Markery prawdy i markery kłamstwa. NCN odmówiło grantu na badania podstaw dezinformacji

Obserwujemy kryzys zaufania w pokoleniu Z. Młodym trudno odróżnić w mediach prawdę od fałszu. Jednak im ktoś ma bardziej rozwiniętą wiedzę, tym trudniej ulegnie manipulacji – powiedział dr Artur Urbaniak z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza (UAM) w Poznaniu.

Fake news zbadany. Artur Urbaniak przedstawia taktyki wykrywania manipulacji

.Dr Artur Urbaniak z Instytutu Lingwistyki Stosowanej Wydziału Neofilologii UAM jest pomysłodawcą i inicjatorem międzynarodowych badań, które pokazały, że odpowiednio dobrane słowa i konstrukcje językowe potrafią skutecznie zmanipulować młodych odbiorców, skłaniając ich do uznania fałszywych wiadomości za prawdziwe.

Badania zostały przeprowadzone w Polsce i w USA; część dotycząca polskich studentów ukazała się w artykule pt. „Gen Z and the crisis of trust: linguistic manipulation in AI-generated fake news” w czasopiśmie Scripta Neophilologica Posnaniensia. W rozwój koncepcji badań i przeprowadzenie ich w USA zaangażowali się prof. Erica Grodzki oraz prof. Martin Phillips z Lynn University na Florydzie.

Badanie miało charakter pilotażowy i wzięło w nim udział 47 osób w Polsce i 47 osób w USA. Respondenci oglądali wiadomości, w których wygenerowany przez AI awatar prezentował informacje ze świata; ich treść została sfabrykowana przez autorów badania. Po obejrzeniu każdej wiadomości respondenci zaznaczali w arkuszu – na 5-stopniowej skali Likerta – czy uważają dany news za zdecydowanie prawdziwy; prawdopodobnie prawdziwy; trudno powiedzieć; prawdopodobnie nieprawdziwy; zdecydowanie fałszywy. Następnie badacze prowadzili rozmowy z respondentami, dociekając, co sprawiło, że uznali dany news za prawdę bądź fałsz.

Anna Mikołajczyk-Kłębek: Czy pokolenie Z (Gen Z, Zetki), czyli osoby urodzone głównie między 1995 a 2012 rokiem, które dorastały w pełni cyfrowym świecie, mając stały dostęp do internetu i smartfonów, są podatne na manipulację językową?

Dr Artur Urbaniak, UAM: Tak, wykazują pewną podatność, ale wyniki badania pilotażowego należy traktować z ostrożnością. Wyniki pokazują, że zmanipulowane przekazy oddziałują na młodych ludzi, ale nie w sposób przewidywalny i z góry założony przez autorów badania.

To znaczy?

Dr Artur Urbaniak: Mechanizm jest dość złożony, ale to, co obserwujemy, to raczej kryzys zaufania. Objawia się on tym, że respondenci – nawet w przypadku informacji potencjalnie absurdalnych – nie deklarują pewności, czyli nie mówią nam, że przekaz jest „z pewnością fałszywy”; raczej mówią nam „to może nie być prawda” lub „trudno powiedzieć”. Wyraża to w jakimś stopniu, że dopuszczają możliwość, iż fałsz może być prawdą. Jednak to, co w moim odczuciu jest największą wartością badania, to właśnie ten kryzys zaufania.

Co on oznacza?

Dr Artur Urbaniak: O ile respondenci zachowali czujność i w większości przypadków (choć nie wszyscy) byli w stanie zidentyfikować fałsz, to kwestionowali również informacje prawdziwe. Poddawali w wątpliwość fakty, uznając je za potencjalnie fałszywe.

Na przykład?

Dr Artur Urbaniak: Potencjalnie absurdalna i oczywiście nieprawdziwa informacja o tym, że rzymskie Koloseum zostanie przerobione na nowoczesny obiekt usługowo-sportowy, zadaszony, ze ścianami ze szkła i stali, wśród polskich respondentów uznana została za fałszywą (66 proc. uznało ją za zdecydowanie fałszywą; a 19 proc. za potencjalnie fałszywą). Jednak ta sama informacja w USA została uznana za potencjalnie prawdziwą (37 proc.) lub zdecydowanie prawdziwą (9 proc.). Co to pokazuje? Jeśli odbiorcom brakuje twardej wiedzy lub choćby intuicji wynikającej np. z kontekstu kulturowego, łatwiej popełnić błąd.

Co może zmanipulować młodych odbiorców, by uznali fake news za prawdę?

Dr Artur Urbaniak: Uwiarygodnienie treści poprzez wprowadzenie tzw. markerów prawdy, które rozumiemy poprzez fakty, dane szczegółowe, nazwy miejsc i instytucji (np. uniwersytetów, WHO, UNICEF-u itd.). To zabieg polegający na uwiarygodnieniu informacji poprzez autorytet instytucji lub naukowca, eksperta, polityka czy lekarza. W podanym przykładzie było to wprowadzenie szczegółów projektu przerobienia Koloseum na centrum handlowo-usługowe, podanie kosztów, wyników analiz itd. Istnieje bardzo duży korpus badawczy dotyczący zagadnienia fake newsów, jednak stosunkowo niewiele uwagi badacze poświęcają markerom prawdy, czyli tzw. czynnikom uwiarygodniającym. Ten temat w perspektywie językoznawczej ciągle wymaga konsekwentnych badań i jesteśmy dopiero na początku tej drogi.

Państwa badanie stanowi „studium manipulacji w obszarze lingwistyki tekstu, dostarczając informacji na temat roli LMD w kształtowaniu postrzegania przekazów”. Co to konkretnie znaczy?

Dr Artur Urbaniak: LMD to lingwistyczne markery fałszu (linguistic markers of deception). Poszukiwaliśmy odpowiedzi na pytanie, czy ich wprowadzenie pozytywnie wpływa na uznanie informacji za fałszywą; czy można zauważyć ścisłe korelacje, że im więcej LMD w tekście, tym łatwiej można zmanipulować respondenta. Wstępne wyniki pokazują, że odpowiedź na to pytanie jest dużo bardziej złożona, a samo wprowadzenie markerów dezinformacji wcale nie przekłada się jednoznacznie na uznanie jej za wiarygodną; czasem tak, czasem nie. Dlatego należy badania kontynuować, aby zauważyć więcej prawidłowości.

Czym są te markery fałszu?

Dr Artur Urbaniak: Rzecz w tym, że najczęściej w badaniach najpierw identyfikuje się nieprawdziwe informacje, a później poszukuje się w nich środków językowego wyrazu, które cechują fałsz. Nasz zespół postanowił wprowadzić pojęcie czynników uwiarygodniających (credibility factors), które stanowią specyficzny rodzaj LMD – lingwistycznych markerów fałszu. Użyliśmy klasycznych chwytów retorycznych, m.in.: wprowadzaliśmy fałszywe autorytety (nieistniejące ośrodki naukowe); stosowaliśmy jednostronny, selektywny dobór dowodów; wprowadzaliśmy pozorną, fałszywą dychotomię – typową dla tzw. pozornego wyboru; używaliśmy argumentów fałszywie odwołujących się do logiki, podając całkowicie sfabrykowane dane ubrane w pseudonaukowy dyskurs.

Do czego mogą wasze badania się przysłużyć?

Dr Artur Urbaniak: Do uwrażliwienia młodych ludzi na fake news w przestrzeni publicznej, czyli w mediach. Nie chodzi o doraźne działania, czyli filmiki instruktażowe, które wzbudzają – i słusznie – uśmiech politowania, a o realne prowadzenie systematycznego kształcenia pod hasłem critical thinking, czyli rozwoju umiejętności krytycznego myślenia. Potrzebne są zmiany programowe, aby zacząć młodych ludzi kształcić w zakresie racjonalnego myślenia, kwestionowania i tzw. fact checkingu.

Jest więc potrzeba rozwijania kompetencji krytycznej analizy przekazów medialnych, szczególnie tych pojawiających się w mediach społecznościowych. W jaki sposób takie kompetencje można rozwijać?

Dr Artur Urbaniak: Paradoksalnie poprzez rozwój wiedzy ogólnej o świecie; opartej na rzetelnych, weryfikowalnych faktach. Poprzez wpajanie młodym ludziom, że to, co mówi im się w mediach społecznościowych, należy zawsze podawać w wątpliwość i weryfikować. Im ktoś ma bardziej rozwiniętą wiedzę, tym trudniej ulegnie manipulacji. No i na przykład nie da sobie wmówić, że średnia życia w Afryce w XXI wieku spadła do niespełna 43 lat… A niestety aż jedna czwarta respondentów uznała to za potencjalnie prawdziwą informację, a kolejne 15 proc. nie było w stanie stwierdzić, czy to prawda czy fałsz. Dodam tylko, że wg WHO średnia życia w Afryce rośnie – i aktualnie wynosi 56 lat.

Badania przeprowadzono w ramach projektu „Kompetencje komunikacyjne w globalnej wiosce: pokolenie Z wobec prawdy, postprawdy i fake newsów w mediach społecznościowych”, realizowanego w ramach grantu NCN Miniatura 5.

Projekt – pomimo starań polskiego naukowca – nie uzyskał dofinansowania na kontynuację badań z NCN (Sonata bis/OPUS). W międzyczasie dr Urbaniak powołał międzynarodowy zespół, w którego skład weszli naukowcy z różnych dziedzin z USA (Lynn University), Kanady (University of Waterloo), Irlandii (University of Limerick), Słowacji (Uniwersytet św. Cyryla i Metodego w Trnawie) i Wietnamu (Ho Chi Minh University).

Jak zaznaczył rozmówca PAP, wszyscy badacze uznali projekt za wartościowy i rokujący, a także wymagający dalszych badań; wyrazili również chęć udziału w projekcie i zadeklarowali pomoc w przeprowadzeniu badań. Dr Urbaniak dodał, że niestety NCN konsekwentnie odmawia finansowania, więc aktualnie rozważa przeniesienie badań do jednego z ośrodków zagranicznych, który wyłoży środki na kontynuację badań w innych językach i innych kontekstach kulturowych.

Rozmawiała Anna Mikołajczyk-Kłębek/PAP

Kto rządzi informacją?

.Dla kształtowania opinii decydujący jest wpływ na krytyczne węzły sieci. Kto do kogo ma dostęp, jak przekaże swoją opinię. Ważne są treść i forma. W oświeceniowym Paryżu kaleczony francuski tylko ośmieszałby piszącego. A pozytywnie nastawiony amerykański prezydent (jak Wilson urobiony przez Paderewskiego) może przeważyć w procesie odzyskania niepodległości – pisze Jan ŚLIWA

Kolumb odkrył Amerykę 12 października 1492 r. W tym dniu w całej Ameryce zakończyła się era prekolumbijska, a w Europie po średniowieczu rozpoczął się renesans. Problem w tym, że nikt o tym nie wiedział. Kolumb musiał ponownie mimo sztormów przepłynąć ocean i wydostać się z portugalskiego więzienia na Azorach. Ani tam, ani w Lizbonie – będąc w służbie hiszpańskiej – nie mógł zdradzić, gdzie był. W końcu w marcu 1493 r. triumfalnie dotarł na hiszpański dwór Monarchów Katolickich. Ale dopiero Amerigo Vespucci przekonał Europę, że nie były to Indie, lecz Nowy Świat, który opisał tak barwnie, że to jego imię zostało utrwalone w nazwie kontynentu. Czyli zdanie „Kolumb odkrył Amerykę” dopiero po latach okazało się prawdziwe. Aby wywrzeć wpływ na społeczeństwo, informacje te – najpierw dostępne na hiszpańskim dworze – musiały dotrzeć do innych miejsc i grup społecznych, a to wymagało czasu. Zanim to się stało, informacje te były dla nich nieznane, a więc praktycznie nie istniały.

ówiąc o ograniczaniu cyrkulowania informacji, myślimy często o cenzurze. Jest to interwencja świadoma, dotyczy znanych cenzorowi treści. Niegdyś można było blokować granice i kontrolować nieliczne wydawnictwa. Brutalną metodą było palenie książek. Subtelniejszą metodą była zmiana pisma, jak wymiana części tradycyjnych znaków na uproszczone w Chinach Ludowych. Znacząco utrudnia to czytanie literatury klasycznej lub tekstów z Tajwanu czy Hongkongu. Dziś, gdy mamy media elektroniczne, istnieje wiele metod obejścia kontroli. Można jednak ograniczać jakość łączy oraz rejestrować, kto próbuje dostępu, tak by dostęp wymagał wysiłku i odwagi. Można oferować analogiczne usługi (media społecznościowe) odłączone od sieci światowej. Temat nie dotyczy tylko Chin.

Użytkownicy Twittera wymieniający treści ciekawsze niż zdjęcia kotów wiedzą, jak łatwo zaliczyć ograniczenie dostępu konta, również niewidoczne dla użytkownika (shadowban). Wreszcie można odwrócić uwagę tematami pozornymi jak plotki i seks. Kogo, kto codziennie rozważa swoją tożsamość płciową, interesują głębokie procesy społeczne?

Istnieją jednak inne bariery w rozpowszechnianiu informacji. Jedną z nich jest bariera językowa. Jeśli chcę śledzić rozwój Chin, ale nie mam bezpośredniego dostępu do oryginalnych źródeł, muszę polegać na wyborach innych. Spójrzmy na Franka Diköttera, autora trylogii o historii Chin Ludowych. Szczególna wartość jego pracy polega na tym, że dotarł do archiwów partyjnych, również na głębokiej prowincji, gdzie korzystał z oryginalnych, nieupiększonych dokumentów. Na przykład z liczbami ofiar rozstrzelań i zagłodzonych w oblężonych miastach podczas zdobycia władzy. Wykorzystał okno czasowe, w którym były one dostępne, włożył w to czas i energię, a chiński znał na tyle, by czytać teksty pisane ręcznie na zmurszałych papierach. Jest pewnie jedyną osobą na Ziemi, która je zna, bo chyba i Chińczycy nie grzebią w tych szpargałach. Stał się wobec tego panem tej informacji, mógł ją selekcjonować i komentować oraz „poprawiać”, gdyby chciał. Wierzę w jego chęć szukania prawdy, ale chiński historyk pewnie wyłuskałby inną.

Język polski jest trudny. Jeżeli ktoś chce się zmagać z językiem słowiańskim, na ogół wybiera rosyjski. Stąd nasza kultura jest mało znana. A ignorancja i pogarda wzajemnie się napędzają. Jeżeli Niemcy podbiją Polskę, zastrzelą 100 000 wykształconych, a biblioteki spalą lub rozkradną, to nic dziwnego, że jedyne, co znajdą, to pozostałości kultury germańskiej, takie jak alte deutsche Stadt Krakau. Podobnie Anglicy potrzebowali czasu, żeby zobaczyć, że podbite przez nich Indie posiadają kulturę starszą i bogatszą od ich własnej.

Bariera językowa i utrata fizycznych kopii dzieł starożytnych przez wieki ograniczały świadomość mądrości greckich filozofów. Dopiero takie ogniska kultury jak Toledo i Sycylia umożliwiły ich udostępnienie dla kultury łacińskiej, często poprzez przekłady na arabski. W miejscach tych można było znaleźć wykształconych chrześcijan, Arabów i Żydów, znających wzajemnie języki innych i współżyjący na tyle pokojowo, by koncentrować się na wymianie wiedzy, a nie sztyletowaniu.

Na tym przykładzie widać, że oprócz języka ważne jest jeszcze zrozumienie tematu. Dzieła filozoficzne poruszają nietrywialne zagadnienia, pisane są trudnym językiem. Mieszkaniec afrykańskiej sawanny (a i Miasteczka Wilanów) nie przekaże dalej teorii kwantów, bo nie posiada aparatu pojęciowego, by ją zrozumieć i opowiedzieć. Lecz nie lekceważmy wiedzy mieszkańca sawanny. Wystarczy mu spojrzeć na ścieżkę, by wiedzieć, jakie zwierzę nią przechodziło i kiedy, wie, które owoce są jadalne i które zioła leczą rany. W porównaniu z nim to my jesteśmy ignorantami.

No i potrzebne jest też zainteresowanie. Jeżeli ktoś uzna, że całą wiedzę zawiera Biblia lub Koran, a wszystko inne jest dziełem Szatana, nigdy się do studiowania i przekładania filozofów nie zabierze. To było autentycznym problemem – co zrobić z Arystotelesem, który mimo że poganin, pisał ciekawe dzieła? Podobnie Japończycy zabraniali korzystania z książek zamorskich diabłów. Dopiero z czasem zauważyli, że z przemyconych dzieł, zwłaszcza medycznych, można się dowiedzieć nowych i użytecznych rzeczy.

Przekazywanie informacji może być również blokowane, jeżeli są niezgodne z poglądami dominującymi w grupie odbiorców. Występuje to nawet w chłodnej i obiektywnej nauce. Tak było w przypadku badań kultury Majów. W dziedzinie tej przez lata dominował sir J.E.S. Thompson, nic nie mogło się ukazać bez jego akceptacji. Pismo Majów uważał za symboliczne, a nie fonetyczne, czym skutecznie zablokował jego rozszyfrowanie. Jego nieufność wobec nowych idei była tym większa, że pochodziły one od Jurija Knorozowa, nieznanego badacza z mroźnego Leningradu. To nie był żaden partner dla Rycerza Orderu Imperium Brytyjskiego. Można to nazwać „efektem tureckiego astronoma”, ku pamięci (wyimaginowanego) astronoma, który odkrył planetę Małego Księcia, a następnie dwukrotnie przedstawił swoje odkrycie. Gdy zrobił to w tureckim stroju, nikt nie był zainteresowany. Gdy po upadku Cesarstwa Osmańskiego zrobił to ponownie, ale w garniturze i krawacie, przyjęto go z entuzjazmem.

Do tej pory pomijałem rozróżnienie między elitą naukową a ogółem społeczeństwa. Z jednej strony możemy badać krążenie idei geometrii nieeuklidesowej między Gaussem, Bolyaiem i Łobaczewskim – co było możliwe tylko dzięki temu, że Gauss nauczył się rosyjskiego. Z drugiej strony obserwujemy rozprzestrzenianie się jej akceptacji wśród nienaukowców, która pozostaje bliska zeru. W niektórych przypadkach idea naukowa budzi zainteresowanie, zwłaszcza jeśli gra na emocjach. Dociekliwi laicy mogą uczyć się jej podstaw z popularnych czasopism, ale większość często konfrontuje się z jej zbanalizowaną, zniekształconą wersją. Może to być teoria względności Einsteina, skondensowana do „wszystko jest względne”, lub „skok kwantowy”, oznaczający „wielki” zamiast „mały”, czy trywialna wersja teorii ewolucji, mówiąca, że ​​(a) pochodzimy od małp, (b) nauka całkowicie wyjaśniła życie, świadomość i wszystko inne oraz (c) że Bóg (lub bóg) nie jest potrzebny. Szczególnie ewolucja wydaje się ważnym wyznacznikiem światopoglądu. Przynależność do darwinistów to artykuł wiary, a liczenie prawdopodobieństw mutacji to sceptycyzm graniczący z herezją. Dziś jeszcze bardziej dotyczy to tematu zmiany klimatu.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/jan-sliwa-przeplyw-informacji-kanaly-sluzy-i-zapory/

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 30 grudnia 2025