Partia ludzi takich jak my. Co naprawdę pokazuje raport CBOS?

partia ludzi takich jak my

Badani przez CBOS przed wyborami parlamentarnymi 2027 roku nie oczekują kolejnej wielkiej ideologii, lecz państwa, które skróci kolejkę do lekarza, pomoże zdobyć mieszkanie, ustabilizuje ratę kredytu i będzie traktowało własnych obywateli podmiotowo. Z sześciu dyskusji przeprowadzonych w Ełku, Chełmie i warszawskim Wilanowie wyłania się również tęsknota za politykiem „takim jak my” – skromnym, dostępnym i autentycznym – którego archetypem, niemal 15 lat po śmierci, pozostaje Andrzej Lepper.

Sześć rozmów o Polsce nie jest sondażem

Raport CBOS Fokus nr 1/2026 „Partia ludzi takich jak my. Polacy o polityce, politykach i najważniejszych problemach społecznych” ma 35 stron i został opublikowany 22 czerwca 2026 r. Jego autorami są Marcin Głowacki, Kacper Leśniewicz i Marcin Waszak. Dokument należy do najciekawszych diagnoz polskich nastrojów politycznych ostatnich miesięcy, ale trzeba go czytać inaczej niż klasyczny sondaż poparcia dla partii, ranking zaufania do polityków czy badanie opinii wykonane na reprezentatywnej próbie dorosłych mieszkańców kraju.

Badanie przeprowadzono metodą zogniskowanych wywiadów grupowych. Odbyło się sześć sesji, po dwie w każdej z trzech lokalizacji, z udziałem od 6 do 8 osób. Oznacza to, że w rozmowach uczestniczyło łącznie od 36 do 48 osób, a więc około 40 badanych w wieku od 35 do 55 lat, deklarujących co najmniej średnie zainteresowanie polityką. Spotkania przeprowadzono 22 kwietnia 2026 r. w Ełku, 23 kwietnia w Warszawie i 28 kwietnia w Chełmie, oddzielnie dla kobiet i mężczyzn.

Wybór miejsc nie był przypadkowy. Powiat chełmski, w którym frekwencja w wyborach do Sejmu w 2023 r. wyniosła 62,49 proc., oraz powiat ełcki z frekwencją 63,28 proc. należały do obszarów o relatywnie niskim udziale wyborców w głosowaniu. Ełk i Chełm są położonymi we wschodniej Polsce miastami liczącymi po około 55–60 tys. mieszkańców. Na drugim krańcu badawczej osi znalazł się warszawski Wilanów, gdzie frekwencja w wyborach parlamentarnych w 2023 r. osiągnęła 90,88 proc. i była najwyższa w kraju.

W obu grupach ełckich i w kobiecej grupie chełmskiej uczestniczyły osoby, które nie głosowały ani w wyborach parlamentarnych w 2023 r., ani w pierwszej turze wyborów prezydenckich w 2025 r. W grupie mężczyzn z Chełma oraz w obu grupach warszawskich rozmawiano natomiast z wyborcami aktywnymi w obu tych głosowaniach. Konstrukcja badania pozwalała więc zestawić nie tylko mieszkańców wschodnich, średnich miast z mieszkańcami zamożnej dzielnicy metropolitalnej, lecz także osoby wycofane z uczestnictwa wyborczego z ludźmi regularnie korzystającymi z prawa głosu.

Nie wolno jednak na tej podstawie wyliczać, jaki odsetek Polaków chce nowej partii, ilu obywateli uważa polityków za kastę ani jak liczna jest grupa domagająca się pierwszeństwa Polaków w dostępie do świadczeń. Badanie jakościowe nie służy mierzeniu rozkładu opinii w społeczeństwie. Pozwala natomiast uchwycić język, emocje, skojarzenia i mechanizmy, które w zwykłym sondażu pozostają ukryte za zaznaczoną odpowiedzią. Jest mapą możliwych postaw, a nie licznikiem ich popularności.

Polityka otacza ludzi i jednocześnie coraz mniej ich obchodzi

Pierwszą reakcją rozmówców na słowo „polityka” jest chaos. Wiedza polityczna okazuje się powierzchowna, niesystematyczna i oparta częściej na wrażeniach niż na uporządkowanych faktach. Nie wynika to wyłącznie z braku zainteresowania sprawami publicznymi. Polityka nie jest już dziedziną, do której obywatel świadomie wchodzi, lecz stałym składnikiem środowiska informacyjnego, który dociera do niego przez telewizję, radio, portale internetowe, YouTube, media społecznościowe, rozmowy rodzinne i komentarze innych użytkowników.

Paradoks polega na tym, że właśnie nieustanna obecność polityki prowadzi do jej odrzucenia. Uczestnicy mówią o zmęczeniu „wojną polsko-polską”, powtarzającymi się awanturami, obradami Sejmu i konfliktami personalnymi, które nie mają widocznego związku z kosztami życia, dostępem do lekarza, wysokością wynagrodzenia czy bezpieczeństwem rodziny. Szczególnie w grupach kobiecych pojawia się odruch przełączania kanału, wyłączania wiadomości albo rezygnowania z samodzielnego poszukiwania informacji.

Autorzy raportu opisują to zjawisko pojęciem news avoidance, czyli celowego unikania wiadomości. W łagodniejszej formie przyjmuje ono postać zmęczenia informacyjnego i biernego przyjmowania tego, co przypadkiem pojawi się w radiu, telewizji albo internecie. W formie bardziej zaawansowanej staje się infofobią – lękiem przed wpływem informacji politycznych na dobrostan psychiczny i relacje z najbliższymi. Rozmowa o polityce przy rodzinnym stole staje się wówczas „strefą zagrożenia”, ponieważ różnica poglądów może błyskawicznie przekształcić krewnego lub znajomego w przeciwnika.

Wycofanie informacyjne nie oznacza zaniku emocji politycznych. Przeciwnie, człowiek unikający codziennego strumienia wiadomości może reagować szczególnie intensywnie na informacje dotyczące wojny, uchodźców, cen paliw, zdrowia dzieci czy zagrożenia osobistego. Wtedy pojedyncza historia, niesprawdzona pogłoska albo komentarz znaleziony w internecie zyskuje większą siłę niż oficjalne sprostowanie. Deficyt zaufania do mediów nie prowadzi bowiem automatycznie do bardziej krytycznego odbioru informacji. Może również otwierać drogę do teorii spiskowych i narracji przekonujących, że najważniejsze fakty są przed społeczeństwem ukrywane.

W raporcie pojawiają się spekulacje dotyczące śmierci Andrzeja Leppera, a także przekonanie, że ustawa o ochronie ludności i obronie cywilnej oraz poradniki bezpieczeństwa mogą stanowić element ukrytego planu ewakuowania Polaków. Nie są to informacje zweryfikowane przez uczestników, lecz przykłady sposobu myślenia, który rozwija się w warunkach skrajnego braku zaufania. Oficjalne wyjaśnienie staje się podejrzane właśnie dlatego, że jest oficjalne, natomiast alternatywna opowieść zyskuje wiarygodność, ponieważ pozostaje w konflikcie z komunikatem państwa.

Media są oceniane według miejsca w politycznej wojnie

Rozmówcy nie traktują mediów jako neutralnych pośredników. Każda stacja i każdy portal są w ich oczach „jakieś” – prawicowe albo lewicowe, prorządowe albo opozycyjne. Polaryzacja przeszła w ten sposób z partii i polityków na źródła informacji. Odbiorcy zamykają się w odrębnych niszach komunikacyjnych, otrzymując przekazy dopasowane do ich wcześniejszych przekonań, emocji i oczekiwań.

Internet, YouTube, platformy streamingowe i takie projekty jak Kanał Zero bywają postrzegane jako przestrzeń większej wolności, ale również one nie otrzymują trwałego kredytu zaufania. Gdy prowadzący narzuca własną interpretację, przerywa gościowi lub zostaje uznany za uczestnika politycznego sporu, alternatywne medium traci swój podstawowy atut. Odbiorca poszukujący niezależności zostaje więc zmuszony do nieustannego porównywania kilku źródeł, choć jednocześnie jest coraz bardziej zmęczony samym wysiłkiem weryfikowania informacji.

Na tym tle wyróżnia się Polsat, postrzegany przez część rozmówców jako stacja mniej zaangażowana w polityczny konflikt. Szczególnym zaufaniem cieszy się Bogdan Rymanowski, ceniony za doświadczenie, umiejętność zadawania trafnych pytań i prowadzenie rozmów z przedstawicielami różnych środowisk. Jego pozycja pokazuje, że w podzielonym systemie medialnym wartością staje się już nie tylko informacja, ale wiarygodna osoba, która potrafi przeprowadzić odbiorcę przez konkurencyjne interpretacje.

Autorzy raportu zestawiają te wypowiedzi z ilościowym badaniem CBOS z 2024 r. Polsat uzyskał wówczas 64 proc. ocen dobrych i 12 proc. ocen złych. TVN pozytywnie oceniało 54 proc., a negatywnie 23 proc. badanych, natomiast TVP otrzymała 42 proc. ocen dobrych i 28 proc. złych. Różnica między Polsatem a TVP wynosiła zatem 22 punkty procentowe w przypadku ocen pozytywnych i 16 punktów w przypadku ocen negatywnych. Są to jedyne przywołane w jakościowym raporcie twarde dane ilościowe, dlatego należy traktować je jako kontekst pochodzący z odrębnego pomiaru, a nie wynik sześciu wywiadów fokusowych.

Politycy stali się odrębną klasą

W wypowiedziach uczestników politycy tracą swoje partyjne i ideowe zróżnicowanie. Nie są przedstawiani jako konserwatyści, liberałowie, socjaliści czy narodowcy, lecz jako jednolita grupa korzystająca z władzy, pieniędzy i przywilejów. Zmieniają się partie i nazwiska, ale mechanizm pozostaje, zdaniem rozmówców, ten sam. Polityk przed wyborami szuka kontaktu z obywatelami, po wyborach natomiast „zapomina, skąd wyszedł” i przenosi się do świata niedostępnego dla zwykłego człowieka.

Najmocniejszym słowem raportu jest „plebs”. „Z plebsem nie gadają i co zrobisz?” – mówi jeden z uczestników spotkania w Ełku. Nie jest to wyłącznie opis nierówności dochodowych. Słowo wyraża poczucie braku uznania, szacunku i podmiotowości. Politycy mają żyć w rzeczywistości luksusowych samochodów, wysokich wynagrodzeń, prywatnej opieki medycznej i znajomości pozwalających ominąć problemy, z którymi codziennie zmagają się obywatele.

Alienacja polityczna ma w tym ujęciu charakter klasowy. Nie polega tylko na przekonaniu, że władza podejmuje złe decyzje, ale na poczuciu, że rządzący i rządzeni należą już do dwóch różnych światów. Obywatel nie wierzy, że jego doświadczenie może zostać przez polityka zrozumiane, ponieważ polityk nie stoi w tej samej kolejce, nie spłaca porównywalnego kredytu, nie czeka na mieszkanie komunalne i nie musi wybierać między prywatną wizytą lekarską a innymi wydatkami rodziny.

Krytyka uprzywilejowania wykracza poza klasę polityczną. Część rozmówców podobnie postrzega lekarzy, oskarżanych o czerpanie korzyści z niewydolnego systemu i pracowanie jednocześnie w kilku placówkach. Raport nie rozstrzyga, czy te oskarżenia są prawdziwe. Pokazuje natomiast ważny mechanizm społeczny: w warunkach niewydolności usług publicznych obywatel zaczyna poszukiwać grupy, która korzysta na jego krzywdzie. Systemowy problem zostaje wówczas zamieniony w konflikt między „zwykłymi ludźmi” a beneficjentami układu.

Lewica i prawica ustępują skuteczności

Klasyczna oś lewica–prawica niemal znika z rozmów. Uczestnicy rzadko klasyfikują polityków według ideologii, ponieważ ważniejsze jest dla nich to, czy polityk dotrzymuje obietnic i czy jego działania przynoszą zauważalny rezultat. Podstawowym podziałem staje się rozróżnienie na polityków skutecznych i nieskutecznych, a nie na prawicę, centrum i lewicę.

Nie oznacza to braku różnic między grupami. Warszawscy uczestnicy zwracają większą uwagę na obietnice podniesienia progu podatkowego dla lepiej zarabiających, natomiast w miejscowościach o niższej frekwencji silniej wybrzmiewa kwestia płacy minimalnej. Męska grupa z Warszawy częściej interesuje się polityką międzynarodową, karierą Donalda Trumpa, relacjami rosyjsko-ukraińskimi i konfliktem Iranu ze Stanami Zjednoczonymi. W pozostałych grupach polityka zagraniczna ustępuje problemom krajowym, bezpośrednio wpływającym na życie rodziny.

Pragmatyzm badanych nie jest tożsamy z liberalnym ograniczaniem państwa. Rozmówcy oczekują aktywnej polityki społecznej, pomocy dzieciom, seniorom i osobom chorym, a także naprawy ochrony zdrowia oraz zwiększenia dostępności mieszkań. Nawet część krytyków świadczenia 800+ przyznaje, że program ten stał się ważnym sygnałem zmiany relacji między państwem a obywatelem. Państwo po raz pierwszy miało nie tylko wymagać, pobierać podatki i nakładać obowiązki, ale również dawać obywatelowi realne wsparcie.

Świadczenie ma więc znaczenie wykraczające poza miesięczny bilans gospodarstwa domowego. Jest symbolem uznania rodziny przez państwo, choć równocześnie część rozmówców wiąże szerokie transfery z inflacją, uzależnieniem od pomocy i zjawiskami patologicznymi. Ta ambiwalencja może być kluczowa dla przyszłych partii: wyborca jest w stanie krytykować konkretny program, a jednocześnie nie chce powrotu do państwa, które ogranicza swoją obecność do pobierania pieniędzy.

Najpierw Polacy i granice solidarności

Najbardziej spójnym i zarazem najbardziej kontrowersyjnym elementem badania jest warunkowa solidarność społeczna. Państwo powinno wspierać chorych, dzieci, seniorów i osoby o niskich dochodach, ale – w przekonaniu części rozmówców – pierwszeństwo musi przysługiwać obywatelom polskim. Autorzy raportu posługują się pojęciem welfare chauvinism, tłumaczonym jako szowinizm socjalny: akceptacja redystrybucji i rozbudowanego państwa opiekuńczego pod warunkiem, że z jego zasobów korzystają przede wszystkim „swoi”.

Negatywne emocje, które wcześniej mogły być kierowane przeciwko wszystkim beneficjentom pomocy społecznej, zostają przeniesione na cudzoziemców, przede wszystkim Ukraińców. Krytyka 800+ nie jest więc wymierzona głównie w polskie rodziny, lecz w wypłacanie świadczenia osobom przybyłym z Ukrainy. Dzieje się tak pomimo informacji przywołanej w raporcie, że 800+ otrzymuje mniej niż połowa ukraińskich dzieci mieszkających w Polsce.

Postawa ta nie opiera się na bilansie wydatków publicznych, ale na poczuciu sprawiedliwości. Rozmówcy przywołują historie o Ukraińcach otrzymujących mieszkania, świadczenia i dostęp do lekarza szybciej niż Polacy. Raport dokumentuje te opowieści jako element społecznej percepcji, nie dowodzi jednak, że Ukraińcy rzeczywiście mają systemowe pierwszeństwo w kolejkach medycznych albo automatycznie otrzymują mieszkania komunalne. To rozróżnienie jest fundamentalne: przekonanie może być politycznie realne i wpływać na wybory, nawet jeśli jego podstawa faktyczna pozostaje słaba albo nie została sprawdzona.

Jedna z uczestniczek mówiła o trzykrotnym odrzuceniu jej wniosku mieszkaniowego z powodu przekroczenia kryterium powierzchni o 5 metrów. Inny rozmówca twierdził, że polska rodzina potrafi czekać na mieszkanie socjalne 10 lat, podczas gdy osoba z Ukrainy otrzymuje je znacznie szybciej. Osobiste doświadczenie biurokratycznej odmowy łączy się tutaj z zasłyszaną historią o pomocy dla cudzoziemca, tworząc przekonującą narrację o własnym państwie, które bardziej troszczy się o „gości” niż o „gospodarzy”.

„My jesteśmy u siebie. Oni u nas są gośćmi, powinni nas szanować” – mówi jeden z badanych w Ełku. Zdanie to wyznacza granicę oczekiwanej solidarności i wskazuje na zmianę społecznego klimatu wokół Ukrainy. Pomoc udzielona po rozpoczęciu wojny nie zostaje całkowicie zakwestionowana, ale coraz częściej przedstawiana jest jako zobowiązanie, które powinno mieć określony termin, zakres i hierarchię beneficjentów.

Dla przyszłych partii politycznych oznacza to możliwość połączenia programu socjalnego z narracją narodową. Nie chodzi o prosty wybór między wolnym rynkiem a redystrybucją, lecz o pytanie, kto ma prawo do korzystania ze wspólnych zasobów. Nowa formacja odpowiadająca na emocje ujawnione w badaniu musiałaby obiecywać silne państwo opiekuńcze, a jednocześnie zapewniać, że jego pierwszym zobowiązaniem pozostają polscy obywatele.

Zdrowie mieszkanie kredyt i decyzja o dziecku

Ochrona zdrowia staje się w raporcie symbolem niewydolności państwa, ponieważ niemal każdy problem systemowy można przełożyć na osobiste doświadczenie. Jeden z uczestników opowiadał, że musiał zapłacić 2000 zł za leczenie uszkodzonego kolana córki, ponieważ w systemie publicznym zaproponowano oczekiwanie przez 1,5 roku. Inne osoby mówiły o terminach wynoszących rok albo 3 lata, a nawet o skierowaniu oznaczonym jako pilne, przy którym wizyta została wyznaczona dopiero na lipiec następnego roku.

W rozmowach pojawia się również zasłyszana informacja o zapisach do dziecięcego psychologa na 2034 r., a więc o 8 latach oczekiwania, oraz szacunek jednego z uczestników, że państwo przeznacza na ochronę zdrowia około 200 mld zł rocznie. Liczby te nie zostały przez autorów raportu przedstawione jako zweryfikowane dane o systemie. Pokazują jednak skalę społecznej frustracji: skoro obywatel słyszy o setkach miliardów złotych, a jednocześnie nie może uzyskać terminowej pomocy, zaczyna traktować system jako „studnię bez dna”, w której pieniądze znikają bez widocznego rezultatu.

Mieszkanie pełni podobną funkcję. Nie jest tylko nieruchomością, lecz warunkiem bezpieczeństwa, założenia rodziny i podjęcia decyzji o posiadaniu dzieci. Rozmówcy nie ograniczają oczekiwań do kolejnych transferów finansowych. Chcą aktywnej polityki zwiększającej dostępność mieszkań na wynajem oraz mieszkań komunalnych i socjalnych, które pozwoliłyby rozpocząć samodzielne życie bez konieczności podpisywania umowy kredytowej na 35 lat.

Najbardziej konkretnym opisem wpływu polityki pieniężnej na codzienność są historie o kredytach hipotecznych ze zmiennym oprocentowaniem. W Chełmie uczestnicy mówią o racie, która wzrosła z 1700 do 3500 zł, oraz o innym kredycie, którego miesięczny koszt podniósł się z 1500 do 3500 zł. W pierwszym przypadku rata zwiększyła się o około 106 proc., w drugim o ponad 133 proc. Przy wynagrodzeniach pozostających w pobliżu płacy minimalnej oznacza to nie tylko ograniczenie konsumpcji, ale również rezygnację z planów rodzinnych.

Jest to oddolny opis mechanizmu transmisji stóp procentowych. Decyzja podejmowana na poziomie polityki pieniężnej dociera do gospodarstwa domowego przez WIBOR i miesięczną ratę, następnie wpływa na poczucie bezpieczeństwa, możliwość zgromadzenia oszczędności, relacje rodzinne i decyzję o dziecku. W publicznej debacie polityka pieniężna bywa przedstawiana za pomocą wskaźników, tymczasem w doświadczeniu społecznym występuje jako dodatkowe 1800 albo 2000 zł, które każdego miesiąca trzeba oddać bankowi.

Podobnie odbierana jest inflacja. Dla większości obywateli nie jest ona abstrakcyjnym wskaźnikiem publikowanym raz w miesiącu, ale zmianą ceny paliwa, żywności, mieszkania i kredytu. Pojedyncza cena o wysokiej widoczności może zorganizować ocenę całej gospodarki, nawet jeśli jej zmiana odbiega od ogólnego wskaźnika inflacji. Dlatego polityka gospodarcza oddziałuje na nastroje nie tylko przez rzeczywiste dochody, ale także przez ceny, które obywatele uznają za symbole stanu państwa.

Dlaczego wraca Andrzej Lepper

Archetypem polityka bliskiego zwykłym ludziom pozostaje w badaniu Andrzej Lepper. Szczególnie w grupach z miejscowości o niższej frekwencji były lider Samoobrony jest przedstawiany jako obrońca rolników, pracowników fizycznych, mieszkańców dawnych obszarów popegeerowskich i ludzi wykonujących nisko opłacane zawody. Nie chodzi przy tym o szczegółową ocenę jego programu, działalności rządowej czy politycznych błędów. Lepper funkcjonuje jako mit trybuna ludowego, który mówił językiem swoich wyborców i nie wstydził się ich społecznego położenia.

Od jego śmierci do przeprowadzenia wywiadów minęło prawie 15 lat. Część uczestników mogła nie być pełnoletnia w okresie największej popularności Samoobrony, co sugeruje, że pamięć o Lepperze jest przekazywana również międzypokoleniowo. Jego obraz został oddzielony od codziennej historii politycznej i stał się odpowiedzią na pytanie, kogo brakuje obecnie: polityka, który nie tylko mówi o zwykłych ludziach, ale sprawia wrażenie, że rzeczywiście do nich należy.

Popyt na autentyczność nie oznacza wyłącznie oczekiwania skromnego stroju albo prostszego języka. Polityk ma być dostępny, spontaniczny, zdolny do okazania „ludzkiego odruchu”, a przede wszystkim gotowy słuchać również po zakończeniu kampanii. Badani proponują ankiety, sondaże, konsultacje i częstsze pytanie obywateli o stanowisko w ważnych sprawach. Chcą relacji dwustronnej, ponieważ obecny model postrzegają jako rytuał zabiegania o głosy przed wyborami i odcinania się od wyborców po zdobyciu mandatu.

Można ten mechanizm nazwać performowaniem zwyczajności. Nie musi oznaczać udawania, lecz wskazuje, że zwyczajność stała się politycznym komunikatem. Skromność, bezpośredniość i brak widocznych przywilejów są odbierane jako dowody, że polityk nie przeszedł jeszcze na stronę zamkniętej klasy władzy. Ekspertyza nie zostaje całkowicie odrzucona, ale sama wiedza specjalistyczna nie wystarcza do odbudowy zaufania, jeśli ekspert nie potrafi przełożyć jej na doświadczenie obywatela.

Jaka partia mogłaby wykorzystać tę lukę

Z sześciu grup fokusowych wyłania się hipotetyczny elektorat rozczarowany, pragmatyczny i defensywny. Jest zmęczony polaryzacją, nie ufa mediom głównego nurtu, a polityków postrzega jako homogeniczną klasę zajmującą się własnymi interesami. Nie poszukuje wielkiego ideologicznego projektu, lecz sprawczości widocznej w codziennym życiu – krótszej kolejki do lekarza, dostępnego mieszkania, przewidywalnej raty kredytu, wyższego bezpieczeństwa rodziny i szacunku ze strony państwa.

Program nowej partii musiałby zatem połączyć kilka elementów, które w klasycznych podziałach politycznych nie zawsze występują razem. Silna polityka społeczna musiałaby zostać powiązana z pierwszeństwem obywateli polskich, aktywna polityka mieszkaniowa z kontrolą kosztów kredytu, a naprawa usług publicznych z twardą oceną niegospodarności instytucji. W relacjach z Unią Europejską liczyłaby się maksymalizacja polskich korzyści gospodarczych, nie zaś abstrakcyjna deklaracja większego albo mniejszego entuzjazmu wobec integracji.

Największym kapitałem takiej formacji byłaby jednak wiarygodność lidera. Raport sugeruje, że obietnice programowe nie wystarczą, jeżeli zostaną przedstawione przez polityka postrzeganego jako kolejny przedstawiciel tej samej klasy. Kandydat musiałby być „jednym z nas”, słuchać, odpowiadać, konsultować decyzje i przekonująco pokazywać, że zachował kontakt ze zwykłym życiem. Właśnie dlatego po niemal 15 latach w zbiorowej pamięci części rozmówców nadal pozostaje Andrzej Lepper.

Nie wiadomo, jak liczny jest elektorat odpowiadający temu profilowi. Badanie nie pozwala stwierdzić, że większość Polaków poparłaby partię łączącą socjalny interwencjonizm, narodową hierarchię solidarności i antyelitarny styl komunikacji. Pokazuje jednak repertuar emocji, który może zostać uruchomiony w kampanii przed wyborami parlamentarnymi w 2027 r., szczególnie wśród wyborców zniechęconych i nieregularnie uczestniczących w głosowaniach.

Najważniejszym ostrzeżeniem dla obecnych partii jest to, że polityka strachu zaczyna przynosić skutek odwrotny od zamierzonego. Zamiast mobilizować, może prowadzić do wycofania, unikania wiadomości i ucieczki do alternatywnych obiegów informacji. Próba utrzymania poparcia wyłącznie przez wskazywanie kolejnych zagrożeń nie rozwiązuje problemów, które badani odczuwają w przychodni, banku, urzędzie mieszkaniowym i domowym budżecie.

.Raport „Partia ludzi takich jak my” nie przynosi więc gotowej recepty na zwycięstwo wyborcze. Pokazuje coś ważniejszego: coraz szersza może być przestrzeń między obywatelami a polityczną reprezentacją, którą formalnie już posiadają. W tej przestrzeni spotykają się gniew, bezradność, tęsknota za sprawczym państwem i oczekiwanie lidera, który nie będzie jedynie mówił w imieniu zwykłych ludzi, lecz zostanie przez nich uznany za jednego z nich.

Sebastian Nizio

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 7 sierpnia 2026