Max Born patronem sojuszu badawczego Politechniki Wrocławskiej i PAN

Wspólne prowadzenie badań, kształcenie doktorantów i wsparcie dla młodych naukowców zakłada podpisane w dniu 15 listopada 2025 r. porozumienie pomiędzy Politechniką Wrocławską a dwoma instytutami Polskiej Akademii Nauk.
Max Born patronem sojuszu badawczego Politechniki Wrocławskiej i PAN
.Porozumienie o współpracy zakłada powołanie Wrocławskiego Sojuszu Badawczego im. Maxa Borna. Dokument podpisali w dniu 15 listopada na Politechnice Wrocławskiej prof. Arkadiusz Wójs, rektor Politechniki Wrocławskiej, prof. Andrzej Gamian, dyrektor Instytutu Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN oraz prof. Dariusz Kaczorowski, dyrektor Instytutu Niskich Temperatur i Badań Strukturalnych PAN.
Rektor Politechniki Wrocławskiej podkreślił, że sojusz zakłada wspólne prowadzenie badań w obszarze matematyki, fizyki, chemii i medycyny. – Nie chodzi jedynie o wspólne publikacje czy pozyskiwanie grantów, lecz przede wszystkim o wsparcie młodych naukowców i doktorantów, którzy dzięki umowie będą mogli korzystać z potencjału wszystkich trzech instytucji. To szansa na szybszy rozwój ich karier – podkreślił prof. Arkadiusz Wójs.
Kim był Max Born?
.Wskazał, że oba instytuty PAN (Instytut Immunologii i Terapii Doświadczalnej oraz Instytut Niskich Temperatur i Badań Strukturalnych) mają kategorię A+. – Prowadziliśmy już wcześniej wspólne projekty, a dzisiejsza umowa pozwoli nam jeszcze lepiej usankcjonować tę współpracę – dodał rektor.
Politechnika Wrocławska oraz PAN chcą stworzyć międzyinstytucjonalne zespoły badawcze, składające się z młodych naukowców. Zespoły mają cechować się interdyscyplinarnością. Obie instytucje będą współpracować przy udostępnianiu zasobów badawczych oraz rozwoju kadry naukowej.
Patronem sojuszu został wybrany urodzony w 1882 r. we Wrocławiu Max Born, wybitny wrocławski fizyk i matematyk. Max Born jest jednym z głównych twórców mechaniki kwantowej – obok Heisenberga i Schroedingera. W 1954 r. otrzymał Nagrodę Nobla z fizyki „za fundamentalne badania w dziedzinie mechaniki kwantowej, zwłaszcza za statystyczną interpretację funkcji falowej”.
Kult cargo nie ocali polskiej nauki
.Proces komercjalizacji wyników badań naukowych wymaga istnienia i właściwego zgrania pięciu elementów. Tak jest wszędzie na świecie, tak dzieje się w Stanford, Tel Awiwie, Bazylei, Leuven, Oxfordzie, Seulu czy Tajpej – pisze Andrzej DYBCZYŃSKI w opublikowanym na łamach „Wszystko co Najważniejsze” tekście „Kult cargo nie ocali polskiej nauki”.
Komercjalizacja wyników badań naukowych w Polsce staje się co jakiś czas przedmiotem nieco szerszej publicznej dyskusji. Wskazuje się wówczas na to, że transfer technologii z naszych jednostek naukowo-badawczych do przemysłu jest niewystarczający. Że miast korzystać z technologii opracowanych u nas, kupujemy je gotowe za granicą. Że nie wspieramy odpowiednio jako państwo – zarówno pieniędzmi, jak i mechanizmami prawnymi lub organizacyjnymi – procesów komercjalizacji.
Dyskusje dotyczą braku pieniędzy, odpowiednich bodźców, celowości i zasad oceny jednostek naukowych z perspektywy wyników komercjalizacji. Zrozpaczeni pracownicy wydziałów filozofii próbują skomercjalizować „Dialogi” Platona, prosząc o wsparcie równie zrozpaczonych astrofizyków badających echo wszechświata. Powstają kolejne komisje doradcze, organizuje się kolejne konferencje, produkowane są kolejne dokumenty – najczęściej strategie, bo to świetnie brzmi. Ministerstwo nauki z dumą przeznacza „na współpracę nauki z biznesem blisko 300 mln złotych”, czyli tyle, ile jedna zachodnia uczelnia wydaje rocznie na badania nad szczepionką przeciw wirusom – i… I nic się nie zmienia.
Jako żywo przypomina to coś, co kulturoznawcy nazywają „kultem cargo”. W uproszczeniu wielkim, ale kluczowym dla zrozumienia problemów komercjalizacji w Polsce, kult cargo to pewien rodzaj magicznych wierzeń, które rozkwitły na wyspach Pacyfiku w okresie II wojny światowej.
.Otóż ludność tubylcza zauważyła, że dziwni przybysze o jasnym kolorze skóry, którzy pewnego dnia dopłynęli do ich wysp i pozabijali przybyszy wcześniejszych, wyrąbują i wyrównują spore kawałki dżungli. Stawiają tam niezwykłe instalacje, zapalają ogniska bez dymu, po czym przylatują w to miejsce wielkie żelazne ptaki. A zaraz potem tubylcy otrzymują – za darmo lub za drobną opłatą w naturze – dobra tak cudowne, jak szklane paciorki, stalowe siekierki albo żywność, której nie trzeba z trudem wydzierać matce naturze.
LINK DO TEKSTU: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/andrzej-dybczynski-kult-cargo-nie-ocali-polskiej-nauki/
PAP/MJ




