Jak żyje Kijów?

Weterani wojny z Rosją zwołali „dwiż”, czyli imprezę z DJ-em dla mieszkańców wieżowców w kijowskiej dzielnicy Pozniaki, którzy po rosyjskich atakach na stolicę Ukrainy od wielu dni nie mają prądu ani ciepła. Częstowano ich tam gorącą herbatą, szaszłykami i pilawem.
„Akcję „Ogrzewamy Kijów ciepłem Trójki””
.Mieszkamy z żoną i czwórką dzieci w jednym pokoju, a ogrzewamy się cegłami, które trzymamy na kuchence gazowej, świeczkami w metalowej rurze i innymi wynalazkami – usłyszeliśmy od uczestników imprezy.
– W pokoju dziecięcym mamy plus cztery stopnie. Często bywamy w namiotach niezłomności, żeby naładować powerbanki i telefony – mówił jeden z mieszkańców. Namioty niezłomności to namioty wojskowe, w których można się ogrzać, wypić gorącą herbatę i naładować sprzęty elektroniczne.
Akcję „Ogrzewamy Kijów ciepłem Trójki” przeprowadził Weterański Korpus byłych żołnierzy elitarnej 3. Samodzielnej Brygady Szturmowej generała Andrija Biłeckiego. Odeszli do cywila z powodu ciężkich obrażeń, które odnieśli na froncie, albo po powrocie z rosyjskiej niewoli.
Jednym z nich jest Anton Fedorow, pseudonim Krzywy. Spędził w rosyjskich łagrach dwa i pół roku. Był jednym z organizatorów „dwiżu” na Pozniakach.
– Rozdajemy ludziom gorące jedzenie, ogrzewamy ich, doładowujemy sprzęt. W Kijowie, przeważnie na lewym brzegu (Dniepru), nie ma ani światła, ani wody, ani ogrzewania. Mamy herbatę i bulion, ziemniaki ze słoniną, szaszłyki i pilaw. Pomagamy wszystkim, bo tutaj wszyscy potrzebują pomocy – powiedział.
W kolejce po pilaw, danie z ryżu z mięsem i warzywami, podrygując w rytm granej przez DJ-a muzyki, stały dwie starsze, elegancko ubrane kobiety, które narzekały, że nie mają prądu w mieszkaniach, a kaloryfery są zimne od czasu ataku na Kijów 9 stycznia 2026 r.
– Mieszkam na 12. piętrze. Nie mam prądu, ale mam gaz i to mnie ratuje. Najpierw prądu nie było wcale. Potem podłączyli nam windy. To ogromna ulga, bo w moim wieku wchodzenie na 15. piętro zajmuje pół dnia – śmiała się pani Iryna.
W tej samej kolejce młoda kobieta, z 10-letnią córką, podzieliła się swoimi sposobami na przetrwanie. W niedzielę wieczorem temperatura w Kijowie wynosiła minus 8 stopni Celsjusza, jednak w najbliższych dniach znów oczekiwane jest ochłodzenie.
– Gotujemy wodę do butelek, które kładziemy pod kołdrą. Pijemy bardzo dużo gorącej herbaty. Jest nam ciężko. Tym bardziej, że mój mąż, a jej ojciec, zginął na froncie. Ona jest córką bohatera Ukrainy. Wychowuję ją sama – wyznała.
„Dwiż”, termin pochodzący najpewniej od rosyjskiego słowa „dwigatsa”, czyli „ruszać się”, jest w ostatnim czasie coraz bardziej popularnym sposobem integracji
.Porcje szaszłyków z pilawem i kawałkiem chleba wydawane są jedna za drugą. Ludzie biorą je dla siebie i dla sąsiadów, którzy nie mogą wyjść z domu. – Biorę dwie porcje, ale mam sąsiadkę, która bardzo słabo chodzi, to jest dla niej – tłumaczyła się jedna z kobiet stojących w kolejce.
„Dwiż”, termin pochodzący najpewniej od rosyjskiego słowa „dwigatsa”, czyli „ruszać się”, jest w ostatnim czasie coraz bardziej popularnym sposobem integracji i rozrywki dla zmęczonych wojną Ukraińców.
Najbardziej znany „dwiż” odbył się niedawno na Kijowskim Morzu, sztucznym zbiorniku wodnym na północ od Kijowa. W odpowiedzi na rosyjskie ataki rakietowe i dronowe na Kijów młodzież zebrała się tam na lodzie, by tańczyć w takt muzyki puszczanej przez DJ-a. Nagrania z tego wydarzenia krążą w internecie.
W kijowskich dzielnicach szczególnie dotkniętych brakami prądu mieszkańcy nierzadko gromadzą się przed klatkami schodowymi, by razem smażyć popularne w Ukrainie szaszłyki, a czasem i śpiewać. Zapewniają, że nie pozwolą Rosji, by ich złamała.
„Żądamy amunicji!”
.Trzeba przyznać, że cały demokratyczny Zachód dość opieszale i nieudolnie zbiera fundusze na ocalenie Ukrainy, zarazem robiąc rzecz tyleż nonsensowną, co karygodną: nie podejmuje takich kroków, które dawałyby Ukrainie szanse na militarne zmuszenie Moskwy do zawarcia rozejmu – pisze Jan ROKITA
Wyjątkowo ten felieton zaczynam obszerną cytatą, która zarówno z racji treści, jak i jej autora nie może zostać pozostawiona bez komentarza. Oto owa cytata: „Chcę jasno powiedzieć, że czas dotacji dla Ukrainy się skończył. Należało wspierać Ukrainę wtedy, kiedy została zaatakowana przez Rosję, w tym bardzo ważnym momencie dotyczącym niepodległości Ukrainy (…), ale ten czas już minął”. I dalsza część owej cytaty: „Te pieniądze powinny być przeznaczone na polski przemysł zbrojeniowy (…). A jak do tego dodamy jeszcze fakt, że minister spraw zagranicznych lekką ręką przekazuje sto milionów dolarów na Ukrainę, to ja zadaję pytanie podstawowe: kto Polską rządzi? W czyim interesie są te rządy? Czy są w interesie polskim?”.
Tę cytatę wyjmuję z dłuższej wypowiedzi Mariusza Błaszczaka – przywódcy frakcji parlamentarnej PiS i byłego ministra obrony, a więc chyba najbardziej miarodajnej figury dzisiejszej opozycji, gdy idzie o formułowanie poglądu na temat wojny toczącej się za naszą wschodnią granicą.
Dla porządku od razu zaznaczę, że nie zgadzam się z ani jednym zdaniem tutaj zacytowanym, a wyznam także z absolutną szczerością, iż taki pogląd PiS jest dla mnie – jako obywatela – głęboko rozczarowujący. Lecz nie oburzam się, bo przecież zarówno polska polityka, jak i polska publicystyka polityczna została dziś wyparta przez ustawicznie podnoszące się fale oburzenia i złości. Chcę raczej przypomnieć, prawdę mówiąc – mało odkrywczą argumentację przeciw tezom głoszonym dziś przez Błaszczaka, choć do tej pory wydawało mi się to zbędne, żywiłem bowiem – jak się teraz okazuje – błędne przekonanie, iż zarówno rząd Tuska, jak i główny nurt prawicowej opozycji (tzn. ten dowodzony przez Jarosława Kaczyńskiego) w kwestii dostaw broni i amunicji dla walczącej Ukrainy, a więc także ich finansowania, mają wspólne zdanie. Niezależnie od wszystkich innych napiętych kwestii polsko-ukraińskich, jak polskie groby czy granica celna.
Nie tak dawno Międzynarodowy Fundusz Walutowy (a dokładniej jego wyzbyci emocji eksperci od pieniędzy) oszacował, że w przyszłym 2026 roku, o ile wojna się wcześniej nie skończy, dla utrzymania swych zdolności obronnych i administracyjnych Ukraina potrzebuje co najmniej 80 miliardów dolarów, z czego, przy najlepszym zarządzaniu własnymi aktywami, będzie mogła sama pokryć połowę. Krótko mówiąc, bez zewnętrznego napływu mniej więcej 40 miliardów dolarów armia ukraińska nie będzie miała czym walczyć, a wojenna administracja państwa zacznie się załamywać.
Jednym z kluczowych programów finansowych jest tu plan PURL, który za sprawą uzgodnień pomiędzy USA i Europą ma być finansowany przez państwa tzw. europejskiego filaru NATO. Jest to plan zakupu amunicji dla żołnierzy ukraińskich w firmach amerykańskich, bez której różne systemy dostarczonej już wcześniej broni po prostu przestaną strzelać; dotyczy to np. „wywalczonych” przez Kijów systemów obrony powietrznej Patriot. Sekretarz Generalny NATO Mark Rutte opublikował w tych dniach zestawienie najważniejszych zakupów z tego programu w roku 2026, wyliczając, iż trzeba na nie wydać 15 miliardów dolarów.
To są twarde fakty i liczby, całkowicie niezależne od tego, co kto myśli sobie o Ukrainie, Ukraińcach, stylu rządów prezydenta Zełenskiego czy ustępstwach terytorialnych, jakie Ukraina miałaby poczynić względem Rosji. Jeśli zatem wojna się nie skończy (a mimo godnej podziwu determinacji Trumpa niewiele na to wskazuje, zważywszy na publiczną deklarację Putina, iż jest on gotów prowadzić wojnę „do ostatniego Ukraińca”), bez tych pieniędzy Ukraina upadnie albo w najlepszym razie powoli będzie upadać na naszych oczach. Zaś żołnierze ukraińscy, już dziś muszący oszczędzać amunicję na froncie, nie będą mieli z czego strzelać, więc będą przez Moskali okrążani i zabijani, w tym także jeńcy, co jest znaną od wieków moskiewską normą postępowania na wojnie. Co więcej, jeśli jest coś, co definitywnie utwardzi władcę Kremla, przekonując go, iż nie powinien przyjąć żadnego, nawet całkiem dla Moskwy korzystnego planu pokojowego Trumpa, to jest to właśnie pewność, iż już za chwilę armia ukraińska nie będzie mieć amunicji, a dostarczone przez Zachód wyrzutnie, czołgi, haubice – staną się nieszkodliwymi celami dla rosyjskich dronów. To w gruncie rzeczy najpewniejsza dzisiaj metoda uniemożliwienia jakiejkolwiek wersji rosyjsko-ukraińskiego rozejmu.
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/jan-rokita-zadamy-amunicji/
PAP/MB



