Niemcy są predestynowane do roli narodu wiodącego w Europie [Handelsblatt]

[Handelsblatt]

Niemieccy komentatorzy krytykują Strategię Bezpieczeństwa Narodowego USA, uznając ją za faktyczne zerwanie transatlantyckiego sojuszu i zakwestionowanie wspólnoty wartości z Europą. Czy Niemcom przypadnie w tej sytuacji rola narodu wiodącego – pyta Handelsblatt.

„UE jest drugą na świecie potęgą gospodarczą i ma pod bronią 1,5 miliona żołnierzy – musi udowodnić, że jest w stanie przedstawić alternatywę wobec polityki Trumpa”

.Porządek świata Donalda Trumpa stanowi zagrożenie dla UE” – pisze Stephan Loewenstein we „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Jego zdaniem opublikowana przez Biały Dom strategia bezpieczeństwa nie oznacza właściwie zwrotu, ponieważ Donald Trump i jego ekipa od roku wprowadzają ją w życie. Pomimo to, lektura tego dokumentu jest szokująca – ocenił komentator. Zamiast wspólnoty wartości Zachodu, Ameryka stawia na liczącą dwieście lat Doktrynę Monroe. UE przedstawiana jest jako organizacja uciskająca wolność i demokrację.

Dla UE nowa strategia jest zagrożeniem. Powrót do myślenia w kategoriach konkurencji między państwami narodowymi zniszczyłby UE i naruszyłby stabilizację – ostrzegł komentator. Gazeta zastrzegła, że nie wszystkie krytyczne uwagi są błędne. Dotyczy to nie tylko migracji. Europa jest potencjalnie silna, dlatego powinna podjąć przeciwdziałania. Zdaniem Loewensteina zaskakujące jest milczenie niemieckiego rządu, który nie zajął stanowiska po opublikowaniu strategii.

„Stany Zjednoczone stawiają na prawo silniejszego” – komentuje Anja Wehler-Schoeck w „Tagesspieglu”. „Teraz mamy to czarno na białym. Dla USA liczy się w przyszłości przede wszystkim jedno: prawo silniejszego” – pisze komentatorka. Jej zdaniem „amerykańska wojna kulturowa” ruchu MAGA stała się podstawą polityki zagranicznej USA. Ameryka izoluje się od świata zewnętrznego, a równocześnie chce modelować inne regiony zgodnie ze swoimi wyobrażeniami. „Mają one stać się marionetkami amerykańskiej polityki” – ostrzega autorka.

Dotyczy to także Europy, gdzie rząd USA chce wspierać „patriotyczne siły”, popierać powrót do dominacji państw narodowych i osłabiać UE. Prawicowo-nacjonalistyczne siły w Europie są „gorliwymi pomocnikami polityki Trumpa”. Motywy Waszyngtonu są oczywiste – pisze Wehler-Schoeck. Działająca wspólnie UE jest w stanie przeciwstawić się Ameryce, natomiast działając w pojedynkę kraje europejskie mogą zostać przez Amerykę ubezwłasnowolnione.

„Tagesspiegel” przypomniał wystąpienie sekretarz bezpieczeństwa wewnętrznego USA, Kristi Noem, w Polsce na krótko przed wyborami prezydenckimi, w którym poparła ona Karola Nawrockiego. „To tylko jeden z wielu przykładów. Europa sprawia wrażenie, jakby nie przyjęła do wiadomości zerwania transatlantyckich więzi. Ile dzwonków alarmowych będzie jeszcze potrzebnych? – pyta komentatorka „Tagesspiegla”.

UE jest drugą na świecie potęgą gospodarczą i ma pod bronią 1,5 miliona żołnierzy – musi udowodnić, że jest w stanie przedstawić alternatywę wobec polityki Donalda Trumpa skierowaną na obronę demokracji, wolności oraz opartego na zasadach porządku. „Europa jest sama sobie winna, że musi znosić bezczelne zachowanie Donalda Trumpa – pisze Nicolas Richter w „Sueddeutsche Zeitung”.

Jego zdaniem strategię bezpieczeństwa czyta się jak „akt oskarżenia przeciwko wieloletnim sojusznikom”. Biały Dom widzi w Europejczykach nie tyle sojuszników, z którymi dzieli wartości i interesy, co raczej „źródło problemów, zakłócających zbliżenie Waszyngtonu z Moskwą”.

„Handelsblatt” pisze o zmianie układu sił w Europie

.Europejczycy sami sobie są winni, że muszą teraz znosić bezczelne zachowanie ze strony Donalda Trumpa. Pomimo ostrzeżeń z Waszyngtonu, robili zbyt mało dla swojego bezpieczeństwa. Teraz są skazani na wsparcie ze strony „niestałego, autorytarnego prezydenta USA”. Na krótką metę muszą pogodzić się z prowokacjami Białego Domu. Europa nie może zrezygnować z 80000 żołnierzy amerykańskich. W dłuższej perspektywie czasu Europejczycy muszą się zbroić i opracować wspólną strategię bezpieczeństwa, co nie jest łatwe, ponieważ świadomość zagrożeń jest różna w Wilnie i w Madrycie.

„Europejczycy nie powinni się łudzić, że przeczekają Donalda Trumpa. Bratanie się Białego Domu z Kremlem wystawia kontynent europejski na wzrastające niebezpieczeństwo starcia w proch przez USA i Rosję. To właśnie byłoby cywilizacyjną zagładą przepowiadaną Europejczykom przez Biały Dom” – czytamy w konkluzji komentarza w „Sueddeutsche Zeitung”.

„Handelsblatt” pisze o zmianie układu sił w Europie – procesie, który wskutek odejścia USA od roli gwaranta bezpieczeństwa uległ przyspieszeniu. „Kto ma w przyszłości bronić Europy?” – pyta gazeta. Brytyjczycy i Francuzi mają chroniczne problemy finansowe. „Niemcom przypada w tej nadzwyczajnej sytuacji rola narodu wiodącego” – czytamy w gazecie kół gospodarczych. W przyszłości dobrze wyposażona Bundeswehra może w istotny sposób odstraszać Rosję i wypełnić lukę w siłach konwencjonalnych pozostawioną przez Amerykę, gdy ta odwróci się od Europy.

„Handelsblatt” ostrzega przed dojściem do władzy w Niemczech prawicowej AfD. „Nie trzeba być znawcą europejskiej historii, aby zrozumieć, że nacjonalistyczne Niemcy posiadające gotową do walki armię wpędziłyby Europę w nieszczęście” – czytamy w podsumowaniu.

Amerykańska strategia bezpieczeństwa jest w rzeczywistości „transatlantyckim pozwem rozwodowym” – pisze „Stuttgarter Zeitung”. Dokument jest dowodem na „rozbity związek” między Europą a USA. Podejście do Ukrainy jest symbolem tego zerwania. Amerykanom nie chodzi już o wspólną obronę wolności i demokracji, lecz o „strategiczną stabilność” z Rosją.

Powrót niemieckiej siły

.Jeśli Niemcy rzeczywiście przeznaczą 5 proc. swojego PKB na zbrojenia, będzie to nie tylko największy wysiłek od czasów zimnej wojny, ale i punkt zwrotny dla układu sił w Europie – pisze Mateusz MORAWIECKI.

Ostatnio polska dyskusja o Niemczech toczy się pod wpływem dwóch zjawisk: intensywnego przerzucania przez niemiecką policję nielegalnych imigrantów na teren Polski oraz słusznie oburzającego polską opinię publiczną tzw. upamiętnienia w Berlinie polskich ofiar wojny. W obu tych sprawach obecny polski rząd całkowicie skapitulował. Żeby jednak lepiej zrozumieć to, co dzieje się w Niemczech, warto sięgnąć do książki Kaput Wolfganga Münchaua. To przenikliwa diagnoza rozpadu niemieckiego modelu gospodarczego. Autor trafnie punktuje iluzje, na których opierała się niemiecka potęga: tania energia z Rosji, eksport do Chin, tradycyjny przemysł, dogmatyczny fiskalizm. Wszystkie te refleksje są ważne. Ale czy nie przychodzą zbyt późno – w momencie, gdy Niemcy już realizują nowy plan gospodarczy?

Gdy czytałem analizę Münchaua, towarzyszyła mi pewna myśl – skądinąd także zakorzeniona w niemieckiej tradycji intelektualnej. „Sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu” – pisał Hegel. Mądrość przychodzi po fakcie, dopiero wtedy, gdy zjawisko, nad którym się zastanawiamy, dobiega końca. Mam wrażenie, że tak jest z Kaput. Książka ta trafnie opisuje świat, który właśnie odchodzi w przeszłość. Tymczasem na naszych oczach zaczyna się coś nowego: przebudzenie przemysłowe Niemiec, a wraz z nim – co jeszcze ważniejsze – przebudzenie militarne. Berlin wychodzi z dekad zbrojeniowego minimalizmu i szykuje się do roli realnej siły. Tym razem to nie są symboliczne gesty ani zagrywki wizerunkowe – lecz systemowa zmiana, którą trzeba śledzić uważnie. I rozumieć, zanim znów będzie za późno.

Wojna na Ukrainie zmusiła europejskie rządy do głębokiej refleksji nad ich zdolnościami obronnymi. Coraz mocniej się zbroimy, próbując jak najszybciej odrobić zaniedbania minionych kilku dekad. Samo postrzeganie kwestii militarnej uległo znaczącej zmianie – dziś panuje dużo większa zgoda społeczna, aby państwa zwiększały swój potencjał obronny. Łatwiej nam zrozumieć, że w obliczu ogromnego zagrożenia, jakie stanowią Rosja oraz Chiny, inwestowanie w przemysł zbrojeniowy i wojsko stanowi jedyny możliwy mechanizm odparcia agresji. Nawet społeczeństwa przez lata uważające się za pacyfistyczne prezentują otwarcie zmianę kierunku. W takiej sytuacji najmniejsze drgania mogą wywołać lawinę zmian, podważając fundamenty wzajemnego zaufania.

Pomimo swojej początkowej bierności po wybuchu wojny na Ukrainie, pomimo haniebnego oczekiwania na upadek Kijowa i powrót do „business as usual” obecnie taką właśnie strategię przyjęła niemiecka elita, podejmując kroki zmierzające do odbudowania armii, a przez to znacznego zwiększenia swojej pozycji w Europie i w strukturach sojuszu NATO. Po II wojnie światowej, starając się wyraźnie odciąć od swojej zbrodniczej przeszłości, nasi zachodni sąsiedzi przedstawiali się jako kraj o pacyfistycznym nastawieniu, co miało na celu odbudowę międzynarodowego wizerunku, który nie polega już na zbrojeniach i wzmacnianiu siły niemieckiej armii. Ten stan rzeczy ulega jednak bardzo istotnej zmianie. Ostatnie badania wskazują, że aż 76 proc. Niemcówopowiada się za zwiększeniem finansowania Bundeswehry i wzrostem wydatków na obronność. Częściowo wynika to z braku wiary w potencjalne wsparcie militarne ze strony USA, na co wskakuje aż 74 proc. badanych. Każdy powód jest dobry. Z drugiej strony obecne realia sprawiły, że Niemcy dostrzegają konieczność utrzymania swojej pozycji, wpływów oraz zwiększenia siły gospodarczej. W obliczu coraz bardziej widocznych problemów niemieckiego przemysłu samochodowego w niemieckiej klasie politycznej i w niemieckim biznesie trwa ożywiona dyskusja nad odbudową potęgi przemysłowej.

Tezy Kaput o upadku niemieckiego modelu rozwoju mocno rezonują w polskiej debacie. Ale nie dajmy się zwieść przekonaniu, że mimo swoich trudności nasi zachodni sąsiedzi to państwo słabe lub tracące zdolność do walki o swoje interesy. Niemcy nadal należą bowiem do grona najpotężniejszych graczy na scenie polityki europejskiej i światowej, nawet jeśli obecna kondycja ich armii jest skutkiem wieloletnich zaniedbań. Dziś jednak z determinacją podejmują wysiłki, by jak najszybciej odwrócić negatywne skutki przeszłości.

Początkowo, poniekąd z przymusu, Niemcy przyjęły teorię Fukuyamy o końcu historii, konsekwentnie rozbrajając swoją armię od końca zimnej wojny. Korzystały z renty pokojowej i znaczną część swojego budżetu przekierowały na wzmocnienie modelu państwa dobrobytu. Jednocześnie zmniejszane były środki finansowe przeznaczone na utrzymanie i modernizację wojska. Doprowadziło to do znacznego wieloobszarowego osłabienia Bundeswehry. Dziś szacuje się, że liczba żołnierzy w niemieckiej armii oscyluje w okolicach 180 tysięcy, podczas gdy w 1988 r. liczba żołnierzy w służbie czynnej wynosiła 490 tysięcy.

Warto przypomnieć, że jeszcze w 2014 roku Angela Merkel twierdziła, że Niemcy nie potrzebują większych wydatków na obronność i że zasoby Bundeswehry są wystarczające. Wydatki te wynosiły wówczas ok. 1,3 proc. PKB (ok. 35 mld euro, czyli mniej, niż Polska przeznaczała na zbrojenia w 2023 r.), a strategia Berlina zakładała zmniejszanie liczebności armii przy jednoczesnym jej specjalizowaniu. Nawet budżet na 2020 r. przewidywał tylko nieznaczny wzrost nakładów, a później ich spadek do 1,25 proc. PKB w 2023 r. A wszystko to pomimo ustalonego na szczycie NATO w Walii w 2014 r. celu przeznaczania przynajmniej 2 proc. PKB na obronność. Kulminacją tej bierności była reakcja na wojnę na Ukrainie – Berlin zaproponował Kijowowi symboliczne 5 tys. hełmów i oczekiwał na kapitulację Ukrainy. Mamy dziś wiele tego dowodów. Tamten gest pozostanie jedną z największych niemieckich kompromitacji XXI wieku. Sytuację Bundeswehry pogarszały też biurokracja, niesprawny system zamówień i słaba komunikacja wewnętrzna, co razem z wieloma innymi czynnikami doprowadziło armię do stanu dalekiego od gotowości bojowej.

Przełom w niemieckiej polityce obronnej nastąpił wraz z objęciem teki ministra obrony przez Borisa Pistoriusa z SPD w styczniu 2023 roku. Wbrew krytyce – także wewnątrz własnej partii – zaproponował on reformę Bundeswehry i powrót do obowiązkowej służby wojskowej. Pomysł ten wywołał debatę – m.in. z powodu braków infrastrukturalnych i niechęci młodych Niemców do poboru. Mimo kontrowersji powołano specjalną grupę ds. personalnych, której celem jest zwiększenie liczebności armii – w pierwszym kroku do 203 tys. żołnierzy. Równolegle rosną wydatki na obronność – z 1,37 proc. PKB w 2022 r. do 2 proc. w 2024 r. oraz dzięki funduszowi 100 mld euro utworzonemu jeszcze w 2022 r. W 2024 r. Bundestag zatwierdził 97 kontraktów zbrojeniowych o wartości 45 mld euro, a całkowite wydatki wojskowe Niemiec wyniosły 88,5 mld dolarów – o 28 proc. więcej niż rok wcześniej. To jednak dopiero początek niemieckiej ofensywy zbrojeniowej.

Na zakończonym niedawno szczycie NATO w Hadze państwa członkowskie ogłosiły nowy cel wydatków obronnych – 5 proc. PKB. To bez wątpienia historyczna deklaracja. Ale tyleż historyczna, co – na tym etapie – papierowa. W przeszłości widzieliśmy już, jak łatwo polityczne cele zbrojeniowe da się osiągnąć za pomocą kreatywnej księgowości: doliczanie emerytur wojskowych czy kosztów administracji, byleby tylko domknąć procent w budżecie. Jedno jest jednak pewne: jeśli Niemcy rzeczywiście przeznaczą 5 proc. swojego PKB na zbrojenia, będzie to nie tylko największy wysiłek od czasów zimnej wojny, ale i punkt zwrotny dla układu sił w Europie. A powrót niemieckiej siły militarnej przestanie być hipotezą – będzie kwestią czasu.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/mateusz-morawiecki-powrot-niemieckiej-sily/

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 8 grudnia 2025