Jaka jest współczesna architektura? [Grzegorz PIĄTEK]

Chciałbym wszystkich zachęcić do uważnego przyglądania się tej architekturze, którą ma się na wyciągnięcie ręki, z której korzysta się na co dzień – powiedział w rozmowie krytyk architektury, pisarz Grzegorz Piątek, autor książki „Świątynia i śmietnik. Architektura dla życia”.
Kim jest Grzegorz Piątek?
.Grzegorz Piątek jest pisarzem, badaczem i krytykiem architektury, z wykształcenia architektem. Od lat pisze książki, w których architektura staje się pretekstem do stworzenia literackiej opowieści. Jego ostatnia publikacja książkowa – „Gdynia obiecana. Miasto, modernizm, modernizacja 1920-1939” – była poświęcona Gdyni, mieście, które w międzywojniu miało stać się mekką przedsiębiorców, inwestorów i ludzi spragnionych nowego życia. Jest również autorem książek „Sanator: kariera Stefana Starzyńskiego”, „Najlepsze miasto świata. Warszawa w odbudowie 1944–1949”, „Niezniszczalny. Bohdan Pniewski. Architekt salonu i władzy” oraz „Starzyński: prezydent z pomnika”. Otrzymał liczne nagrody, m.in. Nagrodę Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Paszport „Polityki” oraz Nagrodę „Nike” Czytelników za pozycję „Gdynia obiecana. Miasto, modernizm, modernizacja 1920-1939”.
Polsce jest więcej świątyń czy śmietników?
Grzegorz Piątek: Tak jak w każdym innym kraju jest więcej śmietników. „Śmietnik” w tytule mojej książki jest metaforą architektury, która służy prozaicznym celom. To większość tkanki architektonicznej, która nas otacza – małe i duże budynki, które obsługują codzienność.
Czy jest coś pomiędzy świątynią a śmietnikiem?
Grzegorz Piątek: Oczywiście, całe spektrum, a świątynia i śmietnik to symbole ekstremów. Z jednej strony jest architektura prestiżowa, uroczysta, zaprojektowana z dużym wysiłkiem i starannością, a z drugiej – niepozorna, drobna, często pogardzana i anonimowa. Często – jak w przypadku tytułowej „świątyni”, która właściwie jest jedynie altaną ogrodową w Łazienkach Królewskich przypominającą antyczną świątynię – są to budynki bez oczywistej funkcji.
Czyli pomiędzy są na przykład…
Grzegorz Piątek: Budynki oświatowe, żłobki, przedszkola, budynki mieszkalne, dworce kolejowe. Właściwie między tymi dwoma ekstremami mieści się cała architektura.
A czy współczesna architektura w Polsce bierze w ogóle pod uwagę użytkownika? Stara się zaspokoić jego potrzeby?
Grzegorz Piątek: Różnie z tym bywa. Napisałem tę książkę między innymi po to, by zaapelować o projektowanie i budowanie architektury służącej codziennym potrzebom z taką samą starannością i ambicją jak tej oficjalnej i uroczystej. Na tym polu widzę duży deficyt, ale nie tylko w Polsce.
Ostatnio Stowarzyszenie Architektów Polskich opublikowało dane, z których wynika, że 98 proc. projektów zlecanych jako zamówienia publiczne w Polsce jest zlecanych w trybie, w którym jedynym kryterium jest cena. Oznacza to, że nie bierze się pod uwagę doświadczenia projektantów ani jakości projektu. To bardzo niepokojące, ponieważ są to inwestycje z kategorii oświaty, transportu czy kultury.
Najbardziej bulwersującym przykładem są szkoły i przedszkola, w których dzieci – przyszłość narodu – spędzają przecież wiele godzin dziennie. Wnętrza placówek oświatowych powinny być dla nich komfortowe, propagować dobre wzorce estetyczne, a jednocześnie trzymać się przepisów i budżetu. I to jest możliwe, ale trzeba zmienić podejście.
Życzyłbym sobie, żebyśmy upominali się o budynki publiczne jak najlepszej jakości, ponieważ mają służyć każdemu – młodym i starym, biednym i bogatym, kobietom i mężczyznom.
Przywołuje pan w książce poglądy jednej z najważniejszych w Polsce profesorek architektury Haliny Skibniewskiej – że „monumentalizm, pomnikowość jest dla architektury zagrożeniem”, „w architekturze powinna być pewna ujmująca zwykłość”.
Grzegorz Piątek: Dążenie do pomnikowości prowadzi czasem do ambicji, żeby zaprojektować coś okazałego, imponującego, tyle że wówczas realne potrzeby schodzą na drugi plan. Halina Skibniewska, która zaczęła studia architektoniczne przed wojną, pamiętała przedwojenną tendencję architektury państwowej do monumentalizmu, często śmiesznego i pompatycznego.
Drugim zagrożeniem dla architektury jest tworzenie jej przede wszystkim dla oczu – żeby dobrze wyglądała na obrazku. Wszelka powierzchowność jest szkodliwa. W dzisiejszych czasach, kiedy łatwo rozpowszechnia się wizualizacje i zdjęcia, łatwo też zapomnieć, że budynki są także dla naszych ciał. Powinny mieć dobrą akustykę, wygodną komunikację, być czytelne w środku, a schody powinny być wygodne. Musimy się w nich dobrze czuć, czuć się do nich zaproszeni.
W książce rozmawiam z Dorotą Sibińską i Filipem Domaszczyńskim z xystudio, którzy tworzą architekturę m.in. dla oświaty. Powiedzieli mi, że chociaż w oświacie zawsze jest za mało pieniędzy na inwestycje, to radzą, że jeśli szkoła planuje remont, to należy zacząć nie od malowania i upiększania, ale od poprawy akustyki, ponieważ to ona jest największym problemem. W szkołach jest dużo pustych, gładkich powierzchni, przez co dźwięk źle się rozchodzi, a to z kolei powoduje, że przebywający w niej ludzie są nerwowi, rozdrażnieni i muszą się przekrzykiwać. To ważny aspekt, którego nie widać na zdjęciu.
Opisuje pan podział na architekturę i budownictwo. Czy jest on zasadny? Czy pan go stosuje?
Grzegorz Piątek: Polemizuję z tym podziałem. Słyszę o nim, odkąd poszedłem na studia architektoniczne 25 lat temu. Bardzo bym chciał, żebyśmy poważnie traktowali nie tylko prestiżowe miejsca, zaliczane zwykle do architektury, ale także te prozaiczne, dla niektórych „niepoważne”, przypadające w tym podziale budownictwu.
Czy w świecie, w którym wszystko musi mieć wartość, być spektakularne, wysuwać się na pierwszy plan, da się docenić rzeczy zwyczajne?
Grzegorz Piątek: To jest mój cel. Żyjemy w czasach wirtualności. Coraz więcej spraw załatwiamy przez internet. W takiej rzeczywistości łatwo zapominamy, że przestrzenie fizyczne również istnieją oraz że wszystko ma konsekwencje dla naszych ciał i dla środowiska. Można to rozszerzyć do wymiaru społecznego. Kiedy mówię o dominacji wirtualności nad materialnością, to nie mam na myśli tylko przenoszenia wszystkiego do świata cyfrowego, ale także dominację abstrakcyjnych idei nad konkretem, na przykład podporządkowanie wszystkiego logice kapitału.
Myślę też, że skupienie się na potrzebach naszych ciał pozwala na bardziej obiektywne mierzenie jakości architektury. To antidotum na niebezpieczne relatywizowanie wszystkiego oraz na sprowadzanie do stylu, gustu czy symboli. Jeśli będziemy wprowadzać te kryteria, wracać do potrzeb ciał w różnym wieku, różnego pochodzenia, różnej płci, różnej sprawności, zauważymy, że mają one spory wspólny zakres potrzeb.
Potrzebami, których wirtualnie nie da się zaspokoić, są potrzeby fizjologiczne. Dlatego pisze pan o toaletach.
Grzegorz Piątek: Każdy człowiek, niezależnie od religii, poglądów politycznych, wieku, ich potrzebuje.
Niektóre projekty toalet publicznych wywołują jednak kontrowersje. Przykładem jest ta w warszawskim parku Skaryszewskim, krytykowana za koszt, jaki pochłonęła jej budowa. Znaczy to, że ludzie nie potrafią się pogodzić nawet w kwestii podstawowych potrzeb. Czy to się kiedyś zmieni?
Grzegorz Piątek: Wierzę, że to możliwe, dlatego między innymi napisałem tę książkę. Przytaczam w niej mało znaną historię o próbie zbudowania w Warszawie sieci toalet publicznych. Po wojnie odbudowywano szalety szybciej niż zabytki, urządzano je przy każdej dużej inwestycji, m.in. Trasie W-Z. Niestety wraz z nastaniem kapitalizmu zaczęto prywatyzować zasoby komunalne – toalety publiczne przeznaczano na wynajem oraz zaczęto je adaptować do nowych funkcji, najczęściej gastronomicznych – w dziesiątkach szaletów powstały bary i puby. Dziś te zmiany są już nie do odwrócenia.
Fizjologia i związane z nią potrzeby różnych płci są tematem tabu. Wydaje mi się, że dlatego ten temat potrafi wzbudzić takie kontrowersje jak w Warszawie. Oczywiście, każdej władzy trzeba patrzeć na ręce i pilnować, czy gospodarnie wydaje nasze pieniądze. Jednocześnie trzeba wziąć pod uwagę, że toaleta prawdziwie dostosowana do ludzkich potrzeb, a do tego trwała i estetyczna, nie będzie kosztować kilkudziesięciu tysięcy złotych, ponieważ dzisiaj tyle może kosztować remont prywatnej łazienki w mieszkaniu.
Powszechnie wydaje się, że publiczne toalety mogą być byle jakie. A ja uważam, że właśnie takie miejsca mogą być kosztowne, jeśli oznacza to, że są dobrze zaprojektowane, ładne i trwałe. Toaleta publiczna musi być odporna na intensywne użytkowanie i ewentualny wandalizm. Musi stać w określonych miejscach, tam gdzie będzie przydatna.
W ogóle architektura publiczna nie powinna być budowana najtaniej, ponieważ w przyszłości oznacza to duże koszty napraw, konserwacji i sprzątania oraz częstsze remonty.
Czy pana książka jest zatem rodzajem manifestu?
Grzegorz Piątek: Tak, apeluję w niej o zmianę podejścia do architektury, do tego, jak jest projektowana, finansowana i czego od niej oczekujemy. Chciałbym, żeby była zachętą do rozglądania się wokół siebie, dlatego piszę o osiedlu Górczewska w Warszawie, na którym się wychowałem. Przyglądajmy się miejscom, które wydają się nieważne, ponieważ nie stoją w centrum, nie zaprojektował ich nikt sławny albo znajdują się w mniejszych miejscowościach. Przyglądajmy się im tak samo uważnie jak przestrzeniom reprezentacyjnym i uczmy się je analizować. Domagajmy się, żeby były traktowane przez samorządowców, planistów, architektów i wszystkich, od których coś zależy, nie mniej poważnie niż to, co mają podziwiać turyści.
Pana wcześniejsze książki opowiadały o konkretnych osobach lub miastach. „Świątynia i śmietnik. Architektura dla życia” wyróżnia się na ich tle. Przypomina manifest połączony z dziennikiem autorskich refleksji nad architekturą. Czy to zapowiedź kierunku, w którym będzie pan teraz literacko podążał?
Grzegorz Piątek: To zmiana kierunku przynajmniej na jakiś czas, ponieważ następną książkę także piszę o współczesności. Poczułem, że potrzebuję odmiany. Tematy, o których pisałem wcześniej, stale się zazębiały. Wszystkie książki dotyczyły architektury i polityki mniej więcej pierwszej połowy XX wieku w Polsce. Zorientowałem się, że nie pamiętam, co już napisałem, które źródła wykorzystałem, a których jeszcze nie.
Ale przede wszystkim od wybuchu pandemii COVID mam poczucie, że rzeczywistość stała się bardzo niestabilna. Najpierw wirus zdestabilizował życie, następnie mieliśmy do czynienia z dużą inflacją, wybuchła pełnoskalowa wojna w Ukrainie oraz doszło do ludobójstwa w Gazie. Narasta kryzys mieszkaniowy i katastrofa ekologiczna. Nasze spojrzenie na świat się przewartościowuje, zastanawiamy się intensywnie, jak go urządzić. I czuję, że gdybym nadal pisał o historii, oznaczałoby to zamknięcie się w wieży z kości słoniowej, podczas gdy dzisiaj potrzebujemy nowych idei i pomysłów. Zajmowanie się historią potrafi spowodować, że przegapiamy współczesność i przyszłość.
„Świątynia i śmietnik” ma wręcz osobisty ton.
Grzegorz Piątek: Kiedy zajmowałem się zamkniętą epoką czy biografią, miałem jasno zakreślone granice. W przypadku współczesności tematy są wszędzie dookoła, a każdy dzień może przynieść nową historię i obserwację. Długo więc zastanawiałem się, jak dobrać materiał, na czym się skupić. W końcu zdałem sobie sprawę, że jeśli będę pisał o miejscach, które znam, będzie to najwiarygodniejsze. Piszę o Warszawie, Trójmieście, Rybniku i Łodzi, ponieważ jestem albo byłem z nimi związany osobiście.
Moim zdaniem tego brakuje w pisaniu o architekturze. Zazwyczaj są to szybkie opinie na podstawie obrazka albo jednej wizyty. Ale pisząc książkę, nie muszę się tak spieszyć, mogę wracać do danych miejsc, patrzeć, jak dana architektura działa, co ludzie z nią robią, jak żyje. Architektura nie kończy się na projekcie i momencie otwarcia budynku, na przecięciu wstęgi.
Życie, które jest w tytule książki, pisze różne scenariusze i jest nie mniej ciekawe i niż sama architektura.
Rzeczywiście czytelnik może mieć wrażenie, że czyta architektoniczny dziennik wypełniony lokalną percepcją.
Grzegorz Piątek: Nie miałem takiego zamiaru. Ale w trakcie pracy doszedłem do wniosku, że jeśli pokażę swoją perspektywę i doświadczenia, to tak będzie najuczciwiej. Chciałbym tym wszystkich zachęcić do przybrania takiej postawy, do uważnego przyglądania się tej architekturze, którą ma się na wyciągnięcie ręki, z której korzysta się na co dzień.
Rozmawiała Zuzanna Piwek/ PAP
Książka „Świątynia i śmietnik. Architektura dla życia” autorstwa Grzegorza Piątka została wydana nakładem wydawnictwa W.A.B.
Dobra i zła architektura
.”Straciliśmy kolejną szansę, by zabłysnąć w Europie jakością realizowanej w Polsce architektury, choć przecież mogło być inaczej. Że może być inaczej, udowadnia przypadek, również niedawno zbudowanego, Muzeum Historii Polski, do tego zaprojektowanego przez polską pracownię architektoniczną” – pisze prof. Piotr CZAUDERNA w opublikowanym na łamach „Wszystko co Najważniejsze” tekście „Dobra i zła architektura„.
„Jeden udany architektoniczny projekt może odmienić wizerunek danego kraju. Dobitnie dowodzi tego historia Opery w Sydney, którą zaprojektował duński architekt, Jørn Utzon. Sydney Opera House znajduje się na przylądku Bennelong, obok słynnego mostu Sydney Harbour Bridge. Początkowo znajdował się tam wojskowy fort, a później zajezdnia tramwajowa”.
„W 1947 roku stały dyrygent Sydney Symphony Orchestra, Eugene Goossens, wpadł na pomysł budowy nowej siedziby nie tylko dla orkiestry symfonicznej, ale i opery. Rząd Nowej Południowej Walii zgodził się na ten projekt, widząc w tym szansę rozwojową dla swej stolicy, a w roku 1955 zarekomendowano Bennelong Point jako lokalizację dla nowego budynku. Rok później ogłoszono międzynarodowy konkurs na projekt, który miał obejmować budynek z dwiema salami: operową i teatralną. Napłynęły 233 zgłoszenia z 30 krajów. Przewodniczącym jury konkursowego był znany fiński architekt pracujący w USA, Eero Saarinen. Niestety, rejsowy samolot, którym podróżował do Australii, dotarł na miejsce ze znacznym opóźnieniem i Saarinen pojawił się na posiedzeniu komisji konkursowej, gdy połowa z projektów była już oceniona i odrzucona. Saarinen uparł się jednak, by powtórzyć całą procedurę od początku. Jak się okazało, zwycięski projekt Utzona znalazł się właśnie gronie tych wstępnie odrzuconych. Gdy tylko Saarinen go zobaczył, natychmiast wykrzyknął: „To jest właśnie wasza wymarzona opera!”.
”Praca Jørna Utzona była jedyną, w której umieszczono kompleks dwóch głównych sal obok (a nie naprzeciwko) siebie i zwrócono je w stronę portu. Dodatkowo każdy budynek zwieńczono rzędem żelbetonowych ćwierćkopuł w kształcie żagli wykonanych z betonu. Projekt Utzona był jednak dość prowizoryczny i szybko okazało się, że jego realizacja stwarzała wiele problemów technicznych, które wynikały z jego nowatorskiej natury” – pisze prof. Piotr CZAUDERNA.
LINK DO TEKSTU: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/prof-piotr-czauderna-dobra-i-zla-architektura/
PAP/ LW





