Naród z PTSD. [Maciej ŚWIRSKI o wojnie na Ukrainie]

Maciej Świrski o Ukrainie

Polacy otworzyli się na Ukraińców w sposób, który zaskoczył nawet ich samych. Bezwarunkowa pomoc, zasiłki, 800+, szkoły, lecznictwo, przyjęcie do własnych domów – i to wszystko z odruchu, który opisywałem wcześniej. Z pamięci, z czujności, z nadziei. A w odbiorze wielu Polaków to, co dawali z siebie bezwarunkowo, zostało przez Ukraińców przyjęte jako dobra należne. Nie jako dar, lecz jak usługa. Nie jako gest wspólnoty, lecz jak coś, co się po prostu należy.

I.

Lutowy poranek 2022 roku.

Dzwonek telefonu, godzina dziesiąta rano. Dzwoni syn.

– Tato, jadę na granicę. Macie jakieś ubrania, to wezmę. I wezmę też kogoś… Wy chcecie wziąć też?

– Tak. Tylko uważaj.

– Spoko. Wszyscy jadą.

Następny telefon był wieczorem. Jedzie z powrotem. Dwie rodziny. Trzy kobiety i dwoje dzieci. Będą w środku nocy w Warszawie.

Z oczami utkwionymi w ekranach patrzyliśmy, co się dzieje, i równocześnie w całej Polsce było to samo – organizowanie się, żeby przyjąć uciekające Ukrainki z dziećmi. Rodziny, znajomi, kręgi przyjaciół. Początkowy chaos przeszedł w organizowanie życia dla tych niespodziewanych, a jednak spodziewanych gości. I pomyślałem wtedy, że podobnie musiało być podczas okupacji, gdy Polacy ukrywali Żydów. Bo szybko się okazało, że dla jednej rodziny utrzymywanie kilkorga przybyszów jest zbyt obciążające i narodził się system – tydzień u nas, tydzień u drugiej rodziny, tydzień u następnej, jeszcze u następnej, i potem znów tydzień u nas. Czyli co czwarty tydzień.

Dlaczego Polacy rzucili się na pomoc wtedy, 24 lutego 2022 roku?

Bo zadziałała pamięć, która nie potrzebuje słów . Polacy wiedzą, co znaczy, że idzie ruska armia.

II.

Użyję teraz słowa, które może razić. PTSD – zespół stresu pourazowego. Termin kliniczny, przynależny psychiatrii. Nie stawiam diagnozy. Posługuję się modelem, bo ten model coś wyjaśnia, czego inaczej wyjaśnić nie potrafię.

Rachel Yehuda, neurobiolog z Mount Sinai w Nowym Jorku, wykazała, że trauma zapisuje się epigenetycznie: dzieci osób, które przeżyły Holokaust, miały zmieniony poziom kortyzolu, choć same nie doświadczyły niczego, co mogłoby ten poziom zmienić. Doświadczenie zostawia ślad biologiczny. Przechodzi na następne pokolenie przez ciało, nie przez opowieść.

Jeśli to prawda w wymiarze jednostkowym, to w wymiarze zbiorowym działa coś pokrewnego, choć trudniejszego do zmierzenia. Wspólnota, która przez dwa stulecia była rozbierana, zajmowana, eksterminowana i zdradzana przez sojuszników, zachowuje pewien rodzaj czujności. Ta czujność nie jest wiedzą. Jest czymś wcześniejszym – tym, co pozwala rozpoznać zagrożenie, zanim rozum zdąży je przeanalizować.

Tak było w lutym 2022. Polacy nie czekali na ekspertyzy. Nie potrzebowali analityków, żeby zrozumieć, co oznacza rosyjski atak na Ukrainę. Wiedzieli ciałem, doświadczeniem przodków, kośćmi. Zachodnia Europa potrzebowała tygodni, żeby zacząć reagować. Francuzi rozmawiali o dyplomacji, Niemcy przeliczali konsekwencje dla Nord Streamu. Polacy pakowali samochody i jechali na granicę.

Każda wspólnota, która ma za sobą wystarczająco długie doświadczenie przemocy, rozwija ten rodzaj czujności. Ormianie ją mają. Żydzi ją mają. Koreańczycy ją mają. W Polsce przyjęła tę konkretną postać, bo nasza historia ją uformowała w ten konkretny sposób: rozbiory, wrześniowa samotność, Jałta, komunizm jako forma okupacji. Pochód sowieckiej armii przez Polskę w 1944 i 1945 roku, masowe gwałty i rabunki tego, czego nie zrabowali Niemcy.

Odruch pomocy w sytuacji krytycznej miał także wymiar państwowy, bo ludzie podejmujący decyzje noszą tę samą pamięć. Przekazanie Ukrainie ponad dwustu czołgów – dzisiaj oceniane jako frajerstwo – było momentem, który Ukrainę uratował. Rosjanie tego nie byli w stanie przewidzieć, bo z punktu widzenia zarządzania państwem wyglądało to jak szaleństwo: pozbycie się większości sił pancernych, gdy nie wiadomo, jak się rozwinie sytuacja. Ale dzięki temu Rosjanie nie zdobyli Kijowa i nie mamy dzisiaj ich armii na granicy wschodniej.

Ta czujność jest zasobem. Wiedza pokoleniowa pozwala zrozumieć moment zagrożenia – i wtedy włącza się przymus działania. Tak było przez stulecia: czujność kazała wypatrywać rajzy krzyżackich w Wielkopolsce i na polskim Pomorzu, litewskich chąsów na Mazowszu, tatarskich czambułów na wschodnich rubieżach. Branka. Łapanki. Obława Augustowska. ZOMO za rogiem ulicy.

III.

Warto się zatrzymać przy tym, jak to wyglądało od środka.

Ludzie ruszyli sami. Nikt nie wydawał poleceń. W pierwszych godzinach decyzje, które miały znaczenie, zapadały w kuchniach i na klatkach schodowych. Ktoś wystawił łóżko w pokoju dziecięcym, które dziecko opuściło, wyjeżdżając na studia. Ktoś pożyczył samochód. Ktoś w szkole przesunął ławki i rozłożył materace. Grupy na Facebooku i WhatsAppie powstały w ciągu godzin – „Transport z granicy”, „Nocleg Warszawa”, „Lekarz – język ukraiński”. Koordynacja była chaotyczna i skuteczna zarazem. Ludzie robili rzeczy, zanim ktokolwiek powiedział im, że powinni.

Równocześnie, na innym poziomie, działało państwo – odruchowo, szaleńczo, nie licząc kosztów. Rządzący z PiS-u nie zasiadali do kalkulacji strategicznych. Nie negocjowali warunków. Nie żądali niczego w zamian. Wysłali Ukrainie uzbrojenie – ponad dwieście czołgów, zestawy przeciwlotnicze, amunicję – z tą samą gorączką, z jaką ludzie pakowali samochody na granicy. Rządzący byli z tego samego narodu. Mieli tę samą pamięć. Wiedzieli, co oznacza zbliżanie się rosyjskiej armii – tak samo jak każdy, kto tamtego ranka wsiadł w auto i pojechał po uchodźców.

To jest ważne, bo łatwo tu wpaść w fałszywy obraz – społeczeństwo szlachetne, państwo spóźnione. Tak nie było. Odruch był wspólny. Różnił się skalą i narzędziami, ale źródło miał jedno: pamięć wspólnoty, która wie, czym jest najazd ze wschodu. Matka, która ścieliła łóżko dla ukraińskiej rodziny, i premier, który podpisywał decyzję o przekazaniu czołgów, reagowali na ten sam sygnał – sygnał, który zachodnie stolice odebrały z tygodniowym opóźnieniem albo nie odebrały wcale.

Było w tej pomocy coś głębszego niż humanitarny odruch. Sprawność ludzi, którzy wiedzą, że w chwilach krytycznych trzeba działać natychmiast, bo zwłoka kosztuje życie. Wiedza wyniesiona z pokoleń, w których Polska albo nie istniała, albo była zbyt słaba, żeby chronić swoich. Samoorganizacja w sytuacji zagrożenia jest w Polsce czymś głębszym niż obywatelska cnota. Jest warunkiem przetrwania.

I to wyjaśnia, dlaczego tak dobrze nam to poszło, na wszystkich poziomach jednocześnie, od klatek schodowych po sztaby. Mamy w tym wprawę, o którą nie prosiliśmy.

IV.

Była w tej pomocy jeszcze jedna warstwa, głębsza od odruchu i głębsza od strategii. Była nadzieja.

Nadzieja, która pojawiła się u wielu z nas – może nie u wszystkich, ale u wystarczająco wielu, żeby nadać ton tamtym tygodniom – brzmiała tak: oto są ludzie, którzy mają podobną historię do naszej. Którzy wiedzą, co to znaczy żyć obok Rosji. Którzy rozumieją, czym jest wolność, bo musieli o nią walczyć, tak jak my. Nie jesteśmy sami. Nie jesteśmy jedynymi w tej części Europy, którzy widzą świat w ten sposób. Nie jesteśmy sami w kosmosie.

To było odkrycie ogromne. Przez dziesięciolecia Polska funkcjonowała w poczuciu osobności, z doświadczeniem, którego Zachód nie potrafi zrozumieć, i z sąsiadami, których ta sama historia raczej dzieliła niż łączyła. I nagle okazywało się, że trzydzieści milionów ludzi po drugiej stronie granicy ma pamięć, która rezonuje z naszą. Że jest ktoś, z kim można rozmawiać bez tłumaczenia podstaw.

Ta nadzieja przekraczała krzywdy. Przekraczała Wołyń. Nie było to łatwe ani bezbolesne – ale Polacy potrafią być hojni w uczuciach do granic, których inni nie rozumieją. Jest w polskim charakterze gotowość do przebaczenia, która wyprzedza rachunek krzywd, bo pochodzi z tego samego źródła co czujność: z doświadczenia wspólnoty, która zbyt wiele straciła, żeby pozwolić sobie na luksus pamiętliwości wtedy, gdy stawką jest przetrwanie.

Polska pamięta, jak to jest zostać samemu. We wrześniu 1939 roku, gdy sojusznicy nie ruszyli. I w tej pamięci jest przymus, żeby samemu nie zostawiać innych – bo wiemy, co to robi ze wspólnotą, której nikt nie pomoże.

Więc pomagaliśmy z nadzieją, że to jest początek czegoś. Że z tego gestu wyrośnie trwałe rozpoznanie: dwa narody, które rozumieją to samo, bo przeszły przez to samo. Że Ukraińcy zobaczą w naszej pomocy coś więcej niż logistykę – zaproszenie do wspólnoty doświadczeń.

Nie zostało to po drugiej stronie odczytane tak, jak oczekiwaliśmy. Niektórzy Ukraińcy przyjęli pomoc jako coś oczywistego, jako należne wsparcie od sąsiada, który ma więcej. Nie odczytali tego, co w tej pomocy było polskiego – nadziei, że wreszcie ktoś obok nas widzi świat tak jak my. Że nie jesteśmy sami ze swoją pamięcią, ze swoim stosunkiem do Rosji, z cnotą wolności, która na Zachodzie brzmi archaicznie.

To nieporozumienie będzie miało konsekwencje. Ale żeby je zrozumieć, trzeba najpierw zobaczyć, co stało się z samą Polską.

V.

Zmiana przyszła w 2023 roku. Nie jednego dnia, ale w ciągu kilku miesięcy, które zmieniły coś w polskim stosunku do Ukrainy w sposób trudny do odwrócenia.

Zaczęło się od zboża. Ukraińskie zboże, które miało przejść przez Polskę tranzytem do portów, zostało na polskim rynku i zaczęło niszczyć polskie rolnictwo. Same w sobie te sprawy dałoby się rozwiązać, gdyby Kijów potraktował je jako problem do rozwiązania między sojusznikami. Ale Kijów tego nie zrobił. Zamiast rozmawiać z Warszawą, Ukraina poszła do Brukseli razem z Niemcami. Okazało się, że za plecami Polski, która oddała Ukrainie dwieście czołgów, utworzyła zaplecze logistyczne w Rzeszowie i otworzyła swoje domy, ktoś robi interesy ze wsparciem unijnym – kosztem polskiego rolnika.

Dla Polaków to był cios w miejsce, które już bolało. Bo w tej pomocy – bezwarunkowej, szaleńczej, dawanej bez rachunku – była nadzieja na wspólnotę, na rozpoznanie, na coś, co przekracza zwykłą transakcję. A okazało się, że druga strona potraktowała tę ofiarność tak, jak w sowieckim żargonie mówi się „kinąć łocha” – porzucić frajera, wykorzystać naiwność tego, kto dał coś wartościowego za darmo. Dwieście czołgów, oddanych w momencie, gdy Polska sama nie wiedziała, czy jest bezpieczna – dla władz w Kijowie okazały się gestem, z którego nie wynikają żadne zobowiązania. Co więcej – dla wielu Polaków działania ukraińskiego rządu były powtórką tego co stało się u początku odnowionej polskiej państwowości w 1918 roku – zamiast pójść z Polską, poszli z Niemcami.

To rozczarowanie ciągnie się do dzisiaj i pogłębia, bo brakuje tego, co mogłoby je złagodzić. Polacy nie mają kontaktu z ukraińskimi żołnierzami na froncie, z tymi, którzy walczyli polską bronią i którzy za tę pomoc czują wdzięczność. Ta wdzięczność istnieje, ale nie dociera. 

Gdy język wsparcia staje się językiem urzędowym, ludzie czują dystans. Ludzie, którzy w lutym 2022 roku jechali na granicę z ubraniami w bagażniku, czują, że ktoś przywłaszcza sobie ich odruch i zamienia go w dyplomatyczną formułkę. Że podszywa się pod autentyczny ruch, który z powodu postawy Kijowa zanikł.

Język się zmienił. „Pomagamy” przeszło w „ile to kosztuje”. „Solidarność” przeszła w „obciążenie”. Ta zamiana dokonywała się w słowach, zanim dokonała się w postawach – i to jest ważne, bo odsłania mechanizm: najpierw zmienia się mowa, potem zmienia się odczuwanie, a na końcu zmieniają się decyzje. W 2022 roku Polacy mówili o Ukrainie językiem moralnym. W 2024 roku mówią językiem kosztów. Stało się tak, bo nadzieja opisana w poprzednim rozdziale nie została spełniona – a wspólnota, która dała tak dużo, zaczęła liczyć straty.

VI.

Naród z nieprzepracowaną traumą reaguje na zawód inaczej niż naród, który takiej traumy nie nosi. Reaguje gwałtowniej, głębiej i bardziej całościowo, bo zawód nie trafia w puste miejsce. Trafia w ranę, która już tam była.

Polacy otworzyli się na Ukraińców w sposób, który zaskoczył nawet ich samych. Bezwarunkowa pomoc, zasiłki, 800+, szkoły, lecznictwo, przyjęcie do własnych domów – i to wszystko z odruchu, który opisywałem wcześniej. Z pamięci, z czujności, z nadziei. A w odbiorze wielu Polaków to, co dawali z siebie bezwarunkowo, zostało przez Ukraińców przyjęte jako dobra należne. Nie jako dar, lecz jak usługa. Nie jako gest wspólnoty, lecz jak coś, co się po prostu należy.

Czy tak było naprawdę? Pewnie w wielu wypadkach nie. Ukraińcy, którzy znaleźli się w Polsce, żyli w okolicznościach nadzwyczajnych: jedni na uchodźstwie, wyrwani z domów, z własną traumą; inni z rodzinami pod bombami w kraju. Ludzie w takich okolicznościach nie mają siły na wdzięczność, bo wdzięczność wymaga dystansu, którego nie mają. To trzeba rozumieć i nie wymagać od uchodźców tego, czego dać nie są w stanie.

Ale odczucie Polaków jest rzeczywistością, niezależnie od tego, czy w każdym przypadku jest sprawiedliwe. I tu właśnie ujawnia się mechanizm PTSD. Wspólnota, która otworzyła się bezwarunkowo – bo tak kazała jej pamięć – jest wspólnotą wyjątkowo wrażliwą na sygnał, że ta otwartość została zlekceważona. Wrażliwość, która w lutym 2022 roku pozwoliła otworzyć drzwi, jest tą samą wrażliwością, która teraz każe je zamknąć. Rana reaguje w obie strony. Im głębszy był gest otwarcia, tym gwałtowniejsze zamknięcie.

Na tę ranę rozczarowania wycelowała swoje anteny Moskwa. Rosyjska propaganda nie musiała wymyślać niczego nowego; wystarczyło wzmocnić to, co w polskim społeczeństwie już narastało. Poczucie, że Polska dała za dużo i dostała za mało. Że bezwarunkowa pomoc została potraktowana po sowiecku. Że Ukraińcy nie rozumieją, czym był dla nas ten gest. Moskwa tego nie stworzyła, ale celowała precyzyjnie, w to miejsce, które bolało najbardziej.

Ukraińcy w swojej masie tego mechanizmu nie rozumieją, bo żyją w stanie wojny, a wojna zawęża pole widzenia do tego, co bezpośrednie. Ale rząd ukraiński powinien rozumieć. Rząd ukraiński powinien wiedzieć, że jest coś winny Polakom – i nie chodzi tu o spłatę długu, lecz o rozpoznanie. O zdanie, które powie: widzimy, co zrobiliście. Wiemy, że bez tych dwustu czołgów wolnej Ukrainy mogłoby nie być. I wiemy, że macie prawo oczekiwać od nas czegoś, czego dotąd nie daliśmy.

To „coś” ma nazwę. Bez nazwania Wołynia ludobójstwem i bez aktu prośby o przebaczenie ta rana nie zostanie zamknięta.

Naród, który oddał drugiemu narodowi dwieście czołgów w chwili własnego zagrożenia, naród, który otworzył swoje domy i dał swoją pomoc w imię tej samej postawy, dzięki której kiedyś ukrywał Żydów – ten naród ma prawo oczekiwać, że tamta rana też zostanie uznana. Bez tego uznania rozczarowanie będzie narastać. I żadna propaganda, ani moskiewska, ani brukselska, nie będzie potrzebna, żeby je pogłębiać. 

Wystarczy cisza.

Tekst na podstawie rozdziału książki Macieja Świrskiego „Unicestwienie. Czy Polska przetrwa epokę algorytmów?” która ukaże się w marcu 2026 r.

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 24 lutego 2026