Okrągły Stół słusznie przeniesiony do muzeum [Sondaż]

Ponad połowa (51 proc.) Polaków pozytywnie ocenia decyzję, by przenieść okrągły stół z Pałacu Prezydenckiego do Muzeum Historii Polski. Najwięcej entuzjastów przeniesienia historycznego mebla jest wśród osób w wieku 40–49 lat – wynika z sondażu przeprowadzonego przez IBRiS na zlecenie „Rzeczpospolitej”.
51 proc. ankietowanych pozytywnie ocenia decyzję o przeniesieniu okrągłego stołu
Dnia 18 grudnia prezydent Karol Nawrocki ogłosił, że ruszył demontaż okrągłego stołu, który z Pałacu Prezydenckiego trafił do Muzeum Historii Polski. Tam stanie się jednym z elementów wystawy stałej, której otwarcie zapowiadane jest na 2027 r.
Z sondażu przeprowadzonego przez IBRiS wynika, że 51 proc. ankietowanych pozytywnie ocenia decyzję o przeniesieniu okrągłego stołu. Krytycznych jest 30,8 proc. uczestników badania, a 18,2 proc. nie ma zdania.
Podzielili się najmłodsi: 39 proc. uczestników badania w wieku od 18 do 29 lat opowiedziało się za przeniesieniem okrągłego stołu, 32 proc. – przeciw. I najstarsi: 48 proc. ankietowanych, którzy ukończyli 70. rok życia zgadza się z decyzja o przeniesieniu historycznego mebla, a 40 proc. z tym się nie zgadza. Najwięcej entuzjastów decyzji ogłoszonej przez Karola Nawrockiego jest wśród osób w wieku od 40 do 49 lat (72 proc. pozytywnych ocen, 25 proc. – krytycznych) – czytamy.
84 proc. uczestników badania, którzy 15 października 2023 r. oddali głos na PiS, jest dobrego zdania o demontażu okrągłego stołu i oddaniu go do muzeum. Wśród wyborców Koalicji Obywatelskiej przeciwnych temj decyzji jest 70 proc. ankietowanych. 41 proc. elektoratu Trzeciej Drogi zgadza się z decyzją ogłoszoną przez Karola Nawrockiego (30 proc. – przeciwnie). Krytyczni wobec decyzji są wyborcy Nowej Lewicy (70 proc.). Zaś najwięcej zwolenników Karol Nawrocki znajdzie w elektoracie Konfederacji (91 proc. pozytywnych ocen).
Badanie zostało zrealizowane w dniach 19-20 grudnia, na próbie 1068 osób metodą telefonicznych, standaryzowanych wywiadów kwestionariuszowych wspomaganych komputerowo – CATI.
Rozważna droga do władzy
.W 35. rocznicę Okrągłego Stołu i wyborów 4 czerwca Jan Rokita, ważny uczestnik tych wydarzeń, opublikował we „Wszystko co Najważniejsze” (nr 65) tekst „Nieudana ucieczka od władzy” [LINK], który buduje swego rodzaju czarną legendę tych wydarzeń, okrytych – jak pisze – „mroczną aurą” – pisze Juliusz BRAUN.
To, co się wówczas – jego zdaniem – działo po stronie opozycji, podsumowuje tytuł artykułu: „Nieudana ucieczka od władzy”. Cała prezentowana przez Rokitę wizja budzi sprzeciw, ograniczę się jednak do dwóch kwestii wymagających polemiki, a nawet sprostowania.
Pierwsze sprawa wiąże się z listą krajową. Przypomnijmy: skomplikowana ordynacja wyborcza przewidywała, iż 35 mandatów poselskich obsadzonych zostanie w wyniku głosowania na listę krajową, na której znajdowało się 35 nazwisk. Byli to wyłącznie kandydaci reprezentujący PZPR i stronnictwa sojusznicze, w dodatku osoby z samego szczytu władzy, m.in. gen. Kiszczak i premier Rakowski. Można było głosować przeciw każdemu z kandydatów, skreślając jego nazwisko; władze były jednak tak pewne pozytywnego wyniku, że nie przewidziano, co się stanie, jeśli kandydat z tej listy nie uzyska wymaganej większości 50 proc. Tymczasem lista krajowa poniosła klęskę, ludzie z partyjnej wierchuszki znaleźli się poza sejmem, a 33 mandaty pozostały nieobsadzone.
Zdaniem Rokity dawało to Solidarności możliwość szybkiego przejęcia władzy; komuniści po utracie 33 mandatów w sejmie tracili swą siłę. Zmiana ordynacji, akceptowana przez kierownictwo opozycji, to wedle niego „fałszerstwo wyniku wyborów”. Zgoda na to, by komuniści i ich przyjaciele mogli obsadzić te 33 mandaty w II turze wyborów, zgłaszając innych kandydatów, już nie w formie listy krajowej, wywoływała zgrzytanie zębami. Ale przecież całe wybory – nie przypadkiem nazywane kontraktowymi – niewiele miały wspólnego z demokracją. W gruncie rzeczy rację miał rząd emigracyjny, stwierdzając w swym oświadczeniu: „Pozostawienie 65 proc. w rękach komunistycznego reżymu, narzuconego Polsce w Jałcie przez Sowiety, stanowi zaprzeczenie demokracji”.
Ale takie były uzgodnienia Okrągłego Stołu i w takich właśnie wyborach, walcząc o możliwe do zdobycia 35 proc., startował i Jan Maria Rokita, i niżej podpisany. Nieelegancka operacja ratująca mandaty z listy krajowej nie była „przekazaniem komunistom 33 mandatów” ani „sfałszowaniem wyborów między I i II turą”, tylko zgodą na to, by obsadzili je zgodnie z ustaleniami Okrągłego Stołu.
Załóżmy jednak, że owe 33 mandaty pozostają nieobsadzone. Solidarność stwierdza: wymyśliliście sobie listę krajową, przegraliście, wasza strata. Rokita cytuje fragment z protokołu obrad sekretariatu KC PZPR: „Tow. Kiszczak poinformował, że nasi prawnicy Klafkowski i Łopatka nie wyrazili gotowości szukania rozwiązań prawnych”. Stanowisko obu profesorów przyjmuje z uznaniem, w przeciwieństwie do postawy profesorów związanych z opozycją, którzy „oddali diabłu swe prawnicze sumienia” i przedstawili interpretację pozwalającą na ratowanie przez komunistów mandatów z listy krajowej. Czy jednak profesorowie, których Kiszczak nazywał „naszymi prawnikami”, aby na pewno kierowali się prawniczą uczciwością? Myślę, że była to raczej postawa wyczekiwania, co zrobi Solidarność. Jeśli nie pomoże, biorąc na siebie część odpowiedzialności za zmianę zasad w trakcie gry, wybory się zakończą. Wybrany zostanie sejm składający się nie z 460 posłów przewidzianych w konstytucji, tylko z 428.
Wtedy prof. Alfons Klafkowski, bezpartyjny prezes Trybunału Konstytucyjnego i przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej w jednej osobie, o którym generał Kiszczak mówi „nasz prawnik”, ogłosi, że wybory są nieważne, a już na pewno, że sejm w niepełnym składzie nie może obradować. Uzasadnienie mogło być takie samo jak niedawne uzasadnienie wyroku Trybunału Konstytucyjnego pod przewodnictwem Julii Przyłębskiej w sprawie ustaw przyjmowanych bez udziału Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika. Ale sytuacja była inna niż dziś. Generałowie Kiszczak i Siwicki mieli wciąż wystarczające możliwości, by postanowienie dotyczące nieważności wyborów wcielić w życie. I zamiast szybszej drogi Solidarności do władzy byłaby efektowna katastrofa.
Druga sprawa to wybór gen. Wojciecha Jaruzelskiego na urząd prezydenta. Przypomnijmy: wybór dokonany przez Zgromadzenie Narodowe liczące 560 posłów i senatorów większością jednego głosu. To, zdaniem Rokity, kolejny dowód na „ucieczkę od władzy”. Tu winą obciąża biskupów katolickich. To książęta Kościoła, którym – jak twierdzi – już kilka dni po czerwcowych wyborach bardziej podobała się stara komunistyczna władza, „przeprowadzili na siłę” wybór znienawidzonego przez opinię publiczną gen. Jaruzelskiego, przy bierności liderów opozycji. Kościół niewątpliwie starał się tonować nastroje, a – tu Rokita ma rację – kwalifikacje polityczne wielu hierarchów nie były najwyższe. W swej karkołomnej interpretacji zdarzeń „premier z Krakowa” fałszywie jednak ocenia sytuację, ignorując w dodatku kontekst międzynarodowy. Na początku lipca Warszawę odwiedził prezydent USA, George Bush, i to jego argumenty, a nie argumenty kard. Glempa miały kluczowe znaczenie. Zaraz po klęsce listy krajowej ambasador USA w Warszawie zwracał uwagę swych szefów na możliwe zagrożenia związane z rozwojem sytuacji w Polsce. Dziś łatwo mówić, że amerykańskie oceny były błędne, ale wówczas trudno było je ignorować.
Sytuacja wewnętrzna też wcale nie była tak oczywista, jak może się dziś wydawać. Co by się stało, gdyby wówczas tego jednego głosu Jaruzelskiemu zabrakło? I Rokita, i ja głosowaliśmy przeciw, więc mielibyśmy satysfakcję, podobnie miliony Polaków. Ale były jeszcze aparat partyjny, wojsko, milicja.
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/juliusz-braun-rozwazna-droga-do-wladzy/
Czekając na IV RP
.Program transformacji gospodarki podporządkowany został doktrynie neoliberalnej, traktowanej jako bezalternatywna. Również wybór modelu politycznej demokracji nie był poprzedzony szerszą refleksją – pisze prof. Ryszard BUGAJ.
Polska jest krajem, który jako pierwszy obalił komunizm i odniósł sporo sukcesów, choć doświadczyliśmy też porażek. Kilka lat temu Adam Michnik uznał okres transformacji po roku 1989 za najlepszy dla Polski czas od 300 lat. Ma rację, ale pamiętać trzeba, że te 300 lat nie było dla Polski dobre.
Po stronie sukcesów należy dostrzec (po głębokiej recesji w latach 1990–1991) znaczny wzrost gospodarki, zbudowanie zrębów demokratycznego państwa, odzyskanie realnej suwerenności i integrację ze światem zachodnim.
Program transformacji gospodarki podporządkowany został dyrektywie – „przywrócić normalność”. Oznaczało to reformy inspirowane doktryną neoliberalną, traktowaną jako bezalternatywna. W wymiarze makroekonomicznym zdecydowano się na stabilizację szokową. W wymiarze systemowym celem stała się przyspieszona i szeroka prywatyzacja. Tylko przemiany w sferze socjalnej były powściągliwe.
Nie wiadomo, czy przyjęcie gradualistycznego programu przemian pozwoliłoby – przy mniejszych kosztach społecznych – na uzyskanie porównywalnego sukcesu w zakresie wzrostu gospodarki. Jednak żadna alternatywa nie była brana pod uwagę. Elity niemal bez wyjątku podzielały przekonanie Fukuyamy o „końcu historii”. Również wybór modelu politycznej demokracji nie był poprzedzony szerszą refleksją. Prawie wszyscy (nie wyłączając ugrupowań postkomunistycznych) byli przekonani, że powinna to być demokracja liberalna. Konstytucja przyjęta kilka lat później ten wybór usankcjonowała.
Choć przemiany gospodarcze niosły dla znacznej części społeczeństwa bolesne konsekwencje (szczególnie bardzo wysokie bezrobocie), to sprzeciw nie był w długim okresie zmasowany. Z pewnością bardzo duże znaczenie miał fakt, że elity nie wytworzyły „wpływowego” programu alternatywnego. Wyborcy nie mieli realnego wyboru. Znaczna ich część zareagowała odmową uczestnictwa w wyborach.
Po upływie kilku lat słabły dolegliwości wynikające z transformacji gospodarki. Zasadniczo obniżyło się bezrobocie. Wydaje się natomiast, że narastał krytycyzm z powodu rosnących nierówności oraz patologii rynku pracy (przede wszystkim „śmieciowe” umowy o pracę). Narastał też sprzeciw wobec konsekwencji funkcjonowania liberalnego modelu polskiej formuły ustrojowej. Raziła rozbudowa przywilejów elit, niezadowolenie budziło funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości i niesprawność państwowego systemu ochrony zdrowia. Irytowała „perswazja niemocy” (nie stać nas) i tłumaczenie podejmowanych przez rząd i parlament decyzji oczekiwaniami Brukseli i obiektywnymi rzekomo wymaganiami systemu rynkowego (wydłużenie minimalnego wieku emerytalnego). I w końcu pewna część wyborców krytycznie oceniała kategorycznie formułowane postulaty zmian w kwestiach obyczajowych (głównie sprawa LGBT+).
Jednocześnie na początku XXI wieku pojawiła się partia polityczna (PiS), która ukształtowała swoją tożsamość w zgodzie z oczekiwaniami krytycznej (wobec ustrojowego modelu III Rzeczypospolitej) części elektoratu. Uzyskała znaczne poparcie wyborców, choć niewystarczające do utworzenia samodzielnie rządu. Powstał rząd koalicyjny, utworzony wspólnie z radykalnie prawicową partią LPR i populistyczną Samoobroną. Alians okazał się niestabilny i niezdolny do skrystalizowania realnej i praktycznej alternatywy względem formuły III Rzeczypospolitej. W przedterminowych wyborach PiS nie uzyskał mandatu wyborców do dalszego rządzenia. Nowa koalicja (PO-PSL) powróciła – z niewielkimi korektami – do politycznej tożsamości III Rzeczypospolitej.
Okazało się jednak po kilku latach, że ta formuła nadal nie jest akceptowana przez znaczną część wyborców – PiS w 2015 r. powrócił do władzy z bardzo bliskim koalicjantem (dziś pod szyldem Suwerennej Polski). Powrócił z obietnicom radykalnych zmian, które rzeczywiście realizuje. I tym razem nie jest to jednak proces podporządkowany spójnemu i klarownemu programowi. Co więcej, z perspektywy czasu widać, że zmiany są realizowane z naruszeniem obowiązującego prawa (także konstytucji) i są podporządkowane w znacznej mierze doraźnym politycznym interesom rządzącej partii. Rządom PiS-u towarzyszy też rozbudowa przywilejów jej partyjnych działaczy i ich rodzin. Rodzi to krytycyzm nawet części dotychczasowych wyborców PiS-u. Na miesiąc przed wyborami trudno prognozować ich rezultat.
Kampania wyborcza (bardziej jeszcze niż poprzednia) w nikłym stopniu nosi cechy sporu programowego. Jest populistycznym festiwalem obietnic i jakkolwiek prawie każda z tych obietnic oceniana z osobna może wydawać się celowa, to ich suma czyni „programy” wszystkich partii ewidentnie populistycznymi. Takiemu charakterowi wyborczej rywalizacji sprzyja oczywiście polityczna polaryzacja, podział sceny politycznej na PiS i zjednoczoną (?) opozycję. Z tego podziału wyłamuje się całkowicie tylko niepoważna Konfederacja, która jednak może stać się po wyborach „języczkiem u wagi”.
Są niestety powody, by martwić się rysującą się przed Polską perspektywą (tekst pisany był przed wyborami 15 października 2023 r.). Zwycięstwo PiS-u grozi kontynuacją działań podważających demokratyczne standardy. Trudno też oczekiwać od tej partii odpowiedzialnej polityki gospodarczej. No i jest też problem harców PiS-u w polityce zagranicznej – szczególnie wobec Niemiec.
Ewentualne zwycięstwo opozycji na czele z PO skłania do pytania o oczekiwaną politykę tego bloku. Trudno sobie wyobrazić, że w sprawach społecznych i gospodarczych podjęta zostanie realizacja choćby znacznej większości złożonych obietnic. Jednak rezygnacja z ich realizacji musi być politycznie ryzykowna. Politycznie „kosztowna” byłaby też pełna realizacja obietnic dotyczących LGBT+ i aborcji. Trzeba więc przyjąć, że uzgodnienie programu koalicyjnego rządu w praktyce byłoby bardzo trudne.
Ale czy przyszły koalicyjny rząd ma szanse powstać? Dziś przeważa opinia, że w tych wyborach ani PiS, ani opozycja nie będzie mogła utworzyć rządu bez pomocy Konfederacji. Być może. Ponadto nie jest to możliwość, którą można ocenić pozytywnie.
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/czekajac-na-iv-rp/



