„Ktoś podkręca nienawiść między Polakami a Ukraińcami. A to nikomu nie służy”

Spałam, kiedy mama zadzwoniła o 6 rano i powiedziała: „Ula, wojna” – tak wspomina dzień napaści Rosji na Ukrainę Uliana Vorobets, działaczka społeczna i polsko-ukraińska przedsiębiorczyni. Jej życie zmieniło się w niekończący się dyżur telefoniczny. Opowiada o chaosie, nadużyciach, wdzięczności i zmęczeniu po obu stronach granicy.

Spałam, kiedy mama zadzwoniła o 6 rano i powiedziała: „Ula, wojna” – tak wspomina dzień napaści Rosji na Ukrainę Uliana Vorobets, działaczka społeczna i polsko-ukraińska przedsiębiorczyni. Jej życie zmieniło się w niekończący się dyżur telefoniczny. Opowiada o chaosie, nadużyciach, wdzięczności i zmęczeniu po obu stronach granicy.

Relacje na linii Polska-Ukraina

.Afirmacja To, co mnie nie zabija, czyni mnie silniejszą. Daję czasowi czas i ufam, że wszystko układa się we właściwym momencie – dążę do marzeń i spełniam je – Uliana Vorobets w szczerej rozmowie wspomina początek wojny w Ukrainie, analizuje polsko-ukraińskie współbytowanie i snuje prognozy na przyszłość.

Czy pamięta pani, Uliano, gdzie pani była i co robiła, kiedy dotarła do pani informacja, że Rosja napadła na Ukrainę?

Uliana Vorobets: Pamiętam. Była około szóstej rano. Jeszcze było ciemno. Spałam w łóżku. Zadzwoniła mama i powiedziała: „Ula, wojna”. Najpierw pomyślałam, że żartuje. Spojrzałam na zegarek i powiedziałam, że to nie jest śmieszne. Po chwili zrozumiałam, że nie żartuje. To był totalny szok. W pierwszej kolejności powiedziałam rodzinie, żeby pakowali walizki i jechali do Polski. Chciałam tylko, żeby nic im się nie stało. W Ukrainie od miesięcy mówiło się o możliwej wojnie, były nawet poradniki, jak spakować „walizkę ewakuacyjną”. Ale mało kto wierzył, że dojdzie do pełnoskalowej inwazji.

Jak długo trwało, zanim pani bliscy przyjechali do Polski?

Uliana Vorobets: Długo. Do granicy ze Lwowa jest niedaleko, ale były ogromne kolejki. Najpierw pakowanie, potem niedowierzanie. Mama ma ponad 60 lat i potrzebowała czasu, żeby podjąć decyzję. Granicę przeszła pieszo w Medyce. Z Przemyśla pojechała pociągiem do Krakowa, a stamtąd przyjechała do mnie do Bielska-Białej. Kiedy ją przytuliłam, poczułam ulgę, ale to był dopiero początek.

Co ma pani na myśli?

Uliana Vorobets: Pracowałam wtedy w Ośrodku Integracji MyBB w Bielsku-Białej. W zespole byłyśmy trzy: ja, Inga Surowiec i pani Grażyna Staniszewska. Telefon zaczął dzwonić bez przerwy. Dosłownie co pół minuty. Dzwonili mieszkańcy Bielska, którzy chcieli ściągnąć swoje rodziny. Dzwonili ludzie z granicy. Dzwonili wolontariusze. Szybko powołałyśmy symboliczny sztab kryzysowy. Szukałyśmy noclegów, organizowałyśmy transport z granicy, pomagałyśmy w dokumentach.

Były różne sytuacje. Jedni przyjmowali całe rodziny bez żadnych warunków. Inni mówili: przyjmę matkę z dzieckiem, ale bez psa. Ktoś inny: tylko kobiety z kotami. Był też pan, który chciał przyjąć młodą kobietę z dzieckiem, określając nawet wygląd. Odpowiedziałam mu, że to nie Tinder.

Jak wyglądały pierwsze dni?

Uliana Vorobets: Chaos. Płacz. Telefony non stop. Musiałyśmy być wszystkim naraz – tłumaczkami, doradczyniami, logistykami. Organizowałam wyjazdy do konsulatu w Krakowie dla osób bez paszportów. Konsulat wystawiał poświadczenia tożsamości ze zdjęciem, bo bez dokumentu ze zdjęciem nie dało się nic załatwić. Potem była pomoc przy wyrabianiu numerów PESEL, później PESEL UKR po wejściu specustawy. Wiele osób nie znało języka polskiego, więc trzeba było wypełniać z nimi wnioski.

Przez pierwsze dwa tygodnie praktycznie nie miałam życia prywatnego. Mam czwórkę dzieci. One w pewnym momencie powiedziały, że mam przypomnieć sobie, że mam też własną rodzinę. Odpowiedziałam im, że one mają ciepły dom i jedzenie, a tamci ludzie nie mają nic. Dziś wiem, że to było dla nich trudne.

Czy Polacy zdali egzamin?

Uliana Vorobets: Tak. W Bielsku widziałam ogromne serce. Ludzie oddawali swoje łóżka, całe mieszkania. To było coś nadzwyczajnego.

Były też trudne sytuacje. Była kobieta, która zadzwoniła w nocy, bo nie mogła znaleźć zmywarki w domu, w którym mieszkała. Powiedziałam jej, że mieszkam w Polsce osiem lat, mam czwórkę dzieci i zmywam ręcznie. Były też dziewczyny, które pytały, gdzie mogą zrobić korektę ust „na kasę uchodźcy”. Były sytuacje, gdy ktoś wychodził z salonu fryzjerskiego, mówiąc, że jest uchodźcą i nie zapłaci.

Trzeba uczciwie powiedzieć: przyszli różni ludzie. Fala była ogromna i nie było pełnej kontroli. Nie wiemy do dziś dokładnie, ile osób zostało w Polsce, ile wyjechało dalej.

Dlaczego nastroje się zmieniły?

Uliana Vorobets: Bo system był nieprzygotowany. Przez długi czas nie było pełnej weryfikacji. Pojawiły się luki, które część osób wykorzystywała. A potem w mediach zaczęły dominować tematy świadczeń socjalnych, głównie 800 plus. Tymczasem dziś, jeśli ktoś wyjeżdża z Polski, system blokuje wypłaty. Jeśli dziecko nie chodzi do polskiej szkoły, świadczenie nie przysługuje. Jeśli ktoś nie pracuje – też są ograniczenia. O tym rzadko się mówi. Większość osób pracuje i płaci podatki. Ale kilka procent kombinatorów wystarczy, żeby wywołać złość w społeczeństwie.

Czy Ukraińcy nadal „siedzą na walizkach”?

Uliana Vorobets: Około 50 procent już podjęło decyzję, że zostaje. Około 20 procent nie ma dokąd wracać. Młodzież często żyje w zawieszeniu. Miałam ucznia, który świetnie radził sobie w szkole, ale z języka polskiego miał same jedynki. Pogadałam z nim, otworzył się i wyznał, że ma takie poczucie, iż jeśli nauczy się polskiego, to znaczy, że zostanie w Polsce, a on chce wrócić do Ukrainy. To pokazuje, że ukraińskie dzieci żyją w rozkroku.

A młodzi mężczyźni, którzy nie są na froncie?

Uliana Vorobets: Nie mogę oceniać. W pierwszych dniach wojny z Bielska wyjechały autobusy mężczyzn, którzy rzucili pracę i pojechali walczyć. Były ich setki. Ale są też tacy, którzy nie chcą walczyć. Jako matka nie potrafię jednoznacznie powiedzieć, co jest właściwe. Każdy podejmuje własną decyzję.

Czy ma pani traumę?

Uliana Vorobets: Tak. Na początku byłam w szoku. Zaniedbałam nawet swoje obowiązki zawodowe. W pewnym momencie okazało się, że nie mam z czego zapłacić za mieszkanie. To mnie otrzeźwiło. Dzieci zaczęły mi pomagać jako wolontariusze. To bardzo mi pomogło.

Czy Ukraińcy są wdzięczni?

Uliana Vorobets: Większość tak. Przy każdej publicznej okazji dziękuję Polakom, ale relacja między narodami nie może opierać się tylko na słowie „wdzięczność”. Musi być normalna, partnerska.

Jaką pointą, pani zdaniem, powinnyśmy zakończyć naszą rozmowę?

Uliana Vorobets: Dajmy czas czasowi. Wszyscy jesteśmy zmęczeni. Wojna się nie skończyła. Potrzebujemy cierpliwości i mniej nakręcania nienawiści. Bo ktoś tę nienawiść podkręca. A to nikomu nie służy.

Rozmawiała: Mira Suchodolska/ PAP

O źródłach niechęci i dystansu Polaków wobec Ukraińców

.Skuteczna polityka społeczna powinna opierać się na rozumieniu źródeł niechęci, a nie na ich negowaniu. Bez uwzględnienia traum historycznych, realnych konfliktów interesów oraz pogarszającego się poczucia bezpieczeństwa społecznego trudno oczekiwać trwałej poprawy relacji polsko-ukraińskich – pisze prof. Piotr DŁUGOSZ na łamach „The Conversation”.

Szukając adekwatnego tytułu do niniejszego tekstu, poświęconego konfliktom w relacjach polsko-ukraińskich, przypomniało mi się stare rosyjskie powiedzenie: „Kurica nie ptica, Polsza nie zagranica”. Miało ono ukazywać stereotypy panujące wśród Polaków dotyczące Rosjan i vice versa. Jedni i drudzy mieli poczucie wyższości cywilizacyjnej: Polacy lekceważyli Rosjan jako tolerujących i uosabiających bałagan i imperializm, natomiast Rosjanie lekceważyli Polaków jako niewdzięcznych sługusów Zachodu. Patrząc na tarcia i kryzys w stosunkach polsko-ukraińskich, wydaje się, że sedno problemu tkwi w tym, iż Polacy traktują Ukraińców protekcjonalnie, lekceważąco i nieufnie, a Ukraińcy mają pretensje do wyższego statusu, społecznego uznania i prestiżu. Często słychać skargi Ukraińców, że mówi się im, iż są „tylko gośćmi”. Z kolei Polacy narzekają na brak wdzięczności i roszczeniowość wschodniego sąsiada, który ma się panoszyć w naszym kraju.

Warto podkreślić, że od dłuższego czasu mamy do czynienia z paniką moralną w odniesieniu do relacji na linii Polacy-Ukraińcy. Media, komentatorzy, eksperci i politycy biją na alarm, że po fazie romantycznej nastąpił duży kryzys w relacjach polsko-ukraińskich. Miłość, jakiej Ukraińcy doświadczali ze strony Polaków na początku wojny, miała w ostatnim czasie przerodzić się w niechęć, a nawet nienawiść.

W mediach ukraińskich teksty o antyukraińskich nastrojach nad Wisłą są obecne od dłuższego czasu. Z relacji ukraińskich dziennikarzy ma wynikać, że w Polsce Ukraińcy muszą mierzyć się z wrogością, uprzedzeniami i narastającymi nastrojami antyukraińskimi po wyborze Karola Nawrockiego na prezydenta RP. Działające na emocje reportaże o „złych Polakach” są niejednokrotnie okraszone wypowiedziami polskich ekspertów, które mają je uwiarygodniać w oczach ukraińskiej opinii publicznej.

Polacy za niewłaściwy stosunek do Ukraińców są „chłostani” nie tylko przez media nad Wisłą i nad Dnieprem. W podobne tony uderzają publikacje w innych państwach, wypominając nam ksenofobię, uprzedzenia oraz dyskryminację wobec przybyłych do nas sąsiadów zza wschodniej granicy. Wtórują im komentarze polskich użytkowników internetu o rzekomym panowaniu atmosfery „przedpogromowej”. Oczywiście pojawiają się tu historyczne kalki mające na celu egzemplifikację nastrojów grozy przed faszyzującą prawicą.

Jednym z przykładów dominującego dyskursu w mediach zagranicznych był tekst w brytyjskim „Guardianie”, obwiniający za wzrost nastrojów antyukraińskich w Polsce dezinformację oraz politykę prowadzoną przez prezydenta Karola Nawrockiego.

Wydaje się, że brytyjscy dziennikarze, jak też ich akolici, mylą symptomy zjawiska z jego przyczynami. Owszem, łatwe i wygodne jest znalezienie „kozła ofiarnego”, szczególnie jeśli ma nim być polski prezydent. Należy jednak zmierzyć się z prawdą i z wieloma niewygodnymi faktami, które niewątpliwie doprowadziły do głębokiej erozji relacji polsko-ukraińskich. Nie da się zredukować wyjaśnienia erozji stosunków polsko-ukraińskich do jednego czynnika. Warto też przypomnieć, że „zwrot antyukraiński” w polskim społeczeństwie nastąpił dużo wcześniej, jeszcze przed wyborami prezydenckimi. W kampanii wyborczej obaj główni kandydaci podnosili kwestię ograniczenia przywilejów dla ukraińskich uchodźców, kierując się zapewne nastrojami społecznymi Polaków.

Celem niniejszego artykułu jest próba analizy relacji polsko-ukraińskich w oparciu o wyniki badań, które autor prowadzi od początku wojny. Pozwoli to w sposób rzeczowy zaprezentować niezmiernie skomplikowane zjawisko, wokół którego narosło wiele mitów i nieporozumień.

Biorąc pod uwagę badania socjologiczne, należy stwierdzić, że Polacy raczej nie darzyli Ukraińców jako nacji, czyli grupy etnicznej, szczególną sympatią ani przyjaźnią. Od początku badań realizowanych przez CBOS, tj. od 1993 r., stosunek Polaków do Ukraińców był negatywny. Jego wartość na siedmiopunktowej skali (od –3 do 3) wynosiła –1,4. W kolejnych latach to nastawienie zmieniało się w kierunku pozytywnym, by w 2008 r. uzyskać wartość neutralną. W niewielkim stopniu ewoluowało do 2021 r. Od tego momentu miało już dodatni wektor, osiągając w 2023 r. najwyższą wartość (0,64). W minionym roku wróciło jednak do poziomu sprzed wojny i ponownie osiągnęło wartość ujemną (–0,18), co oznacza, że wśród Polaków jest więcej postaw negatywnych niż pozytywnych wobec Ukraińców. Można przypuszczać, że stało się tak za sprawą realnych konfliktów międzygrupowych, z którymi mieliśmy i mamy do czynienia w relacjach między Polakami i Ukraińcami.

LINK DO TEKSTU: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/prof-piotr-dlugosz-kurica-nie-ptica-polsza-nie-zagranica-o-zrodlach-niecheci-i-dystansu-polakow-wobec-ukraincow/

PAP/ Mira Suchodolska/ LW

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 22 lutego 2026