Między impulsem a rozsądkiem. Dlaczego dojrzewanie sprzyja ryzykownym decyzjom

Choć młodzi ludzie zwykle wiedzą, jakie konsekwencje mogą mieć ich decyzje, w okresie dorastania i tak częściej podejmują ryzykowne zachowania. Neurobiologia, psychologia i wpływ rówieśników tłumaczą, dlaczego rozsądek tak często przegrywa wtedy z impulsem.
Ryzykowny obraz dorastania
.„Jak mogłeś nie przewidzieć, czym to się skończy?”, podobne pytania padają w domach i szkołach od pokoleń. Z perspektywy dorosłości wiele zachowań z okresu dojrzewania budzi zażenowanie, a czasem autentyczny wstyd. Stąd wygodne, zbiorowe usprawiedliwienie: to było w wieku nastoletnim. Tyle że za tym stereotypem stoją bardzo konkretne mechanizmy biologiczne i społeczne. Media chętnie opisują dorastanie przez pryzmat problemów: alkoholu, narkotyków, niebezpiecznych zachowań seksualnych czy drobnej przestępczości. Dane z badań prowadzonych wśród młodzieży w krajach europejskich pokazują, że choć część tych zjawisk słabnie, nadal są one powszechne. Co istotne, młodzi ludzie zwykle potrafią wskazać potencjalne skutki swoich działań. Świadomość ryzyka nie oznacza jednak, że z niego rezygnują.
Klucz do zrozumienia tego paradoksu leży w sposobie, w jaki mózg podejmuje decyzje. Psychologia poznawcza opisuje dwa systemy działania. Pierwszy jest analityczny, oparty na kontroli i refleksji, pozwala planować i przewidywać długofalowe skutki. Drugi działa szybko i intuicyjnie, reagując na emocje oraz bodźce płynące z otoczenia.
U nastolatków oba mechanizmy są obecne, ale nie rozwijają się w tym samym tempie. Obszary mózgu odpowiedzialne za samokontrolę i racjonalne planowanie dojrzewają aż do wczesnej dorosłości. Tymczasem system nagrody, wrażliwy na przyjemność, uznanie i silne emocje, jest aktywny znacznie wcześniej. Efekt? Decyzje podejmowane „tu i teraz” często wygrywają z kalkulacją przyszłych kosztów.
Dojrzewanie – siła rówieśników i nagrody natychmiastowej
.To właśnie w tym okresie ogromnego znaczenia nabiera grupa rówieśnicza. Akceptacja kolegów i koleżanek staje się ważniejsza niż opinia rodziny, a obecność innych młodych ludzi zwiększa skłonność do ryzyka. Badania z zakresu kryminologii rozwojowej przytoczone na łamach „The Conversation” pokazują, że szczyt zachowań problemowych przypada na późną adolescencję, a potem stopniowo maleje wraz z dojrzewaniem mechanizmów kontroli.
Choć rozwój mózgu odgrywa kluczową rolę, nie wyjaśnia wszystkiego. Znaczenie mają również cechy osobowości, różnice płciowe (chłopcy statystycznie częściej podejmują ryzyko), styl wychowania, doświadczenia szkolne czy normy panujące w danym środowisku. Zarówno nadmierna surowość, jak i całkowity brak granic sprzyjają problemom z zachowaniem.
Zamiast więc oczekiwać od nastolatków chłodnej, dorosłej kalkulacji, warto potraktować ich potknięcia jako punkt wyjścia do rozmowy. Analiza tego, co zadziałało w danym momencie, emocje, presja grupy, obietnica nagrody, bywa znacznie skuteczniejsza niż moralizowanie. Dojrzewanie to nie tyle czas „głupich decyzji”, ile etap intensywnego uczenia się, którego koszt bywa wysoki, ale nieprzypadkowy.
Depresja. Więcej pytań niż odpowiedzi
.Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że na całym świecie na depresję cierpi ok. 280 milionów osób. Każdego roku z powodu depresji skuteczne próby samobójcze podejmuje 700 tys. osób. Choć przypuszcza się, że ok. 5 proc. dorosłej populacji cierpi na depresję, to coraz większym i bardziej zauważalnym problemem staje się depresja wśród młodzieży, a nawet dzieci – pisze Bartosz KABAŁA
Kilka miesięcy temu w „Molecular Psychiatry”, czasopiśmie związanym z „Nature”, ukazał się przegląd dostępnych badań naukowych dotyczących zależności pomiędzy poziomem serotoniny w tkance mózgu a objawami depresji. Artykuł wywołał chwilową burzę medialną i nieco dłużej trwający zamęt naukowy. W mediach popularnych powielanym przez dziennikarzy wnioskiem był brak skuteczności leków na depresję, których obecnie stosuje się ogromne ilości. Co zostało z tego poruszenia i czy badanie było jego warte? Czy medycyna rzeczywiście zmieniła całkowicie postrzeganie depresji i jej leczenia?
Autorzy głośnej pracy pod kierunkiem dr Joanny Moncrieff, psychiatry z University College w Londynie, dokonali tzw. przeglądu parasolowego (umbrella review) – nie dość, że wzięto pod uwagę wszystkie dostępne metaanalizy, czyli prace kompilujące wyniki pojedynczych badań naukowych, to jeszcze przeanalizowano inne dotychczasowe przeglądy opisujące związki poziomu serotoniny i depresji. Całość objęła ogromną liczbę badań naukowych i dziesiątki tysięcy pacjentów. Wnioski, które naukowcy zamieścili w swojej publikacji i które pojawiały się w późniejszych wypowiedziach medialnych Moncrieff, nie pozostawiają złudzeń – objawy depresji nie zależą od poziomu serotoniny. Sama autorka idzie jeszcze dalej, mówiąc: „Wiele osób bierze leki przeciwdepresyjne, bo zostały przekonane, że przyczyną choroby jest zachwiana równowaga biochemiczna”. I dalej: „Tysiące osób cierpi z powodu efektów ubocznych leków przeciwdepresyjnych (…). Sądzimy, że jest to częściowo związane z fałszywym przekonaniem o biochemicznej przyczynie depresji”.
Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że na depresję cierpi ok. 280 milionów osób na całym świecie. Każdego roku z powodu depresji skuteczne próby samobójcze podejmuje 700 tys. osób. Choć przypuszcza się, że ok. 5 proc. dorosłej populacji cierpi na depresję, to coraz większym i bardziej zauważalnym problemem staje się depresja wśród młodzieży, a nawet dzieci. W Polsce między 2017 a 2021 rokiem nastąpił wzrost zdiagnozowanych przypadków wśród dzieci i młodzieży z 12 tys. do 25 tys. Sprawa jest poważna, a zgłaszany przez ekspertów kryzys w polskiej psychiatrii, zwłaszcza dzieci i młodzieży, nie napawa optymizmem.
Każdy zapewne ma w wyobraźni jakiś obraz depresji, jej objawów i skutków. Jeśli nie znamy dokładnych kryteriów i przebiegu, za depresję może uchodzić każdy smutek lub rzadsze okazywanie radości. Może się wydawać, że definicja depresji jest mglista i brak jej konkretnej formy. Intuicyjnie myślimy, że choroby umysłu, których przecież nie diagnozuje się badaniem obrazowym, jak tomografia komputerowa, ani nie ogląda się ich pod mikroskopem, są trudno uchwytne i rozpoznawalne „na oko”. W psychiatrii do zdiagnozowania zaburzenia depresyjnego wymagane jest spełnienie ściśle określonych kryteriów.
W praktyce lekarskiej często używane są kryteria DSM (Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders) opracowane przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne. W znacznym uproszczeniu, aby postawić takie rozpoznanie, konieczne jest wystąpienie przez okres dwóch lub więcej tygodni co najmniej pięciu objawów z zamieszczonej w kryteriach listy. Jednym z nich musi być anhedonia, czyli brak zdolności do odczuwania przyjemności lub obniżony nastrój. Na wspomnianej liście znaleźć można m.in.: zmniejszoną koncentrację, nawracające myśli o śmierci i o próbie samobójczej, ale także mniej kojarzące się z depresją w jej powszechnym rozumieniu objawy, jak utrata masy ciała, bezsenność czy łatwe męczenie się.
Przy rozważaniach na temat depresji często pojawia się również pojęcie triady Becka, oznaczające negatywne myśli o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Termin ten pochodzi od nazwiska Aarona Becka, zmarłego w listopadzie ubiegłego roku amerykańskiego psychiatry, twórcy modelu poznawczo-behawioralnego wyjaśniającego przyczyny powstawania depresji. Co ważne, jednego z wielu modeli.
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/bartosz-kabala-depresja-wiecej-pytan-niz-odpowiedzi
Laura Wieczorek



