Ostatni gazeciarz w Paryżu z państwowym oznaczeniem

Ostatni paryski gazeciarz, pochodzący z Pakistanu Ali Akbar, został kawalerem Narodowego Orderu Zasługi – prestiżowego francuskiego odznaczenia. Od 50 lat sprzedaje gazety na ulicach historycznej dzielnicy Saint-Germain-de-Pres, zachęcając do ich zakupu wykrzykiwaniem tytułów.

Pracuje od godz. 15 do godz. 22, sprzedaje głównie „Le Monde”

.Bardzo wzruszony – jak relacjonuje dziennik „Le Monde” – pan Akbar przyjął odznaczenie z rąk prezydenta Emmanuela Macrona w Pałacu Elizejskim w środę wieczorem. Order Zasługi to drugie pod względem rangi francuskie odznaczenie, po Legii Honorowej.

Ostatni w Paryżu gazeciarz od pół wieku przemierza dzielnicę, gdzie mieszczą się m.in. kawiarnie wsławione spotkaniami intelektualistów i elegancki Ogród Luksemburski. Ma 70 lat i jest na emeryturze, wynoszącej 1000 euro, ale dojeżdża z przedmieść, by – jak mówi – rozśmieszać ludzi.

Pracuje od godz. 15 do godz. 22, sprzedaje głównie „Le Monde” (popołudniówkę). Liczba egzemplarzy, które w epoce cyfrowej udaje mu się sprzedać, jest niewielka – średnio 30 egzemplarzy dziennie. Kupują je od niego stali klienci, czasami płacąc mu więcej, niż wynosi cena gazety.

Choć ostatni gazeciarz jest znaną postacią, niewiele osób – jak podkreślił „Le Monde” – zna jego życiorys

.W charakterystycznej czapce-bejsbolówce, z plikiem gazet, zachęca do kupna gazet okrzykami; są to zmyślone albo sparodiowane tytuły, które stały się jego znakiem firmowym. W ostatnim czasie obwieszczał w pobliżu gmachu Senatu Francji, że „Trump odkupuje Korsykę!”.

Choć jest znaną postacią w dzielnicy, niewiele osób – jak podkreślił „Le Monde” – zna jego życiorys. Urodził się w bardzo biednej rodzinie koło Islamabadu w 1954 roku i w wieku sześciu lat poznał już pracę przymusową i przemoc. W wieku 18 lat wstąpił do marynarki handlowej i w ten sposób trafił do Paryża na początku lat 70. Zaczął sprzedawać jako gazeciarz pisma satyryczne, których tytułów ani roli wówczas nie rozumiał.

Ten los emigranta opisał, nagradzając Akbara, prezydent Emmanuel Macron. Podkreślił, że francuski stał się jego językiem, którym nauczył się bawić. – Można powiedzieć, że nosił pan na swych barkach świat („le monde” to po francusku „świat”), a w sercu Francję – powiedział Emmanuel Macron podczas ceremonii. Prezydent i sprzedawca gazet nie są nieznajomymi: spotykali się czasem, gdy obecny szef państwa był studentem prestiżowej uczelni Sciences Po, mieszczącej się w Saint-Germain-de-Pres.

Trzymajmy się dobrych mediów

.Jesteśmy elitą, my czytelnicy i twórcy wysokojakościowych treści. A jeśli tak, to naszym obowiązkiem jest nieść kaganek oświaty. Wciąż, od stuleci, niezmiennie – w rozmowie z Barbarą STEFAŃSKĄ w tygodniku „Idziemy” mówi Eryk MISTEWICZ.

Barbara STEFAŃSKA: – Zależnie od tego, co czytamy, oglądamy i czego słuchamy, możemy mieć skrajnie różne informacje i opinie na temat tych samych wydarzeń. Jak odnaleźć się w medialnym zgiełku?

Eryk MISTEWICZ: – To normalne zjawisko: dobrze czujemy się w otoczeniu treści, które jak najlepiej odzwierciedlają nasz świat. Jednocześnie niechętnie wchodzimy w świat, w którym odczuwamy dyskomfort. Media walczą o naszą uwagę, a tę najłatwiej jest zdobyć, przekonując, że walczą w sprawach dla nas ważnych. Przebiegając wieczorne serwisy telewizyjne, z łatwością trafimy na program, który przypadnie nam do gustu. A ponieważ to program wieczorny, po całym dniu pracy, w zmęczeniu, docenimy wyostrzony czarno-biały obraz, w którym wróg zawsze jest wrogiem, a przyjaciel nigdy nie popełnia błędów. Docenimy pracę reporterów, którzy biją jak w bęben w tych, których nie lubimy, i zachwycają się geniuszem tych, których działania rozumiemy. Więcej: sprawiają, że mamy powody, aby nienawidzić tych, których jeszcze niedawno jedynie nie lubiliśmy, i namawiać znajomych do aktywnego popierania tych, których rozumiemy. Jeśli ktoś myśli, że to tylko do dnia wyborów, myli się.

– To sprawia, że trudno się porozumieć z tymi, którzy korzystają z innych mediów i myślą inaczej. Jak przebić te „medialne bańki”?

– Ten model mediów po prostu się sprawdza. Polityka jest tu na dalszym planie. Co zresztą widać, gdy stacja telewizyjna z amerykańskim kapitałem w zacietrzewieniu bije w rząd za zbudowany dla zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego Polski terminal gazowy w Świnoujściu, odbierający skroplony gaz z USA. Logicznie patrząc, takie uderzenie medialne nie ma najmniejszego sensu. Podobnie jak bicie przez tę samą stację w zakupy uzbrojenia dla polskiej armii – uzbrojenia w większości z USA. Gdzie tu sens, gdzie logika? A jednak, polityka schodzi na dalszy plan, gdy ważne jest utrzymanie udziałów w rynku medialnym, wychowanie sobie odbiorcy i szprycowanie go kolejnymi dawkami medialnej strawy. Atak musi trwać, bo inaczej odbiorca może odejść do innej stacji.

Aby było jasne: mechanizm ten opanował cały rynek medialny, nie tylko telewizyjny, choć na nim jest najbardziej widoczny. I, co równie ważne, nie jest to polska specyfika, tak jest dziś na całym świecie. Może jedynie u nas obie największe „bańki” są już, za sprawą dwóch kadencji PiS, w miarę równe. W innych krajach bywa, że „bańka” jest tylko jedna.

Nie widzę sił, które chciałyby te „bańki” przebić. Pasują one bowiem właściwie wszystkim. Właścicielom mediów, dziennikarzom, politykom (gdyby było inaczej, rozmowę z Jarosławem Kaczyńskim moglibyśmy przeczytać w „Newsweeku”, a z Donaldem Tuskiem w „Sieciach”), pasują też aktywnym, zaangażowanym odbiorcom, a tacy liczą się najbardziej. A że traci na tym prawda, dobro, normalność, spokojne zwracanie się jednego do drugiego, spokój społeczny, to zupełnie inna sprawa.

– Na co warto zwracać uwagę, oceniając wiarygodność i rzetelność źródeł informacji? Potrzebujemy dobrej edukacji medialnej?

– Odpowiada Pani sobie najlepiej. Mimo wielu prób edukacja medialna wciąż traktowana jest jak piąte koło u wozu. A szkoda, bo rola szkoły i Kościoła, a przede wszystkim rodziny, w rozumieniu międzypokoleniowego przekazu wiedzy i doświadczeń jest w tym wypadku bardziej niż zasadnicza.

To, o czym Pani mówi, wymaga wysiłku. Weryfikacja źródeł informacji, oparcie się wyłącznie na sprawdzonych źródłach, niebiegnięcie za medialnie rzucanymi „kośćmi”, niepopularyzowanie w swoich kanałach w mediach społecznościowych głupich informacji, które nas „poraziły”, nieprzekazywanie ich dalej, wymaga olbrzymiej świadomości, siły woli i opanowania. Oczywiście, można to wyćwiczyć, choć jest bardzo trudne. Szczególnie że wysokojakościowe media takie jak tygodnik „Idziemy” nie są głośne, powszechnie dostępne. Trzeba zrobić wysiłek, sięgnąć po nie. Jesteśmy elitą, my czytelnicy i twórcy wysokojakościowych treści. A jeśli tak, to naszym obowiązkiem jest nieść kaganek oświaty. Wciąż, od stuleci, niezmiennie.

– Sprawa p. Natalii Janoszek pokazała pewien mechanizm – jeden od drugiego kopiuje informacje i nie sprawdza ich wiarygodności. Jak dotrzeć do informacji źródłowych?

– Proszę wybaczyć, ale nie wiem, kim jest p. Janoszek, co zapewne pokazuje jakiś rodzaj „bańki”, w której tkwię ja lub Pani. Tudzież zapewne nie jest to ta sama „bańka”. Jestem dosyć aktywnym użytkownikiem Twittera, sporo ludzi zachęciłem w początkach tego serwisu do niego, acz po latach stwierdzam, że masa informacji, w tym źródłowych tam się znajdujących, też nie chroni nas przed manipulacją. Nie każdy ma dostęp do serwisu PAP ze źródłowymi informacjami. Nie każdy ma czas i ochotę, aby przedzierać się przez gęstwinę informacji – od tego są dziennikarze i media. To, co oczywiście możemy zrobić, to trzymać się nazwisk dziennikarzy i trzymać się marek medialnych. Dopóki nas nie zawiodą. Jedną z takich gwarancji dla mnie jest już wspomniany tygodnik „Idziemy”, na którego łamach rozmawiamy. Nie wyobrażam sobie świadomego wprowadzenia czytelników w błąd przez dziennikarza „Idziemy”, świadomej manipulacji. Zaufam więc tej marce.

– Jakie manipulacje najczęściej są stosowane w przekazach medialnych?

– Głównie takie, nad którymi przechodzimy już do porządku dziennego. Manipulacja obrazem, dźwiękiem, słowem. W naszych projektach medialnych w Instytucie Nowych Mediów, m.in. we „Wszystko co Najważniejsze”, stosujemy zasadę, że wprowadzając do tekstu nową osobę, zawsze prezentujemy ją z imienia i nazwiska. Zarówno Kaczyński, jak i Tusk mają bowiem imiona. Odbierając jednemu z nich imię, sprawiamy, że odbieramy coś więcej, rodzaj zdolności honorowej. Niby nic, niby mała sprawa. Ale tak to się właśnie zaczyna. Potem jest cały arsenał środków mających nas przekonać, że jesteśmy wśród aniołów, a druga strona, której właściwie nie trzeba już definiować, to banda złoczyńców tylko czyhająca na naszą zgubę. Wszystkie środki są wówczas dozwolone. Wycięte w pół zdania wypowiedzi, aby tylko pasowały pod tezę, to przecież klasyka. Z czasem będzie jeszcze gorzej, z uwagi na wejście technologii zmieniających dźwięki i obrazy, miksujących rzeczywistość, „doklejających” głowę wroga do scen haniebnych. Myślę o deepfake.

– Można było już zobaczyć takie fałszywe obrazy, np. papieża Franciszka w modnej puchówce. Jak się przed nimi ustrzec?

– Nie ustrzeżemy się. Fałszywki tworzyły kiedyś służby specjalne, dziś mogą je robić licealiści, na swoich laptopach czy smartfonach. Bez analiz policyjnych nie sposób będzie dowieść, że film z udziałem powszechnie szanowanego księdza czy nauczyciela został sprokurowany. Zanim taka analiza policyjna powstanie, może dojść do tragedii. Czy w treść analizy policyjnej uwierzą ludzie? – to kolejne pytanie. A najważniejsze pytanie brzmi: co można z tym zrobić? Najpotężniejsze głowy rozkładają ręce. Ci, którzy zbudowali ten świat, twórcy największych firm, gigantów nowych mediów, w głośnych listach apelują: zatrzymajmy się i pomyślmy. Za chwilę będzie za późno. Moim zdaniem już jest za późno. Na pewno ważna jest rola regulatorów, państwa, jednak nie jako cenzorów treści. Łatwo jest tu o działania przeciwskuteczne.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/eryk-mistewicz-media-w-polsce/

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 29 stycznia 2026