„Obcy” Françoisa Ozona w polskich kinach

„Obcy” Françoisa Ozona

Chciałem pokazać, że Camus, „Obcy” i jego bohater są częścią popkultury. Wielu artystów, wśród nich lider The Cure Robert Smith, czerpie z Camusa inspirację – powiedział François Ozon. Film francuskiego reżysera wejdzie do kin 18 września 2026 roku. Obecnie można oglądać go na pokazach przedpremierowych.

Ekranizacja jednej z najwybitniejszych francuskich powieści XX wieku

Ekranizacja przenosi nas do Algieru 1938 r. Mersault (w tej roli Benjamin Voisin) jest urzędnikiem wiodącym monotonne życie. Właśnie otrzymał telegram o matki, która zmarła w przytułku dla starców w Marengo. Mężczyzna przyjmuje tę wiadomość z obojętnością, po czym wyrusza na pogrzeb. Żar leje się z nieba, on zaś kroczy w żałobnym kondukcie. W przeciwieństwie do pensjonariusza, który pokochał jego matkę, Mersault nie roni nad trumną ani jednej łzy. Po powrocie do Algieru szybko nawiązuje miłosną relację z Marie (Rebecca Marder). Pewnego dnia na plaży Mersault popełnia czyn, który raz na zawsze zmieni trajektorię jego losu. 

Emocjonalny chłód i monologi wewnętrzne Mersaulta, surowe opisy świata przedstawionego, filozoficzne tło – wszystko to sprawia, że „Obcy” wydaje się utworem niezwykle trudnym do przełożenia na język kina. Zadania nie ułatwia też status utworu w literaturze francuskiej. Praca nad tym filmem spędzała panu sen z powiek?

François Ozon: Stresowałem się, pisząc scenariusz. Natomiast stworzenie adaptacji powieści Alberta Camusa nie było moim pierwotnym zamysłem. Chciałem nakręcić współczesny film o młodym człowieku uwikłanym w paradoksy rzeczywistości, który ostatecznie popełnia samobójstwo. Nie udało mi się jednak zebrać funduszy na realizację projektu. Byłem przygnębiony, postać tego mężczyzny nie dawała mi spokoju. Wróciłem do „Obcego” z nadzieją, że odnajdę w nim inspirację. W trakcie lektury uświadomiłem sobie, jak potężne, błyskotliwe i tajemnicze jest to dzieło. Idea obcego pozostaje aktualna – weźmy choćby konflikty zbrojne, problemy w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi czy Iranem. Obcy jest wszędzie. Opowiedziałem Benjaminowi Voisinowi o moim pomyśle. Ucieszył się na myśl o roli Mersaulta. Nic dziwnego – to jedna z kluczowych postaci francuskiej literatury.

Dopiero wtedy miał pan pod górkę?

François Ozon: Tak. Wszyscy znali tę książkę i mieli różne wyobrażenia o tym, jak należy ją zaadaptować. A jednak to zadanie wciąż bardziej mnie ekscytowało niż przerażało, więc przystąpiłem do pracy. Istotne było wyjaśnienie współczesnemu widzowi okoliczności powstania dzieła. Camus pisał „Obcego” pod koniec lat 30. XX wieku. To szczególne tło, ponieważ Algieria była wówczas integralną częścią Francji. Postanowiłem, że w moim filmie opowiem z perspektywy 2025 r. historię osadzoną niemal sto lat wcześniej. Przeprowadziłem szeroko zakrojone badania nad relacjami francusko-algierskimi. Sam też musiałem w pełni zrozumieć, dlaczego pisarz poprowadził akcję książki właśnie tak, dlaczego Mersault zabił Araba, a nie chociażby Hiszpana lub francuskiego kolonizatora. Camus nie musiał objaśniać tła politycznego – dla jego pierwszych czytelników było ono oczywiste.

W przeszłości zrealizował pan wiele adaptacji utworów literackich i dramatów, m.in. „Wszystko poszło dobrze”, „Lato’85”, „Peter von Kant”, „8 kobiet” czy „Krople wody na płonących kamieniach”. Na czym polega szczególny charakter pracy nad scenariuszem adaptowanym? 

François Ozon: W wypadku „Obcego” wiązał się z tym, że chodziło o utwór powszechnie znany. Dotychczas przenosiłem na ekran mniej znaczące książki albo sztuki teatralne, o których nikt nie słyszał. Co za tym idzie, czułem totalną wolność. Tym razem musiałem spróbować dorównać poziomowi powieści Camusa. Do tego dochodził fakt, że dzieci autora wciąż żyją. Jego córka Catherine wyraziła zgodę na ten film. Wcześniej odmówiła wielu reżyserom ubiegającym się o prawa do ekranizacji. Musiałem przekonać ją do swojej koncepcji. Znalazłem się więc w zupełnie innej sytuacji niż zwykle.

Na początku książki główny bohater stwierdza: „W domu matka spędzała czas, niemo wodząc za mną wzrokiem. W pierwszych dniach pobytu w przytułku często płakała. Ale to z powodu przyzwyczajenia. Po paru miesiącach płakałaby, gdyby ją z przytułku zabrać. Również z przyzwyczajenia. No i dlatego, że zabierało mi to niedzielę – nie mówiąc o całym trudzie dojścia do autobusu, zakupu biletów”. Już te zdania sprawiają, że czujemy niechęć do Mersaulta. Mam wrażenie, że podszedł pan do niego z większą empatią niż Camus. To kwestia specyfiki samego medium kina czy dokładnego przybliżenia ówczesnych uwarunkowań społeczno-politycznych?

François Ozon: Jest pani pierwszą osobą, od której to słyszę, więc bardzo się cieszę. Rzeczywiście, czytając książkę, trudno wczuć się w sytuację tego mężczyzny. W powieści mamy do czynienia z monologiem, ja zaś nie zamierzałem stosować narracji z offu. Chciałem podążać za Mersaultem, spróbować go rozgryźć, bo momentami nie rozumiałem motywów jego postępowania. Nie wiedziałem, dokąd zaprowadzi mnie bohater. Razem z Benjaminem byliśmy bardzo ciekawi, jak widzowie go odbiorą. Natomiast kreowanie poczucia identyfikacji nie było moją intencją. Zwykle siedząc w kinie, utożsamiamy się z odważnymi postaciami, które pojawiają się na ekranie. W wypadku Mersaulta trudno byłoby o taką więź. Chodziło raczej o wzbudzenie zainteresowania, swoistej fascynacji. Zależało mi, by widz próbował poznać jego naturę niczym naukowiec oglądający owada pod mikroskopem.

Benjamin Voisin doskonale uchwycił osobowość Mersaulta. Był pierwszym aktorem, o którym pomyślał pan w kontekście tej kreacji?

François Ozon: Tak. Wszystko za sprawą ekranizacji „Obcego” z lat 60. w reżyserii Viscontiego. Jego pierwszym wyborem do głównej roli był Alain Delon. Według mnie, była to słuszna intuicja. Ostatecznie w filmie wystąpił Marcello Mastroianni – wspaniały aktor, jednak kompletnie niepasujący do tego bohatera. Był zbyt włoski, zbyt czarujący, natychmiast budził sympatię. Dostrzegłem natomiast podobieństwo między Benjaminem Voisinem a Alainem Delonem. Wiedziałem, że dla młodego artysty zmierzenie się z taką postacią byłoby fascynującym doświadczeniem. Tym bardziej, że prywatnie jest kompletnym przeciwieństwem Mersaulta – uwodzicielskim mężczyzną czerpiącym radość z życia. Okazało się, że pomysł przypadł mu do gustu. 

W trakcie zdjęć Benjamin bardzo zżył się z Mersaultem – był nim dniami i nocami. Dla filmu okazało się to bardzo korzystne, dla pozostałych aktorów – dość trudne. Rebecca Marder stwierdziła, że Benjamin jest antypatyczny – nie wita się z nią za każdym razem, nie jest miły. Tymczasem on po prostu wcielał się w postać. Sądzę, że także dla samego Benjamina była to obciążająca praca. Nawet jeśli teraz jest zadowolony z efektu, powstrzymanie się od gry musiało stanowić wyzwanie. Prosiłem go bowiem, by po prostu był w kadrze i obserwował otoczenie, nie wchodząc w interakcje z innymi postaciami – z wyjątkiem scen miłosnych.

Skoro pan do tego nawiązał, jaką rolę odegrał erotyzm w nowym odczytaniu „Obcego”? Niektórzy krytycy dostrzegli między Mersaultem i Arabem wzajemne przyciąganie, a nawet napięcie seksualne.

François Ozon: Zależało mi na wykreowaniu zmysłowych obrazów. Nie tylko w sekwencjach z udziałem Marie i Mersaulta, ale też np. w relacji z naturą. Faktycznie fragment dotyczący zbrodni jest niezwykle tajemniczy. Ja i Benjamin czytaliśmy go wielokrotnie. Nie mogliśmy pojąć, dlaczego Mersault wraca, dlaczego robi krok w stronę Araba. Wyobraziłem to sobie w ten sposób, że jeden mężczyzna leży na piasku, a drugi znajduje się w pozycji dominującej i patrzy mu w oczy. Przypomniały mi się sceny ze spaghetti westernów Sergio Leone – pojedynki mężczyzn, w których poprzez zbliżenia na oczy albo spływające po ciele strużki potu zachodzi swoista erotyzacja. Nie sądzę, by Sergio Leone był gejem. Natomiast oglądając te sekwencje, odnosi się wrażenie, że ci mężczyźni mogliby pójść ze sobą do łóżka. Nóż i rewolwer – ze względu na falliczny kształt – także mogą przywodzić na myśl symbole seksualne. A skoro „Obcy” to film Françoisa Ozona, ludzie wyobrażają sobie perwersyjne rzeczy.

Jak postrzega pan myśl filozoficzną Camusa i jaką pozycję zajmuje ona we współczesnej Francji? 

François Ozon: Swego czasu autor ten był ostro atakowany. W przeciwieństwie do Sartre’a, którego uważano za bardziej ideologicznego, radykalnego, Camus sprzeciwiał się ideologiom. Dziś wiemy, że w wielu kwestiach się nie mylił. To stawia go w zupełnie innym świetle. Osobiście uważam, że miał rację co do absurdalności świata. Jeśli spojrzeć na to, co dzieje się obecnie w Stanach Zjednoczonych, Ukrainie czy w Rosji, można poczuć się zagubionym. Dlatego tym bardziej zachęcam, by wrócić do twórczości Camusa. Nie po to, by szukać gotowych rozwiązań, bo przecież nie posiadał klucza do zrozumienia świata. Warto to zrobić, ponieważ autor może pomóc nam racjonalnie spojrzeć na absurd tego, co nas otacza. Na tym właśnie polega zadanie filozofii. Wielu naszych myślicieli zajmuje się tym tematem.

Fabule towarzyszy wspaniała ścieżka dźwiękowa. Na końcu wybrzmiewa utwór „Killing an Arab” The Cure. Z tym zespołem łączy pana szczególna więź czy po prostu ich piosenka została wybrana ze względu na egzystencjalny motyw?

François Ozon: Od dawna jestem fanem The Cure. Słuchałem ich również w tamtym okresie, latem 1985 r. Miałem kontakt z Robertem Smithem, wymienialiśmy się e-mailami. Kiedy zaproponowałem mu włączenie utworu do filmu, bardzo się ucieszył. Sądzę, że wiele osób nieznających książki Camusa nie zrozumiało tej piosenki. Nawet Robert Smith przyznał, że tytuł „Killing an Arab” był błędem, gdyż ludzie o ograniczonych horyzontach łatwo mogli go wykorzystać. Z tego, co mi wiadomo, w Stanach Zjednoczonych przedstawiciele skrajnej prawicy używają tego utworu, by atakować społeczność arabską. Dlatego Robert Smith często rezygnował z wykonywania go podczas koncertów albo zmieniał tekst. Zamiast „Killing an Arab” śpiewał „Kissing an Arab” bądź też po „Kissing” lub „Killing” stosował inny dopełniacz. Wydaje mi się, że dla osob, które wcześniej nie rozumiały przesłania piosenki, usłyszenie jej w filmie wiele zmienia. Zdaję sobie sprawę, że wielu widzów może być zaskoczonych, gdy nagle pojawia się utwór odbiegający od nastroju obrazu. Natomiast chciałem pokazać, że Camus, „Obcy” i jego bohater są częścią popkultury. Wielu artystów, wśród nich Robert Smith, czerpie inspirację z twórczości Camusa. 

Zdecydował się pan na czarno-białe zdjęcia. Ten wybór był podyktowany chęcią stworzenia dystansu wobec epoki, o której opowiada film?

François Ozon: Obraz miał mieć filozoficzny wydźwięk, więc była to oczywista decyzja. Razem z operatorem Manuelem Dacosse’em postanowiliśmy skupić się na motywie światła, słońca, oślepiającego blasku. Czarno-biała stylistyka pozwala wyeksponować kontrast. Dystans kreowany dzięki takim zdjęciom odzwierciedla sposób, w jaki Mersault postrzega świat. Obecnie wszystkie filmy są kolorowe, więc przywykliśmy do wielobarwnych historii. Powrót do czerni i bieli zmusza nas do odmiennego spojrzenia na rzeczywistość. 

Co pan czuł, gdy przeczytał w „The Guardian”, że tworząc adaptację „Obcego”, rozdrapuje „stare, postkolonialne rany”?

François Ozon: To nie przypadek, że akcja rozgrywa się w czasach kolonializmu. Musiałem wyjaśnić, dlaczego Mersault zabił Araba, a nie Francuza. Przeprowadzając research, uświadomiłem sobie, że te dwie społeczności żyły obok siebie, a zarazem osobno, co wywołuje skojarzenia z apartheidem. Camus, choć urodził się w Algierii, nie mówił po arabsku i nie miał arabskich przyjaciół. Tak wyglądała ówczesna rzeczywistość. Większość ludzi nie pamięta już, że Algieria była częścią Francji. Sądzę, że moja wizja „Obcego” – choć nowa – pozostaje w zgodzie z duchem utworu Camusa. Wiem, że wielu Amerykanów hołdujących ideologii woke krytykuje jego dzieło, wskazując na kolonialny wydźwięk powieści. Uważam, że niesłusznie. Tendencja do oceniania przeszłości ze współczesnego punktu widzenia jest dziś bardzo silna. A przecież nie można pomijać historycznego kontekstu.

Sądzi pan, że nowe odczytanie „Obcego” może pomóc uleczyć te rany?

François Ozon: Mam nadzieję. Bardzo chciałbym, by nastąpiło pojednanie Francji z Algierią. Obawiam się, że film fabularny nie ma wystarczającej siły, by tak się stało. Jednak końcowa scena zmierza w tym kierunku. Wiem, że algierscy widzowie byli nią szczerze poruszeni. Pamiętam starszą kobietę, która dziękowała mi po seansie. Przyznała, że zawsze miała problem z książką Camusa, czuła się w niej nieuwzględniona. Kiedy po latach wróciłem do „Obcego”, zszokowało mnie, że Arabowie są tam całkowicie niewidzialni. Wtedy zrozumiałem, jak istotne byłoby przeniesienie tej powieści na ekran.

Rozmawiała Daria Porycka

PAP/NZ

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 11 września 2026