Nostalgia za PRL [Malgorzata SZEJNERT]

PRL kojarzy mi się z szarością. I z nienajlepszym zapachem. Pamiętam, jak dostawałam paczki z zagranicy, to one przyjemnie pachniały. A PRL nie pachniał świeżo – powiedziała pisarka i dziennikarka Małgorzata Szejnert. Właśnie ukazał się zbiór jej reportaży z PRL-u i wywiad rzeka, którego jest bohaterką.
Kim jest Małgorzata Szejnert?
.Małgorzata Szejnert – pisarka i dziennikarka. Urodziła się w Warszawie w 1936 r. Ukończyła Żeńskie Liceum Ogólnokształcące im. Emilii Plater w Białej Podlaskiej. Studiowała na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Pracowała w tygodniku „Literatura”. Szejnert zadebiutowała w 1972 r. reporterską książką o amerykańskiej Polonii „Borowiki przy ternpajku”. Po powrocie ze Stanów Zjednoczonych wydała – „Sławę i infamię” (rozmowę z historykiem teatru Bohdanem Korzeniewskim o postawach środowiska aktorskiego podczas okupacji) oraz „Śród żywych duchów”.
W sierpniu 1980 r. pracowała przy redagowaniu biuletynu strajkowego Stoczni w Szczecinie. Jest współzałożycielką „Gazety Wyborczej”, gdzie była wieloletnią szefową działu reportażu (zastąpiła na stanowisku Hannę Krall). Z jej „szkoły” wyszli m.in. Magdalena Grzebałkowska, Magdalena Grochowska, Katarzyna Surmiak-Domańska, Lidia Ostałowska, Wojciech Tochman, Jacek Hugo-Bader, Mariusz Szczygieł i wielu innych ważnych autorek i autorów reportaży. Do pisania powróciła dopiero po przejściu na emeryturę. Wśród książek Szejnert są także m.in. „Czarny ogród”, „Wyspa klucz”, „Dom Żółwia. Zanzibar”, „Usypać góry. Historie z Polesia” i „Wyspa Węży”.
W 2014 r. została odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, m.in. za pielęgnowanie wartości, które legły u podstaw polskich przemian demokratycznych. Otrzymała Nagrodę Mediów Publicznych „Cogito” oraz Nagrody im. ks. Augustina Weltzla „Górnośląski Tacyt”.
Książki „Chwila przed podróżą. Reportaże z PRL” Małgorzaty Szejnert oraz „Chłodnia, czyli grzejnia. Małgorzata Szejnert w rozmowie z Dorotą Karaś i Markiem Sterlingowem” wydał Znak.
Wspomnienia z PRL-u
Ludzka pamięć często działa tak, że pamiętamy głównie dobre rzeczy z naszej przeszłości. Dla wielu osób okres Polski Ludowej przypadał na czas młodości, która w dojrzałym życiu bywa idealizowana. Czy zgadza się pani z twierdzeniem, że wiele osób darzy PRL nostalgią?
Małgorzata Szejnert: Ci, którzy nie doświadczyli w PRL-u wyraźnych krzywd i żyli względnie spokojnie, rzeczywiście mogą wspominać niektóre elementy tego systemu i tej rzeczywistości z rodzajem nostalgii.
Czy nostalgia jest uczuciem dominującym?
Małgorzata Szejnert: Nie można tak powiedzieć. Podobnie jest, kiedy wracamy do naszego dzieciństwa. Pamiętamy jednak także rzeczy złe. Nawet jeśli wspominamy ten czas z sentymentem, to nie odcinamy wszystkiego, co było trudne, skomplikowane i przynosiło cierpienie. To w nas tkwi.
A czy odczuwa pani rodzaj tej nostalgii?
Małgorzata Szejnert: Tak, odczuwam.
A co jeszcze czuje pani wobec PRL-u?
Małgorzata Szejnert: Pamiętam przykrości stanu wojennego. Ten czas niewątpliwie był związany z systemem rządzącym PRL-em. Czuję również, że mogłabym inaczej realizować się w dziennikarstwie niż tylko poprzez tzw. mały realizm, jak ogólnie mówiło się na reportaż w PRL-u. Gdybym żyła w innym systemie i była w nim dziennikarką, może pisałabym z większym rozmachem.
Czy nostalgia nie utrudnia jednak rzeczywistej oceny tego ustroju?
Małgorzata Szejnert: Myślę, że nie. PRL jest w tej chwili oceniany może nie tyle przez dziennikarzy, ile przez pisarzy i historyków bardzo wnikliwie. Książki Marcina Zaremby na przykład mówią o PRL-u bardzo dotkliwie.
W swoich reportażach, mimo cenzury i także zapewne autocenzury, udało się pani bardzo dużo o PRL-u powiedzieć.
Małgorzata Szejnert: To była nasza – autorów, którzy zajmowali się tym typem reportażu – specjalność. Było to oszukiwanie PRL-u za jego pewną zgodą. Zdawaliśmy sobie sprawę, że musimy używać forteli, aby napisać to, co w jakiś sposób zbliży nas do prawdy o tym, w jakiej sytuacji żyjemy.
Jednocześnie ta grupa reporterów była traktowana przez władzę jak rodzaj bezpiecznika. W tym naszym baraku, który podobno był w obozie państw zależnych tym najweselszym, jednak władza pozwalała w imię własnej samoobrony na jakieś luzy. Jednym z nich był właśnie mały realizm.
Czy opowieść o PRL-u, którą poznajemy za pani pośrednictwem, jest poradnikiem, jak przetrwać w świecie, będąc osobą obdarzoną – a może właśnie obarczoną – samowiedzą?
Małgorzata Szejnert: Tak. To bardzo piękne zdanie o tym obdarzeniu lub obarczeniu.
Czy pani reportaże z Polski, ale także ze Stanów Zjednoczonych opisujących tamtejszą Polonię, to kompendium wiedzy o PRL-u, historia tego okresu w pigułce?
Małgorzata Szejnert: Aż tak to nie. Powiedziałabym, że jest to przyczynek do historii PRL-u.
A panorama ludzkich losów?
Małgorzata Szejnert: Panorama ludzkich losów brzmi totalnie. Nie wydaje mi się, żeby to, co pisaliśmy, można było uznać za taką panoramę. Musielibyśmy jednak mieć więcej swobody.
W czasie PRL-u właściwie zupełnie nie mogliśmy pisać o wielu wydarzeniach, ponieważ na ogół wiązały się one z katastrofami. Nie mogliśmy napisać o wybuchu Rotundy, pożarze na Moście Łazienkowskim, o katastrofach w kopalniach. Ale przede wszystkim o protestach i nastrojach społecznych, o buntowniczych aktach twórczych, o manipulacjach politycznych… Skoro nie mogliśmy pisać o tak wielu rzeczach, nie można mówić o tym, że była to panorama ludzkich losów.
A stawiała pani sobie samej granice, że o czymś po prostu nie można napisać? Że ogrom cierpienia jest tak duży, że nie można tego oddać?
Małgorzata Szejnert: Nas nie krępowało jakieś konkretne uczucie, wrażliwość na ludzkie cierpienie. To nie krępuje ani lekarza, ani reportera, choć może ich boleć. Reporterzy piszą niejednokrotnie o niezwykle tragicznych sytuacjach, także tych osobistych.
To, co nas krępowało, to niemożność pisania o sytuacjach, które władza uważała za podejrzane. Wspomniałam o wybuchu Rotundy. To wydarzenie od razu stawiało władzę w poczuciu zagrożenia, że coś się tu dzieje. Nie wiadomo, czy to był spisek, czy sytuacja, która ujawni niemożności i kłopoty, ale także konszachty i manipulacje systemu. Wobec tego z góry nie pozwalano nam na interesowanie się wydarzeniami nieprzewidzianymi, dramatycznymi.
Nie odchodząc od dziennikarstwa, wiedzieliśmy, że działamy w zamkniętej strefie, że ona ma swoje granice. Te granice przyjmowaliśmy. Tak jak przyjmowaliśmy to, że mieszkamy w tym kraju, nie uciekliśmy z niego. Dopiero stan wojenny sprawił, że zaczęliśmy myśleć o tym, że może trzeba się wyprowadzić. A wcześniej rok 1968 z antysemityzmem państwowym.
W pani reportażach uwagę zwraca styl. W zdaniach nie ma zbędnych słów. Czy ta surowość jest jedyną drogą, aby oddać czas PRL-u?
Małgorzata Szejnert: O PRL-u powstają przecież także powieści, poezja, sztuki teatralne. Nie wydaje mi się, żeby akurat mały realizm był najtrafniejszą i jedyną formą rozprawienia się z PRL-em w literaturze czy w sztuce.
W „Małej książce kucharskiej reportera”, która stanowi postscriptum do wywiadu rzeki „Chłodnia, czyli grzejnia”, jaki przeprowadzili z panią Dorota Karaś i Marek Sterlingow, jest mowa o roli szczegółu. W reportażu o strajkach w szczecińskiej stoczni zauważa pani w torbie jednego z protestujących tom poezji Adama Mickiewicza. Czy szczegół może być metaforą systemu?
Małgorzata Szejnert: Są różne systemy. Podam pewien przykład. Jest szczegół, który może być uznany za metaforę działania stacji emigracyjnej na Ellis Island (wyspa w porcie miasta Nowy Jork – PAP), kiedy przyjmowała ona ogromne rzesze imigrantów do Ameryki. Takim szczegółem był buttonhook.
To był haczyk do zapinania guzików, w czasach kiedy masowo nie używano jeszcze zamków błyskawicznych, a kobiece ubrania i buty zapinano na guziczki. Otóż na Ellis Island buttonhook był używany do tego, aby zbadać, czy przybysze nie mają jaglicy. To była wtedy poważna, nieuleczalna choroba oczu, która prowadziła do ślepoty. Władze amerykańskie nie wpuszczały uchodźców z jaglicą, a bardzo wielu ludzi z Europy Wschodniej na nią cierpiało, ponieważ to była choroba nędzy i brudu. Do tego bardzo zaraźliwa.
Żeby ją zbadać, trzeba było wywinąć powiekę. A przecież wywinięcie powieki palcami jest zabiegiem intymnym i brutalnym. Wymyślono więc, że ten łagodnie zakończony haczyk do guzików nadaje się także do wywijania powieki. To był malutki przedmiot, bardzo cywilny, a jednocześnie budził grozę wśród ludzi przybywających na Ellis Island. Buttonhooki trzeba było dezynfekować, w związku z tym zamawiano ogromne liczby tych haczyków. Obecnie w muzeum na Ellis Island buttonhook jest wystawiony do oglądania jako przykład przedmiotu przydatnego do segregacji emigrantów na tych, którzy powinni zostać w Ameryce, i tych, którzy będą stanowić „ciężar społeczny”.
Da się więc powiedzieć, że szczegół może być symbolem systemu.
Czy wrażliwość na szczegóły powinna charakteryzować reportera?
Małgorzata Szejnert: Myślę, że nie tylko reporter powinien być wrażliwy na szczegóły. Jest wiele zawodów, w których taka wrażliwość jest bardzo ważna. Proszę sobie wyobrazić lekarza, który nie ma wrażliwości na szczegół.
PRL można traktować jako rodzaj zewnętrznej rzeczywistości – z swoimi kolorami, zapachami, smakami, dźwiękami, fakturą tkanin etc. – ale także coś, co jest wewnątrz człowieka, jego pejzaż. Czy pani teksty można także odczytać w taki podwójny sposób?
Małgorzata Szejnert: Nie wiem, czy one są tak odczytywane, ale tak bym chciała.
A ma pani jedno, konkretne wrażenie, które kojarzy się pani z PRL-em?
Małgorzata Szejnert: PRL kojarzy mi się z szarością. To jest szary kolor.
PRL kojarzy mi się także z nienajlepszym zapachem. Pamiętam, jak w swoim czasie dostawałam paczki z zagranicy, a zwłaszcza z Ameryki, przyjemnie pachniały. I to mnie zdumiewało, że paczka, która przychodzi z daleka, przechodzi przez ileś urzędów pocztowych, ciągle zachowuje zapach świeżości. A PRL nie pachniał świeżo. Można by snuć jeszcze takie myśli, ale myślę, że te dwa wrażenia – kolor i zapach – są istotne.
Co pani czuje, kiedy dzisiaj sięga po swoje reportaże z PRL-u?
Małgorzata Szejnert: Muszę powiedzieć coś, czego autor nigdy nie powinien mówić o swoich tekstach. Ja jestem z nich bardzo zadowolona. Znak wydał właśnie dwie moje książki i jedna z nich – „Chwila przed podróżą” – zawiera reportaże z PRL-u. Kiedy dostałam tę książkę jako egzemplarz autorski, zaczęłam ją czytać naprawdę z dużą ciekawością.
Pomyślałam sobie, że już bym teraz nie potrafiła tak pisać. Byłam młoda i strasznie zawzięta, aby zdobyć jakieś informacje, które uważałam za ważne. Byłam niezmordowana, jeśli chodzi o podróże, dopytywanie się, wręcz mordowanie pytaniami swoich rozmówców. Dzisiaj już bym tego nie potrafiła, z uznaniem myślę o tej pracy.
To dobra puenta naszej rozmowy. Przyznam, że miałam tremę przed rozmową z panią.
Małgorzata Szejnert: Muszę pani powiedzieć, że ja też mam tremę przed każdym wywiadem, zawsze się boję, że się nie wywiążę. Przyznaję się do tego, bo już mogę sobie po prostu pozwolić na więcej szczerości.
Wywiad z Małgorzata Szejnert ukazuje złożony i niejednoznaczny obraz PRL-u jako rzeczywistości, która budzi jednocześnie nostalgię i krytyczną refleksję. Autorka podkreśla, że choć wspomnienia z tego okresu mogą być częściowo idealizowane, szczególnie przez pryzmat młodości, to nie zacierają one doświadczeń ograniczeń, cenzury i trudnych realiów życia. Szejnert zwraca uwagę na rolę reportażu jako formy „omijania” systemu i docierania do prawdy mimo narzuconych granic, a także na znaczenie detalu jako nośnika głębszych sensów. Jej wypowiedzi pokazują, że PRL to nie tylko historyczny system, lecz także wewnętrzne doświadczenie ludzi, zapisane w emocjach, pamięci i zmysłowych skojarzeniach, takich jak szarość czy brak świeżości.
Rozmawiała Anna Kruszyńska/ PAP
Komunistów wojna z narodem
Po II wojnie światowej Polska znalazła się w strefie wpływów Związku Sowieckiego. Komuniści sfałszowali wybory, wyeliminowali legalną opozycję i krwawo rozprawili się z podziemiem niepodległościowym. Także w kolejnych latach brutalnie tłumili wszelkie protesty społeczne – w Poznaniu (1956), na Wybrzeżu (1970), w Ursusie i Radomiu (1976) – pisze Karol NAWROCKI na łamach „Wszystko co Najważniejsze”.
Polski gen wolności dziedziczyły jednak następne pokolenia. Nadzieje na zmiany rozbudziła pielgrzymka Jana Pawła II do ojczyzny (1979). W czasie mszy odprawianej na jednym z centralnych placów Warszawy polski papież wołał o Ducha, który odnowi oblicze „tej ziemi”. Wyczekiwana odnowa przyszła rok później. Latem 1980 roku tysiące Polaków domagało się nie tylko poprawy warunków bytowych, lecz także wolnych związków zawodowych. Tak narodziła się „Solidarność” – wielomilionowy ruch społeczny niezależny od komunistycznych władz, ewenement w całym bloku wschodnim.
Festiwal wolności nie trwał długo. Reżim Jaruzelskiego wyprowadził na ulice czołgi, by stłumić pokojową rewolucję „Solidarności”. Jeszcze zanim komunistyczna junta proklamowała stan wojenny, w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku funkcjonariusze Ministerstwa Spraw Wewnętrznych zatrzymali setki osób – czołowych działaczy związkowych i wszystkich, w których widziano potencjalnych organizatorów oporu.
„Rozbili mi drzwi i zawieźli mnie na komendę” – zapamiętał Jan Ludwiczak, wówczas 44-letni szef „Solidarności” w katowickiej Kopali Węgla Kamiennego „Wujek”. Jego kolegów, którzy próbowali go bronić, dotkliwie pobiła milicja. Gdy w odpowiedzi górnicy ogłosili strajk, władza nie cofnęła się przed użyciem broni. Od kul zginęło dziewięć osób.
Stan wojenny, proklamowany nawet z naruszeniem komunistycznego prawa, to nie tylko tysiące internowanych i skazanych, lecz także kilkadziesiąt ofiar śmiertelnych. Jedni umierali od postrzałów, inni w wyniku pobicia, jeszcze inni – w nie do końca jasnych okolicznościach. Sprawcy czuli się nietykalni, bo komunistyczna prokuratura nie kwapiła się do ich ścigania. Wszczynano śledztwa, ale prowadzono je niedbale, ze z góry założoną tezą – i zazwyczaj szybko umarzano. Nie inaczej było ze śledztwem w sprawie „zajść” w kopalni „Wujek”, umorzonym już w styczniu 1982 roku. Tym, którzy strzelali do górników lub kazali strzelać, nie spadł wtedy włos z głowy. Podobnie działo się w innych tego typu sprawach. Sejmowa komisja, która przyjrzała się im po latach, stwierdziła wręcz, że „cały aparat państwowego wymiaru sprawiedliwości był zaangażowany w rozległy system gwarantujący bezkarność przestępcom z MSW”.
Wyroki zapadały, ale nie wobec sprawców, lecz ich ofiar. W lutym 1982 roku sąd wojskowy skazał czterech górników z „Wujka”. Kary więzienia spotkały ich za strajk, który zorganizowali w pierwszych dniach stanu wojennego. Zofia Pietkiewicz, 50-letnia działaczka zawieszonej przez władze „Solidarności”, do więzienia trafiła za udział w opozycyjnej manifestacji w Koszalinie. 41-letnia Ewa Kubasiewicz – jako uczestniczka strajku w Gdyni i współautorka ulotki wzywającej do oporu. Po wyjściu na wolność takie osoby wciąż były szykanowane i inwigilowane.
Surowe represje nie złamały polskiego ducha wolności. „Solidarność” trwała w podziemiu i nadal żyła w sercach Polaków. Gdy w wyborach parlamentarnych w czerwcu 1989 roku władze dopuściły wreszcie niezależnych kandydatów, społeczeństwo gremialnie opowiedziało się przeciwko komunizmowi.
Przemiany demokratyczne firmowali jednak po części ludzie, którzy wcześniej byli głównymi twarzami stanu wojennego. Jaruzelski objął nowo utworzony urząd prezydenta, a długoletni szef MSW Czesław Kiszczak pozostał na stanowisku także w „solidarnościowym” rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Niewiele zmieniło się w wymiarze sprawiedliwości i prokuraturze. W efekcie jeszcze przez wiele lat nie było szans na to, by rzetelnie rozliczyć zbrodnie stanu wojennego i przywrócić elementarną sprawiedliwość pokrzywdzonym. Romuald Cieślak, dowódca plutonu odpowiedzialnego za śmierć górników z „Wujka”, dopiero w 2008 roku został prawomocnie skazany na sześć lat więzienia. Wielu z tych, którzy w stanie wojennym pozbawiali ludzi życia lub wolności, w ogóle nie doczekało procesów i wyroków.
Czytaj więcej: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/karol-nnawrocki-noc-stanu-wojennego/
PAP/ Anna Kruszyńska/ LW





