Niemiecki kontrwywiad bierze na cel lewicowych ekstremistów

Niemiecki kontrwywiad

Szef niemieckiego MSW Alexander Dobrindt zapowiedział 12 stycznia zwiększenie liczby funkcjonariuszy kontrwywiadu zajmujących się przeciwdziałaniem lewicowemu ekstremizmowi. To pokłosie kilkudniowego blackoutu w południowym Berlinie, którego spowodowanie przypisuje się lewicowym radykałom.

Niemiecki kontrwywiad kontra lewicowi ekstremiści

.Na dorocznym zjeździe związku urzędników służby cywilnej w Kolonii Alexander Dobrindt zapowiedział, że nie zamierza dawać w Niemczech „żadnej przestrzeni lewicowemu ekstremizmowi”. W kontekście zwiększenia sił na walkę z tymi środowiskami zapowiedział: „Krajowa służba wywiadowcza zostanie w tym obszarze wzmocniona”.

Reprezentujący CSU polityk zastrzegł przy tym, że do niczego nie dojdzie kosztem ograniczenia zasobów na zwalczanie ekstremizmu prawicowego. 3 stycznia nad ranem w Berlinie na skutek pożaru kabli doszło do awarii, która pozbawiła dostępu do prądu ok. 100 tys. mieszkańców. Dostawy elektryczności przywrócono wszystkim poszkodowanym po kilku dniach. Była to najdłuższa masowa przerwa w dostawach prądu w niemieckiej stolicy od końca II wojny światowej.

Do podpalenia kabli przyznała się ekstremistycznie lewicowa Vulkangruppe (Grupa Wulkan), która w dokumencie przekazanym władzom uznała za swoje cele „wyłączenie prądu rządzącym” oraz atak na „przemysł paliw kopalnianych”. Grupa już w przeszłości dokonywała ataków sabotażowych na infrastrukturę krytyczną w Niemczech. Ścigana jest przez prokuraturę federalną m.in. pod zarzutami terroryzmu.

Tylko lewica może jednocześnie popierać terrorystów i prawić morały

.Doszliśmy do granic absurdu. Zjednoczenie ugrupowań lewicowych może pozwolić sobie na popieranie terrorystów i sprawców ludobójstwa i jednocześnie prawić polityczne morały o „postawieniu tamy”.

Innymi słowy, odrażające wyznaczniki skrajnej prawicy, które odpychały od niej wyborców (negacjonizm, rasizm, antysemityzm), przestały budzić wstręt, odkąd stały się częścią poglądów lewicy. Wynikać z tego może tylko jedno: piętnowanie owych odrażających wyznaczników było pretekstem, a nie rzeczywistym powodem. Dziś już nie „stawia się tamy” prawicy, ponieważ jest antysemicka (bo antysemicka jest teraz lewica), „stawia się tamę” prawicy, ponieważ jest prawicą. Król jest nagi.

Czasem dochodzi do zbiorowych zjawisk, które przekraczają ludzkie pojęcie, tak bardzo obciążone są nieświadomymi mitami i zamierzchłymi opowieściami – zapomnianymi, ale wciąż kształtującymi rzeczywistość. Z tym mamy do czynienia i w tym przypadku. Odziedziczyliśmy historię, w której komunizmowi wybacza się wszystko, a wszelkie skazy przypisuje się nazizmowi. Ten paradoks został zbadany przez takich autorów jak Furet czy Nolte. Komunizm był monstrualnym dzieckiem oświecenia czy też emancypacji, podczas gdy nazizm był monstrualnym dzieckiem przeciwników oświecenia czy też zakorzenienia. I to dlatego właśnie ten pierwszy mógł liczyć na wszelkie usprawiedliwienia, a drugi – na sprawiedliwą karę.

.Nigdy nie doszło do Norymbergi komunizmu – nie tylko dlatego, że Sowieci byli zwycięzcami, a Niemcy pokonanymi, ale także dlatego, że Zachód zawsze zachowywał podejrzaną pobłażliwość dla komunizmu (zwłaszcza we Francji, kraju roku 1793, zapewne najbardziej egalitarystycznego na ziemi). W tych dniach słyszę przestrogi przed sytuacją, w której ewentualny minister obrony mianowany przez Bardellę mógłby chcieć dogadać się z Putinem. Ale nigdy nie słyszałam głosów oburzenia, gdy mieliśmy Partię Komunistyczną, finansowaną bezpośrednio przez Moskwę, czy też ministra obrony socjalistę, na którym ciążyły poważne zarzuty o współpracę agenturalną z KGB i otrzymywanie z tego tytułu przez lata regularnych apanaży od Sowietów…

PAP/MJ

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 12 stycznia 2026