"Patentoza" chorobą na uniwersytetach [prof. Mariusz Zdrojek]

Chcemy ukrócić zjawisko znane jako „patentoza”, czyli zgłaszanie przez naukowców i uczelnie patentów tylko po to, żeby dostać za nie punkty w ewaluacji – powiedział prof. Mariusz Zdrojek z Politechniki Warszawskiej. Dodał, że dla skutecznego transferu wiedzy konieczne są też zmiany w ustawie o finansach publicznych.
„Proponujemy projakościowe zmiany, które stworzą motywację dla rektorów i dyrektorów”
.Prof. dr hab. inż. Mariusz Zdrojek jest członkiem zespołu ds. wzmocnienia transferu wyników badań naukowych przy Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Prodziekan ds. nauki i rozwoju Wydziału Fizyki Politechniki Warszawskiej pracuje w zespole m.in. nad rekomendacjami dla resortu nauki dotyczącymi zmian w punktowaniu patentów w systemie ewaluacji (czyli oceny jakości) działalności naukowej.
Jak wyjaśnił w rozmowie z mediami, w środowisku akademickim funkcjonuje pejoratywny termin „patentoza” (na wzór „punktozy”), określający uzyskiwanie przez naukowców i uczelnie patentów wyłącznie w celu zdobycia punktów w ewaluacji.
– Urząd Patentowy zna tę patologię: uczelnie hurtem zgłaszają patenty tylko po to, by mnożyć punkty. Nam zależy na promowaniu patentów jakościowych: takich, które mają jak największy wskaźnik sukcesu, czyli szansę na wdrożenie i komercjalizację – tłumaczył prof. Mariusz Zdrojek.
Ekspert uważa, że „patentozę” da się zlikwidować dzięki wprowadzeniu do narzędzi ewaluacji wskaźników jakościowych. A systemowe wymuszenie punktowania tylko wartościowych patentów sprawi, że uczelnie nie będą już tak chętnie wydawały pieniędzy na wszystkie zgłoszenia, tylko skupią się na tych, które mają realny potencjał.
– Proponujemy projakościowe zmiany, które stworzą motywację dla rektorów i dyrektorów. Chcemy, by wiedzieli, że uczelniom i instytutom opłacają się patenty o zasięgu międzynarodowym i takie, które są przedmiotem komercjalizacji – stwierdził prof. Mariusz Zdrojek.
Uściślił, że premiowane miałyby być: sprzedaż bezpośrednia; patenty, które są podstawą do tworzenia spółek technologicznych typu spin-off, a także te stanowiące podstawę projektów badawczo-rozwojowych (B+R) realizowanych wspólnie z przemysłem.
Patentoza to błąd systemu, który należy zwalczać
.Dodał, że patent nie jest jedynym sposobem na komercjalizację wyników badań. Jak mówił, patenty – gwarancja konkretnych produktów i zabezpieczenia własności intelektualnej – to atrakcyjne rozwiązanie na przykład dla funduszy inwestycyjnych. Jednak twórcy przełomowych rozwiązań mogą też sprzedawać wiedzę. – Mamy też narzędzie know-how, czyli zabezpieczenie własności intelektualnej w taki sposób, że nie pokazujemy jej światu. Patent, gdy już zostanie przyznany, jest jawny – cały świat go widzi i może próbować go obejść lub pracować nad podobnymi rozwiązaniami – opisał naukowiec.
Zaznaczył, że regulacje dotyczące patentów znajdują się wielu aktach prawnych, m.in. rozporządzeniu ministra nauki dotyczącym ewaluacji i kilku ustawach. I właśnie drugim poważnym problemem, który zdaniem profesora dotyczy patentów, jest zapisanie kwestii własności intelektualnej w ustawie o finansach publicznych.
– Obecnie patent jest traktowany jako mienie skarbu państwa, chociaż dopóki nie jest sprzedany, nie jest przecież nic warty. Ale rektorzy i dyrektorzy instytutów, którzy ponoszą osobistą odpowiedzialność za środki przeznaczone na opatentowanie wynalazku albo technologii, obawiają się zarzutów o niegospodarność, więc często nie decydują się zapłacić za patent – opowiadał prof. Mariusz Zdrojek.
Przyznał, że z tego powodu wiele projektów, nawet bardzo obiecujących, bywa zamrożonych lub upada.
Dlatego właśnie w rekomendacjach zespołu już przekazanych resortowi nauki znalazł się punkt o uwolnieniu transferu wiedzy i własności intelektualnej spod rygoru ustawy o finansach publicznych.
– Mamy przygotowane konkretne sformułowania i wskazane miejsca w ustawie, które trzeba zmienić. Te drobne szlify w akcie prawnym mogą wywołać prawdziwą rewolucję w dziedzinie patentów. Chodzi o to, by dać wolną rękę rektorom i szefom instytutów, aby mogli z tymi patentami robić, co chcą, oczywiście w ramach prawa – podsumował prof. Mariusz Zdrojek.
Ranking szanghajski i wciąż te same pytania o polskie uczelnie
.Pojawiają się głosy, że polskie uczelnie w rankingach są nisko, ponieważ są zbyt małe. Jednak gdyby osiągnięcia czołowych polskich uczelni znormalizować do ich wielkości, to Uniwersytety Warszawski i Jagielloński znalazłyby się w dziesiątej setce, co oznacza, że oprócz dobrych uczonych jest na tych uczelniach też dużo osób, których wkład w naukę jest niewielki – pisze prof. Leszek PACHOLSKI.
a miejsce uczelni w rankingu szanghajskim (ARWU – Academic Ranking of World Universities) wpływają liczba jej absolwentów, którzy otrzymali Nagrodę Nobla, oraz osiągnięcia osób w niej pracujących: liczba laureatów Nagrody Nobla i Medalu Fieldsa, często cytowanych uczonych, liczba prac opublikowanych w „Nature” i „Science”, liczba publikacji indeksowanych w Web of Science oraz efektywność badań (czyli to, co powyżej, znormalizowane do wielkości uczelni). Do rankingu uczelni dodano rankingi dziedzinowe. Dla osób wybierających się na studia lub studia doktoranckie czy poszukujących pracy na uczelni mogą być one ważniejsze od pozycji całej uczelni w rankingu.
Podział nauki na dziedziny jest odmienny od tego, co zgodnie z rozporządzeniem Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego obowiązuje w Polsce. W szczególności nie ma teologii ani nauk humanistycznych. Polaków na pewno zaskoczy brak filozofii, historii i literaturoznawstwa. Inny jest też podział nauk ścisłych i przyrodniczych, nie ma astronomii, ale jest ekologia i oceanografia. W naukach medycznych jest stomatologia, a nie ma nauki o kulturze fizycznej. Łatwo natomiast zrozumieć, dlaczego w chińskim rankingu niezmiernie rozbudowana jest dziedzina nauk technicznych i inżynieryjnych. Zawiera 23 dyscypliny, w tym nieobecne w polskim systemie, jak nanotechnologia, włókiennictwo czy technologia zdalnego wykrywania (remote sensing).
Budując listy wskaźników i dyscyplin, twórcy rankingu myśleli o znaczeniu nauki i szkolnictwa wyższego dla gospodarki, stąd wspomniane wyżej pominięcie nauk humanistycznych i rozbudowana lista dyscyplin technicznych. Żeby jednak docenić znaczenie nauk społecznych i uwzględnić zwyczaje publikacyjne zajmujących się nimi uczonych, postanowiono, że publikacje indeksowane w Social Science Citation Index™ będą liczone podwójnie.
W rozmowach o uczelniach często pojawia się kategoria „top ten” – najlepsza dziesiątka światowej superligi uczelni (osoby w USA mają zwykle na myśli uczelnie amerykańskie). W tej kategorii istotnych zmian nie było. Oxford wyprzedził Princeton, a Caltech (California Institute of Technology) zrównał się z Columbia University. Uniwersytety w tej grupie, mimo iż w szerszej opinii publicznej są do siebie dość podobne, sporo się między sobą różnią i pełnią nieco odmienne role w systemie nauki i szkolnictwa wyższego. Uniwersytet Stanforda kształci więcej twórców nowych technologii, a położony w pobliżu Uniwersytet Kalifornijski w Berkeley – więcej teoretyków. Ciekawą ilustracją może być umożliwiony przez portal ARWU ranking „wydajności akademickiej”, mierzący istotne osiągnięcia uczelni na zatrudnionego badacza. Nie zaskakuje, że na pierwszym miejscu jest Caltech, na trzecim Princeton, ale na czwartym miejscu, przed MIT, Cambridge i Stanford pojawia się Rockefeller University, maleńka uczelnia badawcza kształcąca tylko na studiach doktoranckich. W tej kategorii w Europie w ścisłej czołówce są oprócz Cambridge jeszcze trzy europejskie uczelnie: Politechnika w Lozannie i dwie szkoły budujące reputację na medycynie – Karolinska Institutet i Uniwersytet w Heidelbergu.
Na jednej stronie portalu ARWU mieści się 30 uczelni, dlatego wygodnie jest przyjrzeć się, jak ta przodująca, bardzo różnorodna trzydziestka wygląda. Znakomita większość to uczelnie z USA – 19, poza tym 4 brytyjskie, 3 chińskie i po jednej z Japonii, Kanady, Francji i Szwajcarii. Połowa to uczelnie publiczne, w tym 6 amerykańskich. Jeśli chodzi o wielkość, to mediana wynosi ok. 20 tys. studentów. Największy jest Uniwersytet w Toronto, na którym studiuje 82 tys. studentów (26. miejsce), potem wszystkie 3 uniwersytety chińskie i dwa publiczne amerykańskie z ponad 50 tys. studentów każdy. Z drugiej strony mamy Uniwersytet Rockefellera, na którym studiuje 248 studentów, i publiczny Uniwersytet Kalifornijski w San Francisco z trzema tysiącami studentów.
Uniwersytety badawcze w Polsce i na świecie
Od wielu lat trwa proces budowania w Polsce uniwersytetów badawczych. Za takie uważa się 10 uczelni wyłonionych w ramach programu „Inicjatywa doskonałości – uczelnia badawcza” (IDUB) lub szerzej 20 uczelni, które uzyskały prawo do ubiegania się o status takiej uczelni. Dla sklasyfikowanych uczelni portal ARWU udostępnia dane o podziale liczby studentów na studentów pierwszego stopnia (undergraduate) i pozostałych (graduate). Ten podział w Europie wygląda nieco inaczej niż w USA, bo tam na studia profesjonalne, medyczne i prawnicze przyjmuje się osoby po studiach pierwszego stopnia (bachelor), ale wydaje się oczywiste, że na uczelniach badawczych powinno być wielu studentów graduate. I tak jest na uczelniach z pierwszej strony rankingu.
Pierwszy na liście Harvard ma 14 467 studentów pierwszego stopnia i prawie dwa razy tyle, 27 520 studentów graduate. Populacja graduate na MIT jest też dwa razy większa od liczby studentów pierwszego stopnia. Columbia (8. miejsce w rankingu), Caltech (California Institute of Technology, też 8. miejsce), uniwersytet medyczny Johna Hopkinsa (17. miejsce) oraz francuski Saclay (8. miejsce) mają po 3 razy więcej studentów graduate od studentów pierwszego stopnia. Publiczny uniwersytet medyczny University of California w San Francisco (20. miejsce) oraz Uniwersytet Rockefellera (29. miejsce) nie mają wcale studentów pierwszego stopnia. Warto dodać, że na wszystkich uniwersytetach amerykańskich i brytyjskich z pierwszej trzydziestki oraz w ETH (21. miejsce) liczba zagranicznych studentów graduatesięga 45 proc., a na Imperial College w Londynie (25. miejsce) przekracza 60 proc.
Dla porównania – na najlepszych polskich uniwersytetach aspirujących w programie IDUB do statusu uczelni badawczej jest niewielu doktorantów (poniżej 5 proc.), a liczba studentów zagranicznych nie przekracza 10 proc. Jeśli liczba doktorantów na najlepszych polskich uczelniach nie wzrośnie, nie staną się one prawdziwymi uczelniami badawczymi. Ponadto w krajach z nowoczesną, innowacyjną gospodarką zapotrzebowanie na doświadczonych badaczy jest bardzo duże. Absolwenci studiów doktoranckich nie tylko zostają profesorami na uniwersytetach i w koledżach, ale przede wszystkim znajdują pracę w firmach technologicznych i korporacjach, a także zakładają startupy. W bardzo dużym zespole w OpenAI, który zbudował ChatGPT, były – poza obsługą – tylko dwie osoby bez doktoratu.
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/prof-leszek-pacholski-polskie-uczelnie-w-rankingach/
PAP/MB


