Nie marnujmy czasu na pozory [Leon XIV]
Papież Leon XIV wezwał wiernych „nie marnujmy czasu na pozory”. Podczas spotkania na modlitwie Anioł Pański w Watykanie mówił, że radość nie może opierać się na przemijających iluzjach sukcesu i sławy.
„Nasza radość i nasza wielkość nie opierają się na przemijających iluzjach sukcesu i sławy”
.Zwracając się do tysięcy osób przybyłych na Plac Świętego Piotra papież powiedział: – Często nadmierną wagę przywiązuje się do uznania, akceptacji i rozpoznawalności, co wpływa na poglądy, zachowania i nastroje ludzi, powoduje cierpienia i podziały, prowadzi do efemerycznych, rozczarowujących i zniewalających stylów życia i relacji. Tak naprawdę nie potrzebujemy tych namiastek szczęścia.
– Nasza radość i nasza wielkość nie opierają się na przemijających iluzjach sukcesu i sławy, ale na świadomości, że jesteśmy kochani i chciani przez naszego Ojca, który jest w niebie – dodał.
Leon XIV podkreślił: – Taka jest miłość, o której mówi nam Jezus: miłość Boga, który również dzisiaj przychodzi do nas nie po to, aby zadziwiać nas efektami specjalnymi, ale aby dzielić z nami nasze trudy i brać na siebie nasze ciężary, ukazując nam, kim naprawdę jesteśmy i ile znaczymy w jego oczach.
Zachęcił: – Nie marnujmy czasu i energii na pogoń za tym, co jest tylko pozorem.
– Lepiej jest kochać rzeczy proste i szczere słowa żyjąc w sposób umiarkowany oraz z głębią umysłu i serca, zadowalając się tym, co niezbędne, i starając się znaleźć każdego dnia chwilę, w której możemy zatrzymać się w ciszy na modlitwę, refleksję- wyjaśnił.
„Módlmy się to to, aby między stronami konfliktu przeważało zawsze pojednanie i pokój”
.Przypomniał również, że zaczął się Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan, a inicjatywa ta miała swoje początki dwa wieki temu. Dodał, że bardzo popierał ją papież Leon XIII.
– Zachęcam wszystkie wspólnoty katolickie, by nasiliły w tych dniach modlitwę o pełną, widzialną jedność wszystkich chrześcijan. Naszemu zaangażowaniu dla jedności musi towarzyszyć jednocześnie to na rzecz pokoju i sprawiedliwości na świecie- oświadczył papież.
Odnotował między innymi cierpienia ludności wschodniej części Demokratycznej Republiki Konga, która z powodu przemocy i ciężkiego kryzysu humanitarnego zmuszona jest do ucieczki ze swojego kraju, zwłaszcza do Burundi.
– Módlmy się to to, aby między stronami konfliktu przeważało zawsze pojednanie i pokój – wezwał.
Droga Leona XIV
.W świecie, który staje się coraz bardziej policentryczny, papież nie może być już tylko „Rzymianinem” w sensie kulturowym, ale człowiekiem, który łączy wiele światów: języków, doświadczeń, duchowości. De facto więc wraca do tejże rzymskości rdzenia: caput mundi – pisze Michał KŁOSOWSKI.
Wybór kardynała Roberta Prevosta na papieża Leona XIV to zarówno świadectwo manifestacji ludu, które rozpoczęło się spontaniczną, ale niezwykle intensywną obecnością setek tysięcy wiernych w Watykanie i wzdłuż wiodącej do Watykanu via Conciliazione już od momentu hospitalizacji i śmierci Franciszka, jak i pewnej ciągłości. Był to moment, w którym niewidzialna siła wiernych i ich wpływ „z dołu” dotarły do samego centrum Watykanu, niewątpliwie zmęczonego ostatnimi latami pontyfikatu Franciszka i wszechobecnością jezuitów. Proces konklawe 2025 ukazał bowiem nie tylko polityczne kalibracje wśród purpuratów, ale i duchową nić, która łączy Kościół instytucjonalny ze wspólnotą wiernych.
Kardynał Robert Prevost przez lata funkcjonował „na pograniczu” – Ameryki Łacińskiej i Europy, misjonarskiej prostoty i watykańskiego rygoryzmu. Jako prefekt Dykasterii ds. Biskupów budował mosty między episkopatami, słuchał lokalnych głosów i odczytywał znaki czasu. Jego wybór był odpowiedzią nie tylko na pytanie „kto ma prowadzić?”, ale i „dokąd mamy iść?”, postawione w procesie synodalnym jeszcze przez papieża Franciszka. Wybór papieża „z międzyświata” to była manifestacja dążenia ludu do Kościoła inkluzywnego i refleksyjnego, lepiej słuchającego różnych tonów rzeczywistości, a nie tylko jednego, narzuconego – czy to konserwatywnego, czy liberalnego.
John Prevost, brat papieża, trafnie podsumował w brytyjskim „The Guardian” jego charakter: „Middle of the road” – ani skrajnie konserwatywny, ani rewolucyjnie progresywny. To określenie niesie w sobie coś więcej niż tylko wygodne polityczne wyważenie: oddaje głęboką duchową intuicję, że Kościół potrzebuje obecnie pasterza, który nie ulega naciskom ani skrajnej prawicy, marzącej o restauracji trydenckiej liturgii i potępienia modernizmu, ani środowisk forsujących radykalną reformę doktryny moralnej czy struktur władzy. Wybór kard. Roberta Prevosta to więc nie tyle kompromis, ile świadome wskazanie na drogę dialogu, cierpliwości i rozeznania, drogę, którą rozpoznaje i wspiera wielu wiernych na całym świecie, choć może nie tak wielu biskupów, uwikłanych w lokalną, a czasem nawet narodową politykę.
Manifestacja ludu, której konsekwencją był wybór kardynała Roberta Prevosta, wyrażała się nie tyle w demonstracjach czy medialnych apelach, ile właśnie w tej cichej, ale masowej potrzebie przewodnika, który potrafi połączyć ogień i wodę – katolików z Północy i Południa, duchowieństwo i świeckich, tradycję i otwartość, stary i nowy świat. Leon XIV staje się odpowiedzią na soborową intuicję Ludu Bożego, który coraz wyraźniej komunikuje, że prawdziwa jedność nie polega na narzuceniu jednej wizji, lecz na umiejętności życia w napięciu – bez ucieczki w uproszczenia. Papież „ze środka drogi” staje się więc nie tyle środkiem między skrajnościami, ile symbolem duchowej dojrzałości Kościoła, który dojrzewa przez napięcia, nie przez ich unikanie.
Wybór kardynała Roberta Prevosta na Stolicę Piotrową był oczywiście zaskoczeniem dla wielu obserwatorów, ale dla tych, którzy śledzili bieg pontyfikatu Franciszka i narastające napięcia w Kościele powszechnym, miał w sobie głęboką logikę. Kardynał Robert Prevost nie był „papabile” w klasycznym tego słowa znaczeniu – nie był medialnym kandydatem, nie stał na czele żadnego z wyraźnie zarysowanych bloków, nie miał za sobą dużego zaplecza kurialnego ani twardego lobby progresywnego. A jednak to właśnie on uosabiał coś, czego szukała duża część Kościoła: zdolność łączenia przeciwieństw, słuchania różnych wrażliwości i szukania realnych duszpasterskich odpowiedzi w świecie, który przestał być jednolity, a jest coraz bardziej wielobiegunowy i polifoniczny. Jednocześnie był znany i rozpoznawalny wśród kleru, choć może mniej wśród dziennikarzy czy samych wiernych.
Bo kardynał Robert Francis Prevost przez lata funkcjonował „na pograniczu” i w wielogłosie – Ameryki Łacińskiej i Europy, misjonarskiej prostoty i watykańskiego rygoryzmu, teologicznej ortodoksji i duszpasterskiej elastyczności. Pochodzi z Chicago, przez dekady posługiwał jako zakonnik i biskup w Peru, osiadł zaś w Rzymie, centrum Kościoła, ściągnięty tu niejako przez papieża Franciszka. Był człowiekiem, który nie tylko znał świat globalnego Południa, ale był przez niego uformowany – nie jako obserwator, ale jako uczestnik. Tam nauczył się, że Kościół musi być obecny nie jako strażnik prawdy z góry, ale jako towarzysz, który słucha, rozeznaje i działa w konkretnej sytuacji. A to pomysł na Kościół, przy którym twardo obstawał poprzedni papież.
Jako prefekt Dykasterii ds. Biskupów Robert Prevost odegrał kluczową rolę w reformowaniu sposobu doboru hierarchów na całym świecie. Jego podejście było mniej „technokratyczne”, a bardziej synodalne: słuchać lokalnych wspólnot, rozumieć ich realia, uwzględniać różnorodność duchowości, kultur, wyznań oraz wyzwań. Wielokrotnie w swoich działaniach kierował się nie tyle logiką „przywiezienia” biskupa z zewnątrz, ile umocnienia pasterzy wyrastających z kontekstu lokalnego, dobrze rozumiejących swoje owczarnie. Ten styl zarządzania był nie tylko zgodny z duchem Franciszka, ale przygotowywał grunt pod nowy model Kościoła, który wyłania się dzisiaj.
Wybór papieża „z międzyświata” to więc manifestacja nowego typu katolickiej świadomości. Ludu, który nie potrzebuje już mocnego centrum narzucającego jedną linię, lecz Kościoła refleksyjnego, który zna swoją różnorodność i akceptuje ją jako dar, a nie zagrożenie i w tej różnorodności, w oparciu o Chrystusa, próbuje dialogować ze sobą i z otaczającą rzeczywistością. W świecie, który staje się coraz bardziej policentryczny, papież nie może być już tylko „Rzymianinem” w sensie kulturowym, ale człowiekiem, który łączy wiele światów: języków, doświadczeń, duchowości. De facto więc wraca do tejże rzymskości rdzenia: caput mundi.
To właśnie jest pragmatyzm synodalny rozumiany nie jako rewolucja doktrynalna, nie dekonstrukcja tradycji, ale próba zbudowania nowej formy jedności w wielości. To styl, który odrzuca zarówno klerykalny centralizm, jak i utopijny egalitaryzm, a stawia na rozeznanie, wspólnotę i czas. W tym sensie Leon XIV nie tyle zrywa z tradycją, ile ją reinterpretuje: ukazuje, że wierność nie musi oznaczać stagnacji, a zmiana nie musi oznaczać zdrady. I że nie wszystkie zmiany są konieczne.
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/michal-klosowski-droga-leona-xiv/
PAP/MB




