Kreml broni praw Danii do Grenlandii

Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow oznajmił, że Rosja uważa Grenlandię za część terytorium Dani. Obecną sytuację wokół tej wyspy określił mianem nadzwyczajnej.

Dmitrij Pieskow przedstawił stanowisko Kreml

.Wychodzimy z założenia, że Grenlandia jest częścią terytorium Królestwa Danii – powiedział Dmitrij Pieskow dziennikarzom. Zaznaczył, że sytuacja jest „dość kontrowersyjna” i „z punktu widzenia prawa międzynarodowego nadzwyczajna”. Rzecznik Kremla zauważył też, że „prawo międzynarodowe nie jest dla prezydenta USA Donalda Trumpa priorytetem, o czym ten sam powiedział”.

Donald Trump w ostatnim czasie wielokrotnie mówił o konieczności przejęcia Grenlandii, należącej formalnie do Danii, przez Stany Zjednoczone. Spekulował m.in., że jeśli USA nie przejmą kontroli nad wyspą, zrobią to Chiny albo Rosja. Odrzucał przy tym inne rozwiązania, takie jak zwiększenie tam obecności żołnierzy USA i proponowaną przez Niemcy misję państw NATO. W niedawnym wywiadzie dla „New York Timesa” powiedział, że USA mogą być zmuszone do „wyboru” między Grenlandią a NATO.

W związku z tymi zapowiedziami kilka państw europejskich, m.in. Szwecja, Norwegia, Finlandia, Niemcy, Francja i Holandia, poinformowało o wysłaniu żołnierzy na wyspę (w różnej liczbie, tj. od jednego do kilkunastu oficerów). Wezmą oni udział w ćwiczeniach Operation Arctic Endurance.

Rosyjski „plan pokojowy” to skuteczna operacja wojny psychologicznej

.Źle napisany, jednostronny i przetłumaczony z rosyjskiego automatem rzekomy 28-punktowy plan pokojowy powinien był zostać z miejsca wyśmiany. A jednak wywołał na Ukrainie niepokój, w Europie panikę, a w tych segmentach administracji USA, w których wciąż znają się na mapach, słowach i dyplomacji, zaczęło się nerwowe gaszenie pożaru – pisze Edward LUCAS.

Rosja nie mogła sobie wymarzyć lepszego scenariusza. Sprytna przeciekowa wrzutka obnażyła – i pogłębiła – nasze podziały oraz słabość. Wyszło też na jaw, jak wielki chaos panuje w amerykańskim rządzie. Czy sekretarz stanu Marco Rubio naprawdę odżegnał się od tego planu? Czy specjalny wysłannik Donalda Trumpa Steve Witkoff prowadzi własną operację PR-ową? Jakie rzeczywiste lub domniemane interesy handlowe stoją za wizją zbliżenia Rosji i USA?

Przeciek, najprawdopodobniej pochodzący od rosyjskiego finansisty Kiriłła Dmitrijewa, odpowiednika Witkoffa w obozie moskiewskim, przedstawił Ukrainę jako państwo osamotnione i słabe. Zwrócił też uwagę na schyłek więzi transatlantyckiej. Europejczycy, kiedyś najważniejsi sojusznicy Stanów Zjednoczonych, zostali odsunięci od rozmów między supermocarstwami. Na dodatek musieli zabiegać o miejsce przy stole podczas tegorocznych rozmów w Genewie. W ten sposób dyskusja zboczyła z tematu nałożenia nowych sankcji na Rosję i skierowała się ku pytaniu o ustępstwa, na jakie Ukraina będzie musiała się zgodzić, aby nastał „pokój”. Krótko mówiąc, na polu „wojny poznawczej” – w której przeciwnik próbuje zmienić nasze postrzeganie i kształtować nasze przekonania, a w efekcie wpływać na nasze decyzje – ponieśliśmy sromotną porażkę. I to na własne życzenie.

Zamiast się nad tym zastanowić, łatwiej przedstawić wydarzenia minionego tygodnia jako kolejną wpadkę nieogarniętej administracji USA i użalać się nad końcem Pax Americana oraz erozją wartości i zasad, które pozwoliły wygrać zimną wojnę. A przecież sytuacja mogłaby być znacznie poważniejsza. Wyobraźmy sobie, że prezydent Donald Trump odmawia Ukrainie pomocy, by wymusić na niej szkodliwe ustępstwa. Albo co gorsza, oznajmia Europejczykom, że mają zmusić Ukrainę do podpisania haniebnej umowy, w przeciwnym razie Stany Zjednoczone wycofają się z NATO.

Wszystko to jeszcze może się wydarzyć. Ale reagowanie paniką i prężeniem muskułów na coś, co na razie nie nastąpiło, jest wyjątkowo złym pomysłem. Ten rok upłynął pod znakiem wielu nieudanych zagrywek dyplomatycznych, niedopracowanych szczytów, kontrowersyjnych wpisów w mediach społecznościowych i innych sensacyjnych epizodów, po których następowały zazwyczaj intensywne działania naprawcze, jednak nic nie przyniosło realnych rezultatów. Dywagacje nad „28-punktowym planem pokojowym” mogą się okazać niczym więcej niż kolejnym odcinkiem tej telenoweli. Przesadne reakcje są nie tylko nieskuteczne, ale też marnują czas i energię, które można spożytkować lepiej.

Zdumiewające w wydarzeniach minionego tygodnia było to, że w ogóle nas zaskoczyły. Czy sojusznicy naprawdę uwierzyli, że oto nadszedł czas przewidywalnego i niewzruszonego wsparcia USA dla Ukrainy? Mieli aż nadto okazji, by wyrobić sobie zdanie o dyplomatycznych zdolnościach Witkoffa czy temperamencie jego prezydenta. Zamiast zamartwiać się swoimi rolami w waszyngtońskim reality show, które zastąpiło amerykańską sztukę prowadzenia polityki zagranicznej, europejscy sojusznicy powinni byli przejąć inicjatywę i zmienić układ sił, zarówno wobec Rosji, jak i wewnątrz sojuszu atlantyckiego – czy tego, co z niego zostało.

Ilustruje to choćby następujący przykład: Europejczycy od wielu miesięcy miotają się w sprawie zajęcia zamrożonych aktywów rosyjskiego banku centralnego. Na każdym szczycie odkładali decyzję na następne spotkanie. Teraz los tych pieniędzy stał się punktem przetargowym między USA a Rosją. Gdyby UE zadziałała sprawnie, środki z tych aktywów już od miesięcy płynęłyby do Ukrainy. Niestety, może się okazać, że to nigdy nie nastąpi.

Im bardziej jednomyślna i zdecydowana będzie Europa, tym efektywniej pomoże Ukrainie, tym skuteczniej odstraszy Rosję i tym większe wrażenie zrobi na amerykańskich przywódcach, którzy zdecydowanie wolą zwycięzców od przegranych.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/edward-lucas-punkt-29-punktowy-plan-pokojowy/

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 16 stycznia 2026