Kim był prof. Grzegorz Kowalski?

Paweł Althamer, Katarzyna Kozyra, Anda Rottenberg i Bogusław Deptuła wspominają prof. Grzegorza Kowalskiego, wybitnego rzeźbiarza, twórcę „Kowalni”, kuźni współczesnych talentów. Krytyk sztuki Bogusław Deptuła powiedział, że profesor Grzegorz Kowalski zmieniał myślenie na temat tego, czym jest rzeźba i jakie są jej granice.

„Bardzo interesował się dalszymi poczynaniami swoich absolwentów i, jak tylko mógł, je wspierał”

.Grzegorz Kowalski urodził się 10 stycznia 1942 roku w Warszawie. W latach 1959-1965 kształcił się na Wydziale Rzeźby na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie w pracowni rzeźby prof. Jerzego Jarnuszkiewicza i w pracowni Projektowania Brył i Płaszczyzn prof. Oskara Hansena. We wczesnym okresie twórczości pozostawał w kręgu oddziaływania nauk Hansena, przede wszystkim jego teorii Formy Otwartej. Architekt zmienił paradygmat, w relacji artysta-odbiorca, to odbiorcę obdarzył kluczową rolą. Wprowadził rewolucję także w rozumieniu relacji dzieło-otoczenie. Echa nauk pobieranych u Hansena, widać w działaniach edukacyjnych Kowalskiego.

W 1965 roku zdobył dyplom z wyróżnieniem u prof. Jarnuszkiewicza, na który składał się projekt architektoniczny i makieta „Pomnik Energii Jądrowej” i dwóch prac z nurtu environment: „Studium przestrzeni percypowanych przez zmysły: równowagi” i „Studium przestrzeni percypowanych przez zmysły: dotyku”. „Poza samą strukturą, odpowiadającą hansenowskiej definicji, prace te charakteryzują się tym, że nie »działają« bez człowieka, który, mówiąc obrazowo, puszcza je w ruch (w tym konkretnym przypadku: doznaje zmysłowych bodźców wymuszonych przez samą budowę pracy). Jest to więc rodzaj »aparatu«, za pomocą którego – i z niezbędnym udziałem człowieka – powstaje dziejące się w czasie i przestrzeni zdarzenie, fragment nowej rzeczywistości” – napisano na portalu culture.pl.

Na swojej debiutanckiej wystawie w 1968 roku pokazał instalację „Kieszeń”, na którą składają się projekcje slajdów – zdjęć reporterskich, często kadrów wojennych. Widz wchodzi między nie, stając się tym samym „ekranem”, częścią pracy.

Grzegorz Kowalski brał także udział w licznych sympozjach, na których pokazywał prace charakteryzujące się przekształcalnością i podatnością na ingerencje widza. Do takich dzieł należą m.in. „Kompozycja okolicznościowa” (1966) i „Kompozycja aktualna” (1969).

Ważną pracą początkowego okresu twórczości artysty jest „Zegar słoneczny” (1968), stojący przy Drodze Przyjaźni w mieście Meksyk. To monumentalna rzeźba stworzona z kolorowych, betonowych stożków, o charakterze interaktywnym. Jej elementy wraz ze zmieniającym się światłem słonecznym tworzą dynamiczne cienie w przestrzeni publicznej.

Na przełomie lat 70. i 80. pełnił funkcję prodziekana, a w latach 1987-1990 – dziekana Wydziału Rzeźby warszawskiej ASP.

Jak podkreśliła w rozmowie kurator i krytyk sztuki Anda Rottenberg, należał do grona młodych, niepokornych twórców, którzy oscylowali wokół niezależnych galerii, takich jak Repassage. Współpracował z nią w latach 1972-1980. Była miejscem awangardy i eksperymentu, nowoczesną przestrzenią dla młodych artystów, funkcjonującą poza oficjalnym życiem artystycznym. W tym czasie powstał cykl, zaczynający się od pracy „Krzesło” (1974-1975), w której, jak napisano na stronie culture.pl, „artysta przesuwa punkt ciężkości z obiektu na proces i współdziałanie”. Zapraszał uczestników działania na indywidualne sesje fotograficzne, podczas których, nadzy, zajmowali dowolne pozycje wobec rekwizytu – krzesła. „Sposoby przełamywania tabu nagości i przejawiana przy tym inwencja były istotnym celem i sensem pracy, powstałe z odbitek fotograficznych »tableau« (autorski termin profesora) – tylko rejestracją” – napisano.

Pod koniec lat 70. Kowalski zainaugurował serię projektów, polegających na kierowaniu pytań i rejestracji odpowiedzi na nie pojedynczych osób. Należą do nich „Czy mógłbyś i czy chciałbyś wcielić się w zwierzę przed obiektywem?” (1978), „Czy mógłbyś i czy chciałbyś potraktować mnie jako przedmiot?” (1979), „Czy chciałbyś wrócić do łona matki?” (1981–1987).

– Grzegorz Kowalski zmieniał myślenie na temat tego, czym jest rzeźba i jakie są jej granice. To jest jego największe osiągnięcie – powiedział krytyk sztuki Bogusław Deptuła. – Nie stworzył wielu tradycyjnych rzeźb, poruszał się w sferze idei i pomysłów, czasem dziwnych i nieoczywistych – dodał.

W 1985 r. objął pracownię dyplomującą na Wydziale Rzeźby. Swą metodę pedagogiczną określał mianem „dydaktyki partnerskiej”, tzn. „opartej na współdziałaniu i poszukiwaniu pozawerbalnego języka porozumienia”. Powstała wówczas tzw. „Kowalnia”. – Samo to, że pojawiło się pojęcie „Kowalnia” odnoszące się do pracowni, którą prowadził od końca lat 80., świadczy o jego bardzo oryginalnej metodzie nauczania. „Kowalnia” zaowocowała wydaniem pokolenia absolwentów, takich jak Katarzyna Kozyra, Artur Żmijewski i Paweł Althamer – podkreśliła Anda Rottenberg.

Jak przypomniała, Kowalski pozwalał m.in. Pawłowi Althamerowi i Arturowi Żmijewskiemu na „bardzo długie sesje w różnych stanach świadomości, eksperymenty, w których tracili nad sobą kontrolę i to fotografowali”. – Takie rzeczy nie zdarzały się wcześniej na ASP. Rozciągnięcie pojęcia rzeźby na ciało i przestrzeń, którą zajmujemy i dzielimy, było absolutnym nowatorstwem wprowadzonym przez Kowalskiego – podkreśliła. – Stąd zapewne wywodzi się koncepcja ciała jako kostiumu, rozwinięta przez Katarzynę Kozyrę w latach późniejszych – uzupełniła.

– My, studenci, mieliśmy ogromne szczęście, że trafiliśmy do jego pracowni na przełomie lat 80. i 90. Kiedy wszystko wydawało się możliwe – powiedziała artystka i jedna ze studentek „Kowalni” Katarzyna Kozyra. – On jeden – i mnóstwo studentów. Bardzo interesował się dalszymi poczynaniami swoich absolwentów i, jak tylko mógł, je wspierał. Dzięki jego przyjacielskiej obecności udało mi się w końcu uwierzyć w swój potencjał – podkreśliła. Wskazała, że „zawsze był gotowy do pomocy i rozmowy, zwłaszcza na początku tzw. kariery udzielał bezcennych rad”. – Dzięki jego opiece jakoś przeżyłam nagonkę na Akademię (ASP) – i na mnie – jaka rozpętała się po moim dyplomie, którego był promotorem – »Piramidzie Zwierząt« – powiedziała artystka.

– Grzegorz Kowalski był dla mnie nie tylko profesorem i artystą. Miał taką zasadę, że po dyplomie przechodził z byłymi uczniami na Ty, dając do zrozumienia, że teraz jesteśmy na równi. – tłumaczyła. Zaznaczyła, że „znosił hierarchię mistrz–uczeń na rzecz koleżeństwa, które w wielu przypadkach rozwijało się w przyjaźń”. – Był człowiekiem bardzo odpowiedzialnym, ale też bardzo wrażliwym – oceniła.

„Grzegorz Kowalski kompletnie zmienił myślenie, o tym czym jest rzeźba. Słowo nauczanie nie jest właściwe w jego przypadku”

.Członkiem „Kowalni” był również Paweł Althamer. – Podobało mi się jego wnikliwe podejście do nas. Jak dojrzałego terapeuty, który sam przez to przeszedł, przez młyn zwany edukacją. Z tą świadomością wprowadził nas do swojej pracowni. Nie budował między nami przestrzeni, podium ani katedry – powiedział artysta Paweł Althamer.

Zaznaczył, że koncepcja Formy Otwartej, doprowadziła do wielotorowości zajęć w „Kowalni”. – Forma otwarta otwierała nas na swobodę. Oprócz uszanowania indywidualnych projektów, profesor zadawał nam ćwiczenia, co było fajne – ocenił. Dodał, że można je porównywać do ćwiczeń sportowych, a nawet wojskowych, ponieważ były rodzajem dyscypliny, której jednak studenci podejmowali się dobrowolnie. – Czerpanie z siebie było największym przywilejem i radością, którą uznawał jako metodę współpracy – wskazał artysta. – Podobała mi się też jego formuła – opowiem wam, jak ja to widzę, a jestem ciekaw jak wy to widzicie – ponieważ wtedy dochodziło do polemik. Wielu studentów potrafiło się ładnie sprzeciwić i zakwestionować autorytet profesora, co on z wdziękiem przyjmował – podkreślił.

– Podobało mi się granie studenta w jego pracowni i traktowanie go jako swojego profesora. Nazywanie go profesorem jest dla mnie aktem sentymentalnym – wskazał.

Jak mówiła w wywiadzie udzielonym Anna Walewska, autorka książki „Koleżanki i koledzy. Inżynierska 3” prace Katarzyny Kozyry, Artura Żmijewskiego, Katarzyny Górnej czy Pawła Althamera są różne, jednak można w nich znaleźć punkty wspólne, które według autorki są wynikiem nauki w pracowni prof. Grzegorza Kowalskiego. Dodała, że z czasem „Kowalnia” została utożsamiona ze sztuką krytyczną.

– Zlecił studentom działanie, polegające na zanurzeniu się w wannie z wodą i medytacji nad sobą i swoim stanem, co nie należało do typowych zadań rzeźbiarskich – wspomniał Deptuła.

W 1991 r. Kowalski otrzymał tytuł profesora nadzwyczajnego, a rok później – profesora zwyczajnego. W tej samej dekadzie ukształtowała się grupa wychowanków jego pracowni. – Niekonwencjonalne poszerzenie granic zaowocowało wychowaniem całego pokolenia artystów, którzy w drastyczny sposób odmienili sztukę polską po 1989 roku – ocenił krytyk.

– Kompletnie zmienił myślenie, o tym czym jest rzeźba. Słowo „nauczanie” nie jest właściwe w jego przypadku. Współtworzył eksperymenty i działania, które proponował studentom do odbycia. Niewiele miały wspólnego z tradycyjnie rozumianym rzeźbieniem. To było zagłębianie się w siebie, poznawanie swojego ciała, jego możliwości i ograniczeń – powiedział.

W 2002 roku w Zachęcie – Narodowej Galerii Sztuki odbyła się wystawa „Co widzi trupa wyszklona źrenica?” – ekspozycja prac studentów pracowni prof. Kowalskiego. Tytułowe pytanie zostało zaczerpnięte z „Króla-Ducha” Juliusza Słowackiego. Młodzi artyści zmierzyli się na niej z perspektywą śmierci, każdy na swój sposób próbując odpowiedzieć na pytanie pisarza.

Prof. historii sztuki Maria Poprzęcka w wywiadzie pokreśliła, że wystawa była dla niej „ważna zarówno ze względu na genezę, jak i na międzypokoleniową więź, relację mistrz – uczniowie”. Zaznaczyła, że mistrz nie dawał odpowiedzi, lecz stawiał najtrudniejsze pytanie, przed jakim człowiek może stanąć. – To była jedna z najlepszych wystaw problemowych, jakie tam pokazano – podkreśliła Rottenberg.

Grzegorz Kowalski za swe osiągnięcia artystyczne został doceniony wieloma nagrodami i odznaczeniami. W 1969 roku otrzymał nagrodę Polskiego Komitetu Olimpijskiego za rzeźby wykonane z okazji XIX Letnich Igrzysk Olimpijskich w Meksyku, w 1974 roku – Nagrodę Związku Polskich Artystów Plastyków za najlepszą grafikę roku, a w 1990 roku – Nagrodę „Pegaza”, przyznawaną przez rektora ASP. W 1987 roku odznaczono go Złotym Krzyżem Zasługi, w 2004 roku – Medalem Komisji Edukacji Narodowej, a w 2012 roku – Złotym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.

Bogusław Deptuła wskazał, że prof. Kowalski był „niezwykle ciepłym i otwartym człowiekiem, ale nie przymilającym się, a chętnie słuchającym i rozmawiającym”. – Zarówno siebie, jak i swojego rozmówcę traktował z powagą. Miał przy tym poczucie humoru – dodał.

– Dobrze wiedział, odkąd mnie przyjął do swojego studia, że ja wierzę w życie duchów i świat astralny, dlatego chcę go pozdrowić, w jakiejkolwiek „formie otwartej” się znalazł – podkreślił Paweł Althamer.

Prof. Grzegorz Kowalski zmarł 11 września 2025 roku. Miał 83 lata. Uroczystości pogrzebowe profesora odbędą się 22 września o godz. 14.00 na Cmentarzu Bródnowskim w drewnianym Kościele pw. św. Wincentego a Paulo.

Światło marmuru. Wspomnienie Igora Mitoraja

.Nowe wcielenie Fidiasza, nowy Michał Anioł, współczesny klasyk – tak nazywano go we Włoszech, które się stały jego drugą ojczyzną. Kim był Igor (Jerzy) Mitoraj, który dokonał nowego odczytania sztuki klasycznej, tworząc piękne i ponadczasowe wyobrażenia ludzkiego ciała, głównie w poetyce fragmentu i ponadnaturalnych wymiarów?

Większość z nas zna przede wszystkim jego dzieła wykonane w brązie, takie jak IkariaWieczna miłość czy podwoje do kościoła Santa Maria degli Angeli w Rzymie i do sanktuarium Matki Boskiej na ulicy Świętojańskiej w Warszawie. Piękne twarze, poetyka fragmentu, niemal oniryczne, wysublimowane misterium Zwiastowania. Niezwykłe jest oddziaływanie tych pokrytych patyną arcydzieł. Ale to nie brąz i nie żelazo, w którym również niezwykle wzniośle się wypowiadał, lecz marmur był jego ulubionym tworzywem. Nazywał go swoim kamieniem filozoficznym. „Marmur – powiedział artysta w rozmowie z Costanzem Costantinim – ma w sobie coś tajemniczego czy wręcz mistycznego, jeśli ktoś chciałby tak to nazwać. Marmur to materiał, który wnosi ze sobą światło. Na Paros tak właśnie brzmi nazwa marmuru: lychnites, czyli »światłonośny, jarzący się światłem«”.

Kochał wyspy greckie, zwłaszcza takie jak Paros, na których od starożytności po dziś wydobywa się marmur, ale osiadł nie w Grecji, lecz w Italii, w Pietrasanta, w miejscu szczególnym również dla Michała Anioła, także za sprawą „światłonośnego” kamienia. Właśnie w Pietrasancie miało moje najdłuższe z nim spotkanie poświęcone rozmowom o tajemnicy twórczości, wizytom w dwóch pracowniach i spacerom po ulicach miasteczka, którego jedną z ozdób jest monumentalny, odlany w brązie Centaur, owa niezwykła ludzko-zwierzęca hybryda poczęta w wyobraźni starożytnych Greków. Przede wszystkim jednak planowaliśmy wystawę jego dzieł w przestrzeni Uniwersytetu Warszawskiego i Akademii Sztuk Pięknych przy Krakowskim Przedmieściu w 2015 lub w 2016 roku, do której nie doszło z powodu niespodziewanej śmierci artysty w dniu 6 października roku 2014. Brałem udział w uroczystościach pogrzebowych 13 października, kiedy był żegnany przez znanych ludzi polityki, kultury i biznesu, także z Polski, ale przede wszystkim przez artystów-kolegów, jak Fernando Botero, i rzesze mieszkańców Pietrasanty.

Nowe wcielenie Fidiasza, nowy Michał Anioł, współczesny klasyk – tak nazywano go we Włoszech, które się stały jego drugą ojczyzną. Kim był Igor (Jerzy) Mitoraj, który dokonał nowego odczytania sztuki klasycznej, tworząc piękne i ponadczasowe wyobrażenia ludzkiego ciała, głównie w poetyce fragmentu i ponadnaturalnych wymiarów?

Urodził się w 1944 roku w okolicach Drezna, gdzie jego matka zesłana była na roboty. Dorastał w miejscowości Grojec pod Oświęcimiem; w 1963 roku ukończył Liceum Plastyczne w Bielsku-Białej, gdzie dane mu było dostrzec piękno odrodzonego antyku w czasach renesansu i rozmiłować się w sztuce antycznej. Od młodości zatem pociągał go idealizm w sztuce. Mając dziewiętnaście lat, rozpoczął studia w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych pod kierunkiem Tadeusza Kantora. Chciał być malarzem; malarstwo fascynowało go do końca życia, o czym mogłem przekonać się w czasie wizyty w jego domu w Pietrasancie.

W 1968 roku za radą Kantora wyjechał do Paryża na dalszą naukę w École Nationale des Beaux Arts. Dane mu było wybrać się do Meksyku na roczne spotkanie ze sztuką Olmeków, Majów i Azteków. Jego wspaniała Dea Roma zdobiąca fontannę na jednym z placów Rzymu jest pogłosem tego spotkania ze sztuką cywilizacji prekolumbijskiej. Ogromna, wykonana w trawertynie twarz zawiera wspomnienie gigantycznych głów wykonywanych przez Olmeków, jak również gigantycznych rzeźb greckich i rzymskich, m.in. słynnej głowy cesarza Konstantyna w Muzeach Kapitolińskich.

Po powrocie z meksykańskiej eskapady do Paryża był już artystą rzeźbiarzem. Jego niedostrzegany wcześniej dorobek malarski ukształtował wszakże jego wrażliwość, ale dopiero zamiana pędzla na dłuto przyniosła sukces, najpierw we Francji. Od momentu wystawy Artcurial w Paryżu w 1977 r. rzeźby i rysunki Mitoraja pokazano na przeszło 120 wystawach indywidualnych na całym świecie. Najbardziej cenił te na Forum Trajana w Rzymie i w Agrigento na Sycylii, gdzie jego dzieła znakomicie komponowały się z malowniczymi ruinami greckich świątyń. Do dziś możemy znaleźć w internecie filmowe impresje z tej wystawy, którym towarzyszy wybrana przez samego artystę muzyka Chopina. Dodajmy tu, że Mitoraj jest autorem bodaj najpiękniejszego wizerunku geniusza fortepianu, jaki kiedykolwiek wykonano. Po wspomnianej wystawie głowa Chopina, niczym głowa greckiego młodzieńca z klasycznych czasów, miała stanąć w sercu Uniwersytetu Warszawskiego, na skwerze przed gmachem Starego BUW i nieopodal mieszkania, w którym Chopinowie mieszkali 10 lat. Istnieje nawet wizualizacja tego projektu.

W latach 1978–1979 Mitoraj odbył kilka ważnych dla jego wyobraźni artystycznej podróży. W Nowym Jorku – jak zauważyła pewna włoska krytyk sztuki – zdał sobie sprawę, że jest do szpiku kości Europejczykiem. W Grecji odkrył swoje tworzywo – świetlisty marmur; często więc potem wracał do Grecji, by szukać inspiracji i czerpać natchnienie z antyku i starożytnych mitów.

Podczas podróży po Toskanii – idąc śladami Michała Anioła – znalazł dom. W 1983 roku zamieszkał w Pietrasancie, „małych Atenach”, pośród składów marmuru, nieopodal kamieniołomów i warsztatów mistrzów obróbki tego surowca. W Pietrasancie szczęśliwie i ze wzajemnością zakochał się we Włoszech; jak bardzo był lubiany w miejscu zamieszkania, świadczyły przepełnione smutkiem tłumy na pogrzebie. Wszyscy go tu znali i podziwiali, tym bardziej że był człowiekiem niezwykle uprzejmym i eleganckim.

W tę aurę uznania znakomicie wpisywała się jego uroda i łagodne rysy twarzy. Te rysy ma wiele z jego rzeźb, a rzeźbione przez niego „wizerunki” dłoni to jego dłonie, o czym sam mi powiedział i co zademonstrował, a ja sfotografowałem. Każdy artysta ma w sobie coś z narcyza, wystarczy tu przywołać obrazy Jacka Malczewskiego.

Mitoraj wizualizował sny archeologów i tworzył w sferze estetyki fragmentu i sublimacji. Już jako student ASP w Krakowie podziwiał antyczne dzieła odlane w gipsie, niekiedy uszkodzone w czasie wojny. Pamięć o tym i ogromne twarze Olmeków wraz z impulsami z Grecji pozwoliły mu stworzyć własny, indywidualny styl. O inspiracjach naszego artysty tak pisał Antonio Paolucci: „Zdarzyło się, że chłopak z Polski, będący pod wrażeniem odlewów rzeźb antycznych z gipsoteki Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, odnalazł te widma w Luwrze, w marmurze z Paros i białym z Luni, pod niebem Grecji, w British Museum i w Rzymie; kto wie, może odnalazł je na dziedzińcu Muzeów Kapitolińskich, gdzie kolosalna głowa wraz z fragmentami rzeźby (stopa, grożąca dłoń) górują, powiększone do tak niepokojących rozmiarów i tak surrealistycznie zestawione, że od jakiegoś czasu nie mogę ich oglądać, nie myśląc o Mitoraju”.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/prof-jerzy-miziolek-swiatlo-marmuru-wspomnienie-igora-mitoraja

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 22 września 2025
Fot.:Eustachy Kossakowski/MSN