Polityka bez iluzji władzy. Afrykańska pielgrzymka Leona XIV jako teologia państwa [Michał KŁOSOWSKI]

Afrykańska podróż papieża Leona XIV coraz wyraźniej ujawnia się jako jedna z najbardziej spójnych prób reinterpretacji polityczności w pontyfikacie, który od początku wymyka się prostym klasyfikacjom próbując znaleźć odpowiedź na pytanie czy możliwa jest polityka bez iluzji ale wciąż skuteczna. Nie jest to więc ani klasyczna dyplomacja, ani moralizatorski komentarz do światowych kryzysów, raczej konsekwentnie budowana wizja władzy, która zostaje poddana innemu osądowi.
Koniec dyplomatycznej ostrożności?
.Najmocniejszy moment tej interpretacji padł w Malabo, niemalże na zakończenie najdłuższej dotychczas papieskiej podróży, podczas spotkania z prezydentem Gwinei Równikowej, Teodorem Obiang Nguema Mbasogo, jednym z najdłużej rządzących przywódców na świecie, bo sprawującym władzę od 1979 roku, a którego rządy od lat budzą pytania o nepotyzm i standardy demokratyczne. W tym kontekście papież nie ucieka w język dyplomatycznej ostrożności, lecz sięga po kategorię fundamentalną dla zachodniej tradycji politycznej i teologicznej: wizję dwóch miast św. Augustyna.
Odwołując się do Państwa Bożego tegoż autora Leon XIV przypomina, że historia ludzkości jest przeniknięta dwiema logikami istnienia. Pierwsza opiera się na miłości własnej, pragnieniu dominacji i sukcesu, który nie zna granic. Druga wyrasta z miłości Boga i bliźniego, zwłaszcza ubogiego, i zmierza ku pokojowi, który nie jest chwilowym kompromisem, lecz trwałym porządkiem relacji. Oba porządki współistnieją w historii, a człowiek codziennie dokonuje wyboru, do którego z nich przynależy.
Ta augustyńska perspektywa nie jest tu abstrakcyjną metaforą. Zostaje bezpośrednio odniesiona do współczesnej polityki. Papież mówi o „ziemskim mieście” jako rzeczywistości opartej na pysze, żądzy władzy i iluzji dominacji. Władza, która nie jest zakorzeniona w etycznym porządku, staje się w tej wizji nie tylko niesprawiedliwa, ale ostatecznie autodestrukcyjna. Z kolei „miasto Boże” nie jest utopią poza historią, lecz sposobem życia w turbulentnej historii, który zachowuje wolność wobec przemijających struktur.
Synodalność istnienia
W tym sensie kluczowe znaczenie ma refleksja o kondycji człowieka jako pielgrzyma. Człowiek oczywiście bowiem żyje w świecie polityki, ale nie może się z nim utożsamić w sposób absolutny. Rozróżnienie między tym, co trwałe, a tym, co przemijające, staje się więc warunkiem wolności wobec pokusy nieograniczonej władzy i nieuprawnionego bogactwa. Władza polityczna zostaje wpisana w porządek etyczny, który ją przekracza.
Może więc dlatego szczególnie istotny jest kontekst samej Gwinei Równikowej. Państwo o wysokim PKB per capita, oparte na zasobach ropy i gazu, pozostaje jednocześnie przykładem głębokich nierówności społecznych i koncentracji bogactwa. Papież nie opisuje tego w kategoriach ekonomicznych, lecz moralnych. Mówi o „ekonomii wykluczenia”, która zabija, powtarzając intuicję papieża Franciszka, zawartą w adhortacji Evangelii gaudium. W tej perspektywie gospodarka nie jest neutralnym systemem, lecz przestrzenią decyzji etycznych, które mają konsekwencje antropologiczne.
W Malabo papież idzie jednak dalej niż krytyka nierówności. Łączy ją z analizą współczesnych konfliktów zbrojnych, wskazując na ich powiązanie z eksploatacją surowców naturalnych i ignorowaniem prawa międzynarodowego, słowem: z żądzą pieniędzy i władzy. Władza polityczna bowiem, zdaje się mówić papież, która traci zakorzenienie w normach prawnych i etycznych, przestaje być narzędziem porządku, a staje się mechanizmem destabilizacji. W tym sensie jego diagnoza ma charakter systemowy, a nie jedynie moralny. Parafrazując klasyka, „brzmi jakby znajomo” , zwłaszcza w kontekście słownych utarczek i niestabilności komunikacyjnej prezydenta Donalda Trumpa.
Głos z Afryki do całego świata
Kulminacją tej refleksji jest jednak nie tylko żółta kartka dla takich, czy innych rządzących ale w ogóle ostrzeżenie przed kierunkiem, w którym zmierza ludzkość pozbawiona odpowiedzialności politycznej. Nie jest to język katastrofizmu, lecz realizmu moralnego. Papież mówi wprost o zagrożeniu, w którym przyszłość człowieka zostaje „tragicznie zagrożona” przez brak respektu dla instytucji i porozumień międzynarodowych. W tym miejscu jego wypowiedź zyskuje wymiar globalny, wykraczający daleko poza kontekst Afryki. Co zaskakujące jednak, ton tej wypowiedzi nie jest konfrontacyjny. Nawet najostrzejsze sformułowania, włącznie z wezwaniem „Bóg tego nie chce”, nie służą delegitymizacji władzy, lecz jej przekształceniu, moralnej transformacji. Papież nie proponuje zmiany systemu politycznego w sensie instytucjonalnym, obalenia tego czy innego porządku instytucjonalnego czy personalnego, lecz zmianę samej logiki sprawowania władzy. Jej miarą nie ma być dominacja, lecz zdolność do służby i budowania pokoju.
Zwieńczeniem tej wizji jest apel skierowany bezpośrednio do władz: wspólna droga ku „miastu Boga”, rozumianemu jako miasto pokoju. Nie jest to propozycja politycznego programu, lecz orientacji etycznej, która ma wyznaczać granice działania władzy, tak by nie stała się ona jedynie rzeczą istniejącą jako sama dla siebie. I w tym sensie papieska wypowiedz w Malabo nie jest epizodem dyplomatycznym, lecz jednym z najbardziej klarownych momentów jego nauczania o polityce, po słowach o pokoju jako darze, wypowiedzianych w Algierii, dobru wspólnym i nadzieji, które usłyszeliśmy w Kamerunie czy w końcu możliwości twórczego rozwiązywania konfliktów. W szerszym kontekście bowiem cała afrykańska pielgrzymka papieża Leona XIV ujawnia się jako próba redefinicji relacji między religią a polityką ale na zasadach innych, niż te znane z mediów społecznościowych czy mediów w ogóle. Nie chodzi bowiem o jakieś ich rozdzielenie ani podporządkowanie jednej drugiej, lecz poprzez wskazanie poziomu, na którym obie podlegają osądowi sumienia. Władza polityczna zostaje tu wpisana w horyzont moralny, nie po to, by ją zastąpić, ale by przypomnieć jej granice. W tym sensie jest wiec podróż Leona XIV nie komentarzem do świata ale próba jego interpretacji od podstaw.
Z Luandy,
Michał Kłosowski





