Polskie groby we Francji. Pod opieką od ponad 200 lat

Towarzystwo Opieki nad Polskimi Zabytkami i Grobami Historycznymi we Francji dokumentuje i dba o polskie groby we Francji, które są związane z Wielką Emigracją, kontynuując tradycje sięgające XIX wieku. Jak mówi działaczka organizacji Hanna Zaworonko, groby wciąż są odnajdywane, czasami nawet przez przypadek.

Groby emigrantów wciąż są odnajdywane dzięki pracy genealogów bądź historyków

.Towarzystwo sięga tradycjami roku 1838, gdy w Paryżu grupa Polaków z Wielkiej Emigracji uznała, że zmarłym rodakom należy zapewnić godny pochówek, i w tym celu powołała komitet, który zakupił działkę na cmentarzu Montmartre. Za pierwszym zadaniem – zadbania o pochówek – pojawiło się następne – opieka nad polskimi grobami. Od 1884 roku prowadziła ją Komisja Grobów Polskich w Paryżu, której zadania przejęło następnie Towarzystwo Ochrony Grobów Wielkich Polaków we Francji (utworzone w 1930), a w 1949 roku – Towarzystwo Opieki nad Grobami Zasłużonych Ojczyźnie Polaków we Francji. Pod obecną nazwą organizacja została zarejestrowana w 1965 roku. Dotąd zinwentaryzowała ślady polskich emigrantów na 70 cmentarzach rozproszonych po całej Francji.

Groby emigrantów wciąż są odnajdywane, np. dzięki pracy genealogów bądź historyków – mówi Zaworonko. Czasami na odnalezienie grobu, o którym wcześniej nie było wiadomo, pozwala informacja w starej prasie: nagłówek czy powiadomienie o pogrzebie. Wreszcie, zdarza się, że do Biblioteki Polskiej w Paryżu trafiają osoby, które mają polskiego przodka, znają jego nazwisko i wiedzą, w którym roku przybył do Francji. – Jak są to daty powstania listopadowego albo styczniowego, to już wiemy, że to musiał być powstaniec, bo wtedy nikt (do Francji) nie podróżował tak sobie, dla przyjemności – mówi Zaworonko.

Czasem odkrycie następuje podczas kwerendy na cmentarzach, a czasem – przez przypadek, co przydarzyło się pani Hannie przed kilkoma laty na cmentarzu w Bagneux pod Paryżem. – Już prawie schodziłam z cmentarza, (gdy) światło wpadło pomiędzy groby i oświetliło tylko jedno miejsce – a w tym miejscu był polski napis: »Boże, racz nam wrócić…« – już nie pamiętam dokładnie, ale to było z pieśni. Tylko to zobaczyłam. Potem zaczęłam troszeczkę czyścić grób – i znaleźliśmy grób polski – mówi. Jak podkreśla, gdyby nie promień słońca, który oświetlił nieczytelny i zarośnięty napis, nigdy nie wpadłaby na to, że w tym miejscu znajduje się polska mogiła.

Do kolejnych odkryć prowadzą ludzie, którzy zgłaszają się przez internet, poszukując konkretnej osoby, albo stowarzyszenia działające w regionach Francji i prowadzące własne poszukiwania.

Samo znalezienie to jednak dopiero początek, bo – jak mówi Zaworonko – zgodnie z francuskim prawem grób jest własnością prywatną i Towarzystwo nie może samodzielnie uznać, że będzie się nim zajmować. Konieczne jest odnalezienie osób, które mają prawa do grobu, a z tym są problemy. Działacze organizacji przez prawie dwa lata poszukiwali spadkobierców rodziny Juliana Fontany – pianisty i kompozytora, przyjaciela Fryderyka Chopina, który po śmieci kompozytora ukończył i wydał niektóre jego utwory. Grób znajdujący się na cmentarzu Pere-Lachaise w Paryżu był już zaniedbany, ale konieczne było pozwolenie kogoś ze spadkobierców, by go odnowić.

Również na Pere-Lachaise – gdzie sprząta groby i przychodzi z młodzieżą – pani Hanna znalazła wiadomość na grobie Aleksandryny Wołowskiej – uczennicy Chopina, która poślubiła francuskiego ministra Leonarda Fauchera. Kartkę w foliowym woreczku pozostawili potomkowie Fauchera, mieszkający poza Paryżem, którzy widząc, że grób jest zadbany, chcieli dowiedzieć się, kto to robi. – Odpisałam, posłałam zdjęcia, pokazałam, że młodzież przychodzi i dba o naszą pamięć – opowiada działaczka Towarzystwa.

Mówiąc o sprzątaniu grobów, zwraca uwagę, że turyści z Polski, którzy odwiedzają polskie groby, bardzo często pozostawiają na nich coś na pamiątkę – monety, osobiste przedmioty. Tymczasem – jak tłumaczy – potem „ktoś to musi posprzątać”, a monety pozostawione na grobowcach, zwłaszcza wykonanych z piaskowca, niszczą kamień. Pani Hanna ubolewa nad tym, że często zdarza się tak np. na wykonanym z piaskowca grobowcu Juliusza Słowackiego na cmentarzu Montmartre.

Jak przekonuje, lepiej jest „posprzątać, zdjąć liście, wyrzucić zgniłe liście, zostawić jakąś świeczkę”, byle nie taką, z której cieknie wosk. Zaworonko apeluje, by rozważyć myśl: „nie muszę zostawić mojego śladu, moim śladem jest modlitwa”, a zamiast przedmiotów położyć na grobie kwiat.

Polskie groby we Francji i kolejne pokolenia opiekunów

.Prócz opieki nad grobami Towarzystwo organizuje też konferencje poświęcone Wielkiej Emigracji; najbliższa odbędzie się na początku grudnia. – Tym razem chcieliśmy skupić się na emocjach XIX-wiecznych emigrantów, takich jak samotność, miłość, nadzieja, szczęście. Bo chcielibyśmy też mówić o tych ludziach, o ich życiu – nie tylko o tym, kim byli, czy dostali pracę (we Francji) (…) – mówi Zaworonko.

Jak dodaje, emigranci pozostawili je często w listach. Do Biblioteki Polskiej ktoś przyniósł niedawno 160 listów powstańca listopadowego, który zmarł i został pochowany we Francji. – To są listy po polsku, (które) też właśnie opisują życie codzienne – opowiada.

Za swoje zadanie Towarzystwo uznaje przekazanie polskiej młodzieży ze szkół polskich we Francji troski o zachowanie pamięci i o groby polskie w Paryżu i regionie. W 2024 roku pani Hanna oprowadziła po cmentarzach 200 uczniów z różnych szkół, w tym ze Szkoły Polskiej w dzielnicy Batignolles w Paryżu i szkoły w Arcueil. W tym roku odwiedziła groby z uczniami polskiej szkoły w Strasburgu i z dorosłymi uczącymi się polskiego w szkole w Saint-Germain-en-Laye.

– Musimy tę pałeczkę komuś przekazać – przekonuje pani Hanna. Jak podkreśla, opieka nad polskimi grobami historycznymi sprawowana jest we Francji już od prawie 200 lat. „Całe rzesze ludzi nad tym pracowały i ktoś musi to kontynuować” – mówi.

Wielka Emigracja – jej dorobek i wpływ na polską kulturę

.Wielkość emigracji polskiej po powstaniu listopadowym wynika nie tylko z jej składu personalnego, ale również z dorobku intelektualnego, materialnego i duchowego, który polscy emigranci po sobie zostawili – pisze prof. Janusz PEZDA

Dzień 29 listopada 1830 r. to ważna data w historii Polski. Grono młodych ludzi podjęło wówczas walkę z rosyjskim imperium, licząc na to, że ich czyn poderwie resztę polskiego społeczeństwa. Tak się jednak nie stało. Wybuch powstania zaskoczył niektórych Polaków, innych zaniepokoił. Wszelkie próby zduszenia zrywu w zarodku spełzły jednak na niczym. 25 stycznia 1831 r., kiedy próby negocjacji z carem Mikołajem I zakończyły się niepowodzeniem, Sejm Królestwa Polskiego przegłosował detronizację dynastii Romanowów. Od tej decyzji nie było już odwrotu – walka zbrojna była nieunikniona.

Starcie sił polskich z rosyjskimi było nierówne, jednak niepozbawione nadziei na zwycięstwo. Ostatecznie zakończyło się porażką. Nie była to jednak zupełna klęska, która przekreśliła szanse Polaków na odzyskanie niepodległości. Dalsze wysiłki na rzecz osiągnięcia tego celu po upadku powstania w 1831 r. podejmowano na emigracji. Do dziś określamy ją mianem „wielkiej” (Wielka Emigracja). Nie chodzi tu o liczbę emigrantów – tych było, w zależności od metodologii wyliczeń, od 5000 do około 9000.

Na emigrację udali się przede wszystkim młodzi przedstawiciele szlachty, inteligencji, zamożnego mieszczaństwa, wśród nich tak oficerowie, podchorążowie, jak i cywilni organizatorzy życia politycznego. Byli to m.in. Adam Jerzy Czartoryski, Joachim Lelewel, Maurycy Mochnacki, Józef Bem, Bonawentura Niemojowski, Karol Kniaziewicz, Gustaw Małachowski, Stanisław Barzykowski, Ludwik Bystrzonowski, Bogdan Jański, Hieronim Kajsiewicz. Do przedstawicieli Wielkiej Emigracji zalicza się również Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego i Fryderyka Chopina, którzy jeszcze przed wybuchem powstania listopadowego przebywali poza granicami kraju, a po upadku zrywu niepodległościowego zaangażowali się w życie środowisk emigracyjnych.

Większość emigrantów stanowili młodzi mężczyźni, którzy opuszczali Królestwo Polskie z bagażem powstańczych doświadczeń. Mieli najczęściej od szesnastu do dwudziestu kilku lat, ledwie rozpoczęte życie małżeńskie, dopiero co założone rodziny, które musieli zostawić. Wielu z nich nigdy nie zobaczyło już swoich żon i dzieci. Nie mogli zostać w kraju, ponieważ tam czekały na nich wcielenie do armii carskiej, więzienie lub egzekucja. Nie mogli również zabrać swych bliskich ze sobą, ponieważ gdyby wszyscy członkowie rodziny wyjechali, cały majątek skonfiskowałyby władze carskie.

Polscy emigranci nie mieli żadnej gwarancji, że uda się im pomyślnie zorganizować za granicą życie na nowo. Wyjazd do obcego kraju bez żadnych funduszy i oparcia w krewnych, którzy pozostali w ojczyźnie i dysponowali określonymi środkami, był zbyt ryzykowny, szczególnie gdyby powstaniec musiał troszczyć się nie tylko o siebie, ale także żonę i dzieci. Z konieczności decydowano się więc na rozłąkę. Ta zaś skutkowała jedną z największych bolączek emigrantów – melancholią, tęsknotą za tym, co się zostawiło.

Cały dobytek osób przekraczających granice Królestwa Polskiego w 1831 r. mieścił się zazwyczaj w bagażu podręcznym. Emigranci wieźli z sobą trochę pieniędzy, wiersze, listy od najbliższych, drobne podarunki, niektóre ulubione książki i nieco wspomnień. Większość wierzyła, że opuszcza ziemie polskie na chwilę, że ojczyzna niebawem znów wezwie ich do walki. Z tego powodu jako kierunki emigracji wybierano zazwyczaj miejsca położone niedaleko; przede wszystkim Francję, choć wyjeżdżano również do innych krajów, m.in. Szwajcarii, Belgii, krajów Półwyspu Apenińskiego, Wielkiej Brytanii, do krajów niemieckich czy Skandynawii.

Popularność Francji wśród polskich emigrantów wynikała również z tego, że tamtejsze władze zgodziły się przyjąć Polaków, co z uwagi na niebezpieczeństwo narażenia się w ten sposób Rosji, a także panującą w Europie epidemię cholery było raczej wyjątkiem niż regułą. Jednocześnie warto pamiętać, że teza o szczególnej otwartości Francji akurat na Polaków jest mitem. Byliśmy jedną z wielu nacji, których przedstawicieli przyjęto nad Sekwaną. Francuzom należy się jednak wdzięczność i szacunek za to, co zrobili dla polskich emigrantów, m.in. za zorganizowanie niewielkiej, ale ważnej pomocy finansowej dla nowo przybyłych, która wielu z nich umożliwiła przeżycie. Każdy emigrant mógł liczyć na subwencję wypłacaną w formie żołdu. Wysokość jego uzależniona była od stopnia wojskowego i posiadanych odznaczeń, dlatego też już na emigracji wiele osób zostało awansowanych i otrzymało odznaczenia na podstawie fikcyjnych rozkazów dziennych z ostatnich dni powstania.

Udających się na emigrację Polaków traktowano w Europie w dwojaki sposób. Z jednej strony rządy i politycy obawiali się ich jako potencjalnych wichrzycieli i rewolucjonistów. Z drugiej strony polscy emigranci podczas marszu na zachód spotykali się z licznymi manifestacjami społeczeństwa popierającymi powstanie przeciw Rosji. Tak samo było w samej Francji. Urzędnicy i politycy nie chcieli dopuścić do osiedlenia się zbyt wielkiej liczby Polaków w Paryżu, dlatego ulokowano ich w powołanych zakładach wojskowych (dépôt militaire) znajdujących się w miastach, które uważano za najbardziej konserwatywne, te pierwsze to: Besançon, Bourges, Châteauroux, Awinion. Praktyka pokazała jednak, że mieszkańcy owych miast szybko porozumieli się z polskimi emigrantami. W drugą rocznicę wybuchu powstania listopadowego (1832 r.) Polacy i Francuzi zorganizowali wspólne manifestacje. Zaniepokojone władze francuskie postanowiły przyspieszyć likwidację wielkich skupisk Polaków i rozproszyć polskich emigrantów po całej Francji, kierując ich do wszystkich departamentów. Nie zmieniło to faktu, że wielu Francuzów traktowało uczestników powstania listopadowego jak bohaterów, wychodząc m.in. z założenia, że posiadanie polskiego zięcia, który mężnie walczył z Rosją w 1831 r., będzie prawdziwym zaszczytem.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/prof-janusz-pezda-wielka-emigracja/

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 2 listopada 2025