Ameryka wraca do polityki kanonierek [The Telegraph]

Błyskawiczne obalenie reżimu Nicolása Maduro będące najszybszą zmianą władzy w nowoczesnej historii świata, nie było jedynie spektakularnym epizodem amerykańskiej polityki zagranicznej. Było sygnałem powrotu do znanej z XX wieku amerykańskiej polityki kanonierek pisze brytyjski dziennik The Telegraph.
Echa polityki kanonierek w XXI wieku
.Prezydent Donald Trump, upojony sukcesem operacji w Caracas, otwarcie pokazuje, że Stany Zjednoczone wracają do logiki siły, którą świat znał już na początku XX wieku, twierdzi brytyjski dziennik The Telegraph. Wówczas nazywano ją polityką kanonierek i choć obecnie otrzymuje nowe opakowanie, jej istota pozostaje ta sama, twierdzi amerykańska korespondentka gazety, Susie Coen. Obserwujemy powrót do polityki kanonierek, amerykańskich błyskawicznych interwencji w Ameryce Południowej.
Operacja przeciwko Wenezueli była jednak demonstracją bezwzględnej skuteczności. Uderzenie w samo serce reżimu, fizyczne „odcięcie głowy” państwa, dokonane z chirurgiczną precyzją, choć okupione ofiarami wśród ochrony i cywilów, przypomniało światu o amerykańskiej hegemonii. Prezydent Donald Trump nie ukrywał motywacji: gniew, osobista uraza, poczucie zniewagi, żeby wymienić tylko kilka. Historia zna ten mechanizm aż nazbyt dobrze. Wielkie interwencje rzadko zaczynają się od racjonalnej kalkulacji, częściej od emocji przywódcy, który uznaje, że jego prestiż został naruszony, konkluduje Coen.
Grenlandia i Kolumbia bedą następne?
.To, co nastąpiło potem, jest jeszcze bardziej znaczące, podkreśla brytyjski dziennik. Sukces w Wenezueli nie zamknął rozdziału – przeciwnie, wydaje się, że otworzył kolejne. Prezydent Donald Trump niemal natychmiast skierował uwagę na Grenlandię, wracając do pomysłu, który jeszcze kilka lat temu wydawał się groteskowy. Dziś jednak zdaniem The Telegraph groteska ustępuje miejsca realnej groźbie. Amerykańska flaga symbolicznie przykrywająca wyspę, publikowana przez osoby z najbliższego kręgu władzy, nie jest już żartem, lecz zapowiedzią. A historia uczy, że takie gesty rzadko bywają niewinne, konkluduje amerykańska korespondentka.
Grenlandia – strategiczna, bogata w surowce, kluczowa dla kontroli Arktyki – staje się bowiem współczesnym odpowiednikiem Kanału Panamskiego z początku XX wieku. Wtedy Waszyngton uznał, że interes globalny USA usprawiedliwia naruszenie cudzej suwerenności. Obecnie logika jest podobna: bezpieczeństwo, rywalizacja z Chinami, kontrola szlaków, zasoby. Zmienił się język, nie zmieniła się mentalność, twierdzi The Telegraph.
Jeszcze bardziej niepokojące są groźby wobec Kolumbii. Prezydent Donald Trump, który doszedł do władzy pod hasłem „America First”, coraz wyraźniej odrzuca powściągliwość w polityce zagranicznej. Ostrzeżenia przed operacją militarną, jeśli Bogota nie spełni amerykańskich oczekiwań, brzmią jak echo dawnych interwencji w Ameryce Środkowej i Południowej. Wtedy także pretekstem była walka z przestępczością, narkotykami lub „chorobą” państwa. Retoryka o „chorym kraju” i „chorym przywódcy” ma długą, ponurą tradycję wśród amerykańskich elit, twierdzi brytyjski The Telegraph.
Imperialna przyszłość świata
.To wszystko dzieje się w momencie, gdy świat miał już rzekomo wyciągnąć wnioski z imperialnych przygód XX wieku, snuje swoją refleksję Susie Coen. Tymczasem Ameryka znów sięga po instrumenty, które uznawała za przestarzałe. Sankcje, blokady, groźby siły morskiej, a wreszcie realne użycie wojska, wracają do arsenału normalnych narzędzi polityki.
Symboliczne mają być także obrazy tankowców uciekających z wód Wenezueli, poruszających się w „ciemnym trybie”, fałszujących pozycję, udających obecność na Bałtyku czy u wybrzeży Afryki, należące do tzw. groty cieni. To sceny rodem z czasów zimnej wojny, a nawet wcześniejszych epok, gdy handel i wojna były ze sobą nierozerwalnie splecione. Morza znów stają się przestrzenią konfrontacji, a prawo międzynarodowe ustępuje przed siłą, twierdzi The Telegraph.
W tle pojawiają się też Chiny – nowy gracz w starym teatrze. Pekin, który przez lata inwestował w wenezuelską ropę, dziś otwarcie zapowiada ochronę swoich interesów. To kolejny znak, że świat wchodzi w fazę twardej rywalizacji mocarstw, gdzie strefy wpływów są negocjowane nie przy stole, lecz poprzez demonstrację siły. Rok 1900 wraca, tym razem w wersji globalnej.
Powrót do normalności
.Największym paradoksem całej sytuacji ma być zdaniem brytyjskiego dziennika fakt, że prezydent Donald Trump nie postrzega siebie jako imperialisty. W jego narracji to raczej powrót do „normalności” – świata, w którym zwycięzcy dyktują warunki, a słabi dostosowują się do realiów. To brutalny realizm, który przez dekady był maskowany językiem multilateralizmu i prawa międzynarodowego.
Pytanie, które w swoim tekście z Bogoty stawia Susie Coen nie brzmi już więc, czy prezydent Donald Trump blefuje. Historia uczyć ma bowiem, że przywódcy, którzy raz skutecznie sięgnęli po siłę, chętnie robią to ponownie. Prawdziwe pytanie dotyczyć ma bowiem tego, jak zareaguje reszta świata. Czy Europa, osłabiona wewnętrznie, będzie w stanie odpowiedzieć? Czy Ameryka Łacińska znów stanie się polem cudzych ambicji? I czy globalny porządek, który i tak chwiał się w posadach, wytrzyma powrót polityki faktów dokonanych?
Wenezuela, zdaniem The Telegraph była ostrzeżeniem. Grenlandia i Kolumbia mogą być zapowiedzią. Jeśli rzeczywiście wkraczamy w nową erę, to nie będzie to epoka postępu i współpracy, lecz czas, w którym historia wraca do twardych reguł.
oprac. Michał Kłosowski






