Niepopularny rząd Donalda Tuska z problemami po zaprzysiężeniu Karola Nawrockiego [„Le Monde”]

Liberalno-lewicowy dziennik „Le Monde” ocenia, że rząd w Polsce „przeżywa trudne chwile”, a tworząca go koalicja jest „podzielona” i „grozi jej ryzyko paraliżu”. Dziennik prognozuje trudną kohabitację rządu z prezydentem elektem Karolem Nawrockim.

Liberalno-lewicowy dziennik „Le Monde” ocenia, że rząd Donalda Tuska „przeżywa trudne chwile”, a tworząca go koalicja jest „podzielona” i „grozi jej ryzyko paraliżu”. Dziennik prognozuje trudną kohabitację rządu z prezydentem elektem Karolem Nawrockim.

Rząd Donalda Tuska i współpraca z Karolem Nawrockim

.„Le Monde” odnotowuje, że wybór Karola Nawrockiego był zaskoczeniem dla rządu, który jest teraz „podzielony, niepopularny i ostro krytykowany przez prawicę”. Zauważa, że przegrana Rafała Trzaskowskiego w wyborach niewielką różnicą głosów „wywołała falę krytyki, zarówno wewnątrz partii proeuropejskich (tworzących koalicję), jak i między nimi”. Zdaniem gazety współpraca rządu z nowym prezydentem będzie tym trudniejsza, że koalicja „demonstruje kruchość bezprecedensową od czasu dojścia do władzy”.

Z kolei po drugiej stronie sceny politycznej „skrajnie prawicowa opozycja wychodzi z wyborów prezydenckich wzmocniona”, a Prawo i Sprawiedliwość i Konfederacja „wywierają silną jak nigdy dotąd presję na rząd”.

„Ostatnie tygodnie były symptomatyczne dla tego nowego układu sił” – dodaje dziennik.

Opisuje, że „grupki nacjonalistyczne wyznaczyły sobie za misję kontrolowanie granicy z Niemcami”, władze PiS „skrytykowały bezczynność rządu”, a tłem tych wydarzeń była „retoryka ksenofobiczna”. „Ostra debata, która objęła kraj, skłoniła premiera do przywrócenia 7 lipca kontroli na granicy z Niemcami i Litwą” – przypomina „Le Monde”.

Ocenia, że głosowanie nad wotum zaufania w Sejmie 11 czerwca 2025 roku zakończyło się sukcesem rządu, ale „jak się wydaje, nie zmieniło dynamiki” wydarzeń.

Cóż szkodzi zrekonstruować?

.Od lutego żyjemy rekonstrukcją. Ale taką nietypową – jak z eksperymentu Schrödingera. Rząd jest jednocześnie w trakcie rekonstrukcji i nie jest. Ministrowie mają być wymieni, ale nie wiadomo którzy. Koalicjanci negocjują, ale nikt nie mówi, co wynegocjował. Daty się pojawiają i znikają. Gdyby nie fakt, że to wszystko dzieje się naprawdę, można by pomyśleć, że to jakiś polityczny kabaret – pisze Paulina MATYSIAK na łamach „Wszystko co Najważniejsze”.

Rząd Donalda Tuska, według zapowiedzi, miał być sprawny, zwinny… i mniejszy. W lutym Donald Tusk zapowiadał nawet, że będzie to najmniejszy rząd w historii Polski. Co prawda w wielu obszarach można mu przypisać pionierstwo i robienie rzeczy, o których się wcześniej nie śniło (nie tylko filozofom, ale i zwykłym zjadaczom chleba), ale akurat jedną z tych rzeczy z pewnością nie jest miniaturyzacja. Miało być mniej ministerstw, mniej stołków, a więcej sensu. Tymczasem obserwujemy coś zupełnie innego – największy gabinet w historii III RP, a przy tym jeden z bardziej nieczytelnych. W prawie każdym resorcie na stanowiskach znajdziemy ministrów z poszczególnych partii tworzących koalicję, z których każdy ciągnie w swoją stronę, prowadzi intrygi, próbuje osiągać sukcesy i jednocześnie umniejszać zasługi kolegów z resortu. Paranoja. Chyba dlatego mamy tak mało ładnych rzeczy.

Trwa polityczne przeciąganie liny między koalicjantami, poszczególne partie prezentują swoje postulaty, jakby były wobec siebie w opozycji i nie mogły ich realizować przez rząd… który przecież same tworzą. I choć premier zapowiada, że wszystko ma zmierzać ku lepszemu, efekt jest raczej odwrotny – chaos zamiast porządku przeplata się z niepewnością zamiast planu.

A przypomnijmy, że mówimy o rządzie, który na ułożenie wszystkich swoich spraw miał rekordowe dwa miesiące, podczas których PiS paznokciami trzymał się jeszcze na granicy władzy. Naprawdę nie można było wykorzystać tej okazji, żeby od pierwszego dnia wszystko było dopięte na ostatni guzik?

W tle rozgrywa się próba sił po wyborach prezydenckich. Mniejsze partie, wchodzące w skład rządu, które uzyskały słabszy wynik – jak Polska 2050 czy Nowa Lewica – są teraz ewidentnie spychane na margines. Pojawiają się informacje, że nie będzie teki wicepremiera dla ugrupowania Hołowni, choć jeszcze niedawno politycy Polska 2050 sugerowali, że tę funkcję mogłaby świetnie pełnić Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. Teraz Tusk mówi: „nie będzie”. Wcześniej mówiono: „rekonstrukcja 22 lipca”. Teraz Tusk mówi: „skąd ta data?”. Czy oni w tym rządzie nie mają do siebie telefonów?

Z tej całej układanki przebija się jeden zasadniczy problem: społeczeństwo przestaje tę rekonstrukcję Schrödingera śledzić, bo już zwyczajnie ma dość. Ludzie czekają na konkretne zmiany – czy to w zakresie ochrony zdrowia, czy dostępności mieszkań, czy po prostu autobusów jeżdżących w wakacje (w wielu miejscach Polski połączenia autobusowe w ostatnich tygodniach poznikały) – a nie na niekończące się ploteczki o tym, kto będzie wiceministrem od czegoś. Ten spektakl przeżywają głównie politycy i dziennikarze. Reszta kraju wzrusza ramionami albo zaczyna być wręcz zirytowana, patrząc na to, jak ministerialny Stołek+ na naszych oczach zmienia się w Stołek+/-.

Żeby było śmieszniej, podczas gdy Tusk organizuje rekonstrukcję rządu, jednocześnie w mediach pojawiają się anonimowe głosy członków koalicji, że jeśli tendencje w sondażach się nie odwrócą, to być może potrzebna będzie zmiana premiera. Może się więc jeszcze okazać, że premier rekonstruuje rząd, który za jakiś czas zrekonstruuje premiera.

Rekonstrukcja rządu przestała być ważnym wydarzeniem. Stała się memem. I niestety symbolem tego, jak bardzo nasze państwo potrzebuje nie tylko nowych twarzy, ale przede wszystkim nowej jakości w rządzeniu. A na to, jak na razie, się nie zanosi – [LINK].

PAP/ Anna Wróbel/ LW

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 22 lipca 2025