Jest plan Donalda Trumpa dla Wenezueli. „Demokratyczna transformacja”

Amerykański sekretarz stanu Marco Rubio nakreślił 7 stycznia trzyetapowy plan działań wobec Wenezueli po obaleniu 3 stycznia przez siły USA jej autorytarnego przywódcy Nicolasa Maduro. Plan obejmuje stabilizację kraju, odbudowę jego gospodarki oraz demokratyczną transformację.
Plan Donalda Trumpa dla Wenezueli
.Marco Rubio ogłosił amerykański plan dla Wenezueli podczas rozmowy z dziennikarzami po spotkaniu na ten temat w Senacie. Jak zaznaczył, obejmuje on najpierw stabilizację kraju, potem odbudowę, która ma polegać na „zapewnieniu amerykańskim, zachodnim i innym firmom uczciwego dostępu do rynku wenezuelskiego” oraz na końcu „transformację”.
– Jednocześnie należy rozpocząć proces pojednania na szczeblu krajowym w Wenezueli, aby siły opozycyjne mogły zostać objęte amnestią i uwolnione, a także wypuszczone z różnych więzień i sprowadzone z powrotem do kraju, abyśmy mogli rozpocząć odbudowę społeczeństwa obywatelskiego – dodał szef dyplomacji USA. Zapowiedział podanie dalszych szczegółów wkrótce.
Amerykanie będą ponownie kontrolowali wenezuelską ropę
.Marco Rubio zaznaczył, że środkiem nacisku na władze w Caracas będzie proces sprzedaży wenezuelskiej ropy naftowej przez Stany Zjednoczone. – Oni nie mogą jej wywozić z powodu naszej blokady i sankcji. Zamierzamy przejąć od 30 do 50 milionów baryłek ropy. Będziemy ją sprzedawać na rynku po cenach rynkowych, a nie z rabatami, z jakimi Wenezuela ją sprzedawała – zapowiedział Marco Rubio.
– Pieniądze te zostaną następnie rozdysponowane w taki sposób, abyśmy kontrolowali ich dystrybucję w sposób korzystny dla Wenezuelczyków, a nie dla korupcji czy reżimu. Mamy więc duży środek nacisku, aby działać na froncie stabilizacji – dodał. Według niego wenezuelskie władze same chciały, by USA sprzedały zablokowaną sankcjami ropę naftową.
Blokada Wenezueli do czasu porozumienia
.Marco Rubio odrzucił przy tym kierowane przez polityków opozycji oskarżenia, że administracja prezydenta Donalda Trumpa „improwizuje” swoją politykę. Uczestnicy spotkań z Marciem Rubiem i szefem Pentagonu Pete’em Hegsethem w Kongresie przyznali jednak dziennikarzom, że nie są pewni, czy administracja ma konkretną strategię na dalsze kroki wobec Wenezueli.
Wiceszef komisji sił zbrojnych Izby Reprezentantów Demokrata Adam Smith powiedział dziennikarzom, że nie jest dla niego jasne, czy administracja ma odpowiedni mechanizm, by naciskać na reżim w Caracas i że nie ma „logistycznej ścieżki”, by doprowadzić do wyborów w Wenezueli. Podobne obawy miał Republikanin Don Bacon, który powiedział, że plan zaprezentowany przez Marco Rubia jest mglisty i ogólny. Przyznał, że nie wie, jak długo siły USA mogą prowadzić blokadę Wenezueli, która ma być głównym środkiem nacisku na władze w Caracas.
Waszyngton nie uporządkuje spraw za nas samych
.Stany Zjednoczone nie planują całkowitego wycofania się z NATO i Starego Kontynentu. Narodowa Strategia Bezpieczeństwa stawia tę sprawę jasno. W pewnym sensie ten dokument otwiera duże możliwości przed Polską, bo Waszyngton widzi bliskie interesy i potencjalnych sojuszników właśnie w Europie Środkowo-Wschodniej – pisze prof. Kazimierz DADAK.
2002 r. wyciekły dane tyczące się irańskiego programu nuklearnego. Wieści te spowodowały alarm na całym świecie i z inicjatywy USA Rada Bezpieczeństwa ONZ uchwaliła całą serię rezolucji, w ramach których Teheran obłożono ciężkimi sankcjami. We wszystkich przypadkach stali członkowie Rady Bezpieczeństwa, włącznie z Rosją i Chinami, zgodnie głosowali za przyjęciem tych rezolucji. Osamotniony Iran w końcu przystał na warunki postawione przez Waszyngton i w 2015 r. zawarł „porozumienie nuklearne”, po angielsku nazwane Joint Comprehensive Plan of Action (JCPOA). Wszyscy stali członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ (a także Niemcy i Unia Europejska) zaakceptowali je i wcielili w życie. Trzy lata później prezydent Trump ogłosił, że Stany Zjednoczone wycofują się z tego porozumienia, i ponownie nałożył ciężkie sankcje na Iran. Co więcej, w czerwcu 2025 r. USA przyłączyły się do izraelskich nalotów na Iran, ale tym razem amerykańskie posunięcia nie spotkały się z aprobatą Moskwy i Pekinu. Wprost przeciwnie, państwa te stanowczo stanęły po stronie Teheranu i nawet dostarczają mu zaawansowaną broń.
6 sierpnia 2025 r. prezydent Trump ogłosił, że wwóz towarów z Indii będzie obciążony dodatkowym cłem w wysokości 25 proc., ponieważ Indie nabywają rosyjską ropę naftową i dzięki temu Moskwa jest w stanie finansować wojnę z Ukrainą. Trzy tygodnie później te sankcje weszły w życie, ale Nowe Delhi nie ugięło się pod presją. Wolumen importu tego surowca spadł, ale daleko przekracza poziom sprzed rosyjskiego najazdu na Ukrainę.
Te dwa przykłady obrazują ograniczone zdolności Stanów Zjednoczonych do osiągania celów, które Waszyngton uznaje za ważne dla swego interesu narodowego. Ten stan rzeczy został oficjalnie uznany w ostatniej narodowej strategii bezpieczeństwa. W przeciwieństwie do uprzednich tego typu dokumentów obecna administracja prezydenta Trumpa przyznaje, że Stany Zjednoczone nie są w stanie kontrolować spraw na całym świecie, ale muszą dokonać wyboru, które obszary są priorytetowe, a w których muszą zmniejszyć swe zaangażowanie. W takim samym dokumencie z 2017 r., pierwsza administracja Trumpa obwieszczała swym obywatelom, że przyszłość jest „świetlana” i że „amerykańskie wartości i wpływy oparte na potędze czynią świat bardziej wolnym, bezpiecznym i zasobnym”.
Zanim przejdziemy do dalszych rozważań, należy koniecznie podkreślić – zapożyczmy tu słynne zdanie Marka Twaina – że „pogłoski o śmierci Ameryki są bardzo wyolbrzymione”. USA nadal są i pozostaną bardzo bogatym, technologicznie zaawansowanym i potężnym państwem. Jedynie ich względna pozycja w świecie ulega osłabieniu.
W 1992 r. gospodarka amerykańska była zdecydowanie największym organizmem na świecie. W wartościach realnych (według parytetu siły nabywczej) Stany Zjednoczone wytwarzały niemal 20 proc. światowego PKB. Dla porównania podajmy, że w tamtym roku druga największa gospodarka, Japonia, była odpowiedzialna za niewiele ponad 8 proc., a trzecia, niemiecka, za poniżej 6 proc. światowego PKB (dane Międzynarodowego Funduszu Walutowego). W tamtym czasie Rosja wytwarzała prawie 5, a Chiny i Indie, odpowiednio, niewiele ponad 4 i 3 proc. globalnego PKB. Ten sam wskaźnik na koniec 2024 wynosił: Chiny – 19,5 proc., USA – 14,9, Indie – 8,3, Rosja – 3,5, Japonia – 3,3 i Niemcy – 3,1. Zatem z ekonomicznego punktu widzenia USA już nie stoją na najwyższym stopniu podium, a kolejne potęgi Zachodu, Japonia i Niemcy, w ogóle tam się nie mieszczą. W 1992 r. wolny świat pod przewodnictwem Stanów Zjednoczonych wyraźnie dominował nad państwami, które na początku tego wieku utworzyły ugrupowanie zwane BRICS, a dziś mamy do czynienia z odwróceniem sytuacji. Nic w tym dziwnego, bo przecież Chiny i Indie zamieszkuje ponad 1/3 całej ludzkości. Wcielenie w życie efektywnej polityki gospodarczej w tych dwu krajach, szczególnie niesłychane tempo wzrostu w Chinach, spowodowało wywrócenie do góry nogami hierarchii znaczenia ekonomicznego.
.Wartość całkowitego PKB jest istotnym wskaźnikiem, pokazuje nie tylko wartość towarów i usług wyprodukowanych w danym roku, ale i atrakcyjność dla zagranicznych przedsiębiorstw jako celu eksportu i inwestycji. Niemniej istotna jest wartość PKB na głowę mieszkańca, bo ten wskaźnik odzwierciedla siłę nabywczą statystycznego obywatela. Im wyższe jest PKB na obywatela, tym większy jest potencjalny wydatek na towary i usługi przekraczające niezbędne potrzeby (wyżywienie i mieszkanie). W tym zakresie Stany Zjednoczone i w ogóle Zachód mają nadal wielką przewagę, ale i tu Chiny szybko gonią czołówkę.
PAP/Oskar Górzyński/MJ





