągający w badaniach intencji wyborczych co najmniej 5 proc. mają obecnie więcej ocen negatywnych niż pozytywnych. Żaden z nich nie przekracza poziomu 47 proc. pozytywnych opinii, a więc nie istnieje dziś pretendent, którego pozytywnie oceniałaby większość społeczeństwa.
Nie zawsze tak było. We wrześniu 2006 r. Nicolas Sarkozy, Ségolène Royal i François Bayrou, a więc politycy, którzy kilka miesięcy później zajęli trzy pierwsze miejsca w wyborach prezydenckich, uzyskiwali ponad 59 proc. pozytywnych ocen. Kampania z 2007 r. była ostra, lecz wszyscy jej najważniejsi uczestnicy wchodzili w decydującą fazę rywalizacji z kapitałem społecznej akceptacji, którego nie ma obecnie żaden z głównych pretendentów.
Średnia popularność najważniejszych kandydatów wynosiła we wrześniu 2006 r. 51 proc., pięć lat później spadła do 46 proc., a we wrześniu 2021 r. osiągnęła zaledwie 36 proc. Obecnie wzrosła do 41 proc., lecz nadal oznacza to, że przeciętny kandydat rozpoczyna kampanię z wyraźną przewagą nieufności nad akceptacją. Nie jest to jedynie gorszy moment dla jednej partii albo jednego polityka, lecz zmiana obejmująca praktycznie całą francuską scenę polityczną.
W poprzednich kampaniach niepopularności urzędującego prezydenta odpowiadało pojawienie się polityka reprezentującego alternatywę. We wrześniu 2011 r. François Hollande uzyskiwał około 65 proc. pozytywnych ocen i mógł przedstawić się jako spokojniejsza odpowiedź na prezydenturę Nicolasa Sarkozy’ego, natomiast pięć lat później Emmanuel Macron, choć jego społeczna baza była już słabsza, osiągał około 50 proc. pozytywnych opinii. Dzisiaj żadna postać nie wypełnia tej funkcji, ponieważ odrzucenie władzy nie przekształciło się w powszechną akceptację konkretnej alternatywy.
Popularność nie jest intencją głosowania
Sondaż popularności pyta zazwyczaj, czy respondent ma o danym polityku dobrą lub złą opinię, natomiast badanie intencji wyborczych wymaga dokonania wyboru spośród określonej listy kandydatów. Francuz może negatywnie oceniać kilku albo nawet wszystkich głównych pretendentów, a mimo to wskazać jednego z nich jako osobę, na którą najprawdopodobniej zagłosuje. Wybór ten może wynikać z przekonań programowych, lojalności wobec obozu, braku akceptowalnej alternatywy albo przekonania, że wskazany kandydat ma największą szansę zatrzymać przeciwnika.
Dlatego wyniki popularności i intencje głosowania nie muszą poruszać się w tym samym kierunku. Polityk mający stosunkowo szeroką, ale płytką społeczną akceptację może uzyskać słaby wynik, jeżeli niewielu wyborców uważa go za swój pierwszy wybór, natomiast kandydat budzący gwałtowny sprzeciw może prowadzić, jeśli dysponuje dużym, zdyscyplinowanym i odpornym na wydarzenia kampanii elektoratem. Najnowsze liczby oraz różnice między poszczególnymi konfiguracjami przedstawia stale aktualizowany serwis „Sondaże wyborów prezydenckich we Francji 2027. Najnowsze wyniki”.
Francuski system wyborczy dodatkowo wzmacnia ten mechanizm. W pierwszej turze nie trzeba zdobyć poparcia większości społeczeństwa, lecz znaleźć się wśród dwóch kandydatów z najlepszym wynikiem, co w warunkach silnego rozdrobnienia może oznaczać wejście do finału dzięki jednej trzeciej, jednej piątej, a niekiedy jeszcze mniejszej części głosów. Dopiero w drugiej turze konieczne jest uzyskanie większości ważnie oddanych głosów, ale również wtedy część elektoratu może głosować nie z aprobaty dla finalisty, lecz z obawy przed zwycięstwem jego przeciwnika.
Marine Le Pen korzysta ze spójności własnego elektoratu
Najbardziej widocznym przykładem rozdzielenia popularności od potencjału wyborczego pozostaje Marine Le Pen. Według przywoływanego przez Paula Cébille’a wrześniowego barometru 56 proc. Francuzów ma o niej negatywną opinię, co w zwykłym odczytaniu powinno tworzyć bardzo niski pułap poparcia w drugiej turze. Jednocześnie liderka Zjednoczenia Narodowego prowadzi w badaniach pierwszej tury, a część sondaży daje jej również zwycięstwo w hipotetycznych pojedynkach finałowych.
Sprzeczność jest tylko pozorna, ponieważ aż 95 proc. jej własnych wyborców ocenia ją pozytywnie. Ten sam elektorat znacznie słabiej akceptuje pozostałych pretendentów, ponieważ Édouard Philippe uzyskuje w nim najwyżej 40 proc. pozytywnych opinii, a Jean-Luc Mélenchon zaledwie 16 proc. Le Pen nie musi więc być politykiem akceptowanym przez całą Francję, aby wejść do drugiej tury, ponieważ jej pierwszym zadaniem jest utrzymanie niemal całkowitej lojalności własnego obozu w sytuacji, gdy centrum i lewica dzielą głosy między kilku kandydatów.
W badaniu Ipsos BVA przeprowadzonym od 3 do 9 września 2026 r. Marine Le Pen uzyskiwała od 33 do 35 proc. głosów i prowadziła we wszystkich sześciu sprawdzanych konfiguracjach pierwszej tury. Jej wynik zmieniał się nieznacznie niezależnie od tego, kogo umieszczano na liście konkurentów, podczas gdy poparcie dla przedstawicieli centrum i lewicy było znacznie bardziej podatne na zmiany konfiguracji. To właśnie stabilność, a nie powszechna sympatia, jest obecnie najważniejszym wyborczym zasobem kandydatki Zjednoczenia Narodowego.
W drugiej turze jej zadanie byłoby inne, ponieważ własny elektorat nie wystarczyłby już do zwycięstwa. Marine Le Pen musiałaby pozyskać część wyborców tradycyjnej prawicy, suwerenistów, część klas ludowych głosujących wcześniej na lewicę oraz tych Francuzów, którzy odrzucają jej program, lecz jeszcze bardziej obawiają się kontrkandydata. Odpowiedź na pytanie, czy taka koalicja może powstać, zależy więc nie tylko od poziomu poparcia dla Le Pen, lecz także od nazwiska i skali odrzucenia drugiego finalisty.
Jean-Luc Mélenchon może wejść do finału mimo wysokiego poziomu odrzucenia
Podobny mechanizm działa po przeciwnej stronie francuskiej sceny politycznej. Jean-Luc Mélenchon ma 62 proc. negatywnych ocen, a więc jest odrzucany jeszcze silniej niż Marine Le Pen, lecz równocześnie zachowuje szansę na wejście do drugiej tury. Jego pozytywne notowania wzrosły z 28 proc. we wrześniu 2025 r. do 37 proc. obecnie, a wśród wszystkich sympatyków lewicy, w tym wyborców Partii Socjalistycznej, sięgają 70 proc.
Mélenchon nie musi zatem przekonać do siebie całego kraju w pierwszym etapie kampanii. Musi przede wszystkim doprowadzić do sytuacji, w której wyborcy lewicy uznają go za jedynego kandydata zdolnego wejść do finału, a następnie skupią wokół niego głos użyteczny, nawet jeśli część z nich wolałaby kandydata socjaldemokratycznego lub ekologicznego. Jego biografię, zaplecze i strategię szerzej przedstawia tekst „Jean-Luc MÉLENCHON. Kim jest? 25 najważniejszych pytań i odpowiedzi”.
We wrześniowym badaniu Ipsos BVA Jean-Luc Mélenchon uzyskiwał od 15,5 do 17 proc. i zajmował drugie miejsce w czterech spośród sześciu konfiguracji. Édouard Philippe wyprzedzał go tylko w wariantach, w których pozostawał jedynym przedstawicielem dawnego obozu prezydenckiego, co pokazuje, że droga Mélenchona do finału prowadzi nie tylko przez mobilizację lewicy, lecz także przez podział centrum. Kandydat może więc awansować do drugiej tury nie dlatego, że poszerza społeczną akceptację, lecz dlatego, że jego elektorat jest lepiej skoncentrowany niż głosy przeciwników.
Problem pojawiłby się po wejściu do finału. Marine Le Pen mogłaby wówczas przedstawiać się jako zapora przed programem Mélenchona, zabiegając o wyborców tradycyjnej prawicy i znaczną część centrum, podczas gdy lider Francji Nieujarzmionej próbowałby skupić wszystkich przeciwników Zjednoczenia Narodowego. Byłby to pojedynek dwóch bardzo silnych mniejszości politycznych, w którym o wyniku zdecydowaliby ludzie nieidentyfikujący się z żadnym z finalistów.
Najbardziej lubiany kandydat nie musi zostać wybrany
Sytuacja Édouarda Philippe’a pokazuje odwrotną stronę tego mechanizmu. Były premier ma większy potencjał przyciągania umiarkowanych wyborców z różnych części sceny politycznej i pozostaje jednym z najtrudniejszych przeciwników Marine Le Pen w hipotetycznej drugiej turze, lecz sama społeczna akceptowalność nie gwarantuje mu miejsca w finale. Jeżeli wystartują równocześnie Gabriel Attal, Bruno Retailleau oraz inni kandydaci zabiegający o wyborców centrum i centroprawicy, Philippe może przegrać pierwszą turę mimo większej zdolności budowania większości w drugiej.
Francuskie wybory wymagają zatem dwóch różnych kampanii. W pierwszej turze kandydat musi zmobilizować własny obóz, ograniczyć konkurencję polityków o podobnym profilu i przekonać wyborców, że oddanie na niego głosu nie zostanie zmarnowane. W drugiej musi wyjść poza ten obóz, obniżyć poziom własnego odrzucenia oraz uzyskać poparcie osób, które dwa tygodnie wcześniej głosowały na kogoś innego.
Kandydat może być więc szeroko akceptowany, ale nie znaleźć się w finale, jeżeli zabraknie mu wyborców traktujących go jako pierwszy wybór. Może także być odrzucany przez większość społeczeństwa, ale awansować dzięki silnej mniejszości, a następnie wygrać, jeżeli stanie naprzeciw polityka budzącego jeszcze większy sprzeciw. Szczegółowe warianty takiego rozwoju sytuacji przedstawiamy w analizie „Kto wygra wybory we Francji w 2027 roku. Co pokazują sondaże i scenariusze”.
Jak można wygrać wybory mimo odrzucenia większości?
Pierwszym warunkiem jest posiadanie dużego i lojalnego elektoratu, który pozostaje przy kandydacie niezależnie od bieżących kontrowersji, działań sądów, debat czy nowych propozycji programowych. Jeżeli konkurencyjne obozy pozostają rozdrobnione, poparcie na poziomie około jednej trzeciej głosów może wystarczyć do zdecydowanego zwycięstwa w pierwszej turze. Kandydat nie musi wówczas przekonywać całej Francji, ponieważ wystarczy, że jego przeciwnicy podzielą pozostałą część elektoratu.
Drugim warunkiem jest znalezienie się w korzystnej konfiguracji finałowej. Marine Le Pen miałaby znacznie większe możliwości pozyskania nowych wyborców w starciu z Jean-Lukiem Mélenchonem niż w pojedynku z umiarkowanym kandydatem zdolnym połączyć centrum, część prawicy i znaczną część lewicy. Mélenchon potrzebowałby natomiast finału, w którym sprzeciw wobec Zjednoczenia Narodowego okazałby się silniejszy niż obawy związane z jego własnym programem i stylem politycznym.
Trzecim warunkiem jest przekształcenie wyborów w głosowanie nad przeciwnikiem. Im silniejszy poziom wzajemnego odrzucenia, tym mniej druga tura przypomina wybór najbardziej cenionego przywódcy, a bardziej referendum rozstrzygające, któremu kandydatowi należy uniemożliwić objęcie władzy. W takiej sytuacji zwycięzca może uzyskać większość ważnie oddanych głosów, choć jeszcze przed wyborami większość ankietowanych deklarowała, że ma o nim złą opinię.
Czwartym czynnikiem są frekwencja, t.zw. głosy białe i nieważne. Wyborca odrzucający oboje finalistów może poprzeć tego, którego uważa za mniejsze zagrożenie, ale może również pozostać w domu albo oddać głos biały, zmniejszając liczbę głosów potrzebnych do zwycięstwa. Kampania między dwiema turami będzie więc walką nie tylko o zmianę preferencji, lecz także o przekonanie zniechęconych Francuzów, że mimo braku entuzjazmu powinni wziąć udział w rozstrzygnięciu.
Francja przechodzi od głosowania za kandydatem do głosowania przeciwko niemu
Przez większą część historii V Republiki wybory prezydenckie opierały się na oczekiwaniu, że nowy prezydent przyniesie zmianę, odzyska kontrolę nad państwem i rozpocznie nowy etap polityczny. Kandydaci mogli tracić popularność po objęciu urzędu, lecz wchodzili do Pałacu Elizejskiego z kapitałem nadziei oraz okresem społecznej cierpliwości. Obecnie ten mechanizm słabnie, ponieważ negatywne oceny pojawiają się jeszcze przed rozpoczęciem właściwej kampanii.
Zjawisko to odzwierciedla zmęczenie demokracją przedstawicielską, lecz nie oznacza politycznej obojętności. Przeciwnie, francuskie elektoraty stają się coraz mocniej przywiązane do własnych obozów, coraz bardziej podejrzliwe wobec konkurentów i coraz mniej skłonne do uznawania ich legitymacji. Polaryzacja może więc zwiększać mobilizację najbardziej zaangażowanych wyborców, a jednocześnie pogłębiać nieufność tej części społeczeństwa, która nie odnajduje się w żadnym z dominujących projektów.
Wybory parlamentarne z 2024 r. pokazały już skalę sprzeciwu wobec obozu prezydenckiego oraz trudność zbudowania stabilnej większości. Wybory w 2027 r. mogą przenieść ten kryzys na poziom prezydentury, zwłaszcza jeżeli zwycięzca otrzyma silny mandat wyborczy, ale pozostanie politykiem odrzucanym przez znaczną część społeczeństwa. Najważniejsze pytania dotyczące instytucji, zaufania i przyszłości V Republiki porządkuje zestawienie: „Wybory we Francji 2027. Najważniejsze pytania i odpowiedzi”.
Zwycięstwo wyborcze nie zakończy kryzysu zaufania
Nowy prezydent będzie musiał zmierzyć się z długiem publicznym, napięciami społecznymi, migracją, bezpieczeństwem, konkurencyjnością gospodarki i miejscem Francji w Europie. Przeprowadzenie poważnych reform będzie wymagało nie tylko formalnego zwycięstwa, lecz również większości parlamentarnej, zdolności zbudowania rządu i przynajmniej częściowej akceptacji społecznej. Prezydent wybrany przede wszystkim dzięki odrzuceniu konkurenta może mieć z tym większy problem niż przywódca obejmujący urząd na fali pozytywnych oczekiwań.
Dlatego obecne badania popularności mówią o przyszłości Francji więcej, niż mogłoby wynikać z samego zestawienia ocen pozytywnych i negatywnych. Pokazują, że wybory mogą wyłonić zwycięzcę, ale nie muszą odbudować zaufania do systemu politycznego, a sam wynik drugiej tury nie usunie podziałów ujawnionych podczas kampanii. Im większa będzie przewaga głosowania przeciwko nad głosowaniem za, tym trudniejsze stanie się późniejsze przekonanie Francuzów, że konieczne reformy mają wystarczającą legitymację.
Można więc wygrać wybory, będąc odrzucanym przez większość Francuzów, jeżeli posiada się wyjątkowo lojalny elektorat, korzysta z rozdrobnienia konkurentów i trafia w drugiej turze na przeciwnika budzącego jeszcze silniejszy sprzeciw. Nie oznacza to jednak automatycznie zdolności do skutecznego rządzenia. Największym wyzwaniem zwycięzcy wyborów w 2027 r. może okazać się nie zdobycie Pałacu Elizejskiego, lecz przekształcenie negatywnej większości wyborczej w większość gotową zaakceptować jego prezydenturę.
Arkadiusz Jordan
Paryż



