Presja organizacji ekologicznych doprowadziła do problemów z populacją żubra [Prof. Wanda OLECH]

Presja organizacji ekologicznych

W Polsce żyje już prawie 3,5 tys. żubrów, a w niektórych miejscach populacje przekraczają możliwości środowiska – powiedziała prof. Wanda Olech. Jej zdaniem trzeba wrócić do zarządzania liczebnością stad i tworzyć nowe populacje w innych częściach kraju.

Presja organizacji ekologicznych doprowadziła do problemów z populacją żubra

Żubr jest dziś symbolem udanej ochrony przyrody, ale jego rosnąca liczebność przynosi też nowe wyzwania. O tym, jak powinno się zarządzać populacją tego największego europejskiego ssaka, gdzie w Polsce jest dla niego miejsce i czy żubrów może być za dużo, media rozmawiały z prof. Wandą Olech z Katedry Genetyki i Ochrony Zwierząt Instytutu Nauk o Zwierzętach SGGW, prezesem Stowarzyszenia Miłośników Żubrów.

Mira Suchodolska: W ostatnich dniach znów było głośno o żubrach, które poturbowały ludzi. Czy te zwierzęta stają się coraz bardziej niebezpieczne? A może przestały się bać ludzi?

Prof. Wanda Olech: Większość takich przypadków wynika z brawury, a właściwie głupoty ludzi, którzy uważają, że żubr to piękne zwierzątko, do którego można podejść, a nawet je pogłaskać. Tymczasem dorosły samiec waży 800–900 kg, ma około 1,80 m wysokości w najwyższym punkcie i na krótkim dystansie potrafi biec z prędkością około 60 km/h. Człowiek często nie zdaje sobie sprawy, z jak dużym i silnym zwierzęciem ma do czynienia.

Każde zwierzę zaatakuje, jeśli poczuje się zagrożone albo zostanie pozbawione możliwości odejścia czy ucieczki. Tak samo może zachować się pies, krowa czy nawet dużo mniejsze zwierzę. Żubr nie musi więc „zmienić charakteru”, żeby doszło do wypadku – wystarczy, że człowiek przekroczy jego bezpieczny dystans.

Ale ostatni przypadek kobiety w ciąży, która została uderzona przez żubra na drodze, wyglądał inaczej.

Prof. Wanda Olech: Tak. Z tego, co wiem, kobieta po prostu szła drogą przez puszczę. Została kilkanaście minut przed wypadkiem minięta przez leśnika, z którym rozmawiałam. Najprawdopodobniej w pewnym momencie żubr i ta pani nagle się spotkali. To było raczej wzajemne zaskoczenie niż sytuacja, w której żubr celowo zaatakował człowieka.

Teraz mamy jednak okres rui przypadający na sierpień i wrzesień. Dorosłe samce są wtedy mocno pobudzone i walczą o możliwość pokrycia samic. To szczególny okres w roku, zwłaszcza dla dużych samców. Nie sądzę jednak, żebyśmy mieli do czynienia z jakąś trwałą zmianą zachowania żubrów.

Rosnąca liczebność populacji może zwiększać napięcie między zwierzętami?

Prof. Wanda Olech: To jest możliwe. Jeżeli na tym samym obszarze mamy coraz więcej żubrów, dorosłe samce mają więcej konkurentów. Obserwowaliśmy to w zagrodach: jeżeli przez błąd hodowcy zostawało w nich zbyt wiele samców, atmosfera w całym stadzie robiła się bardzo nerwowa.

A dzisiaj mamy miejscami po prostu za dużo żubrów. W Puszczy Boreckiej na koniec ubiegłego roku naliczono 155 zwierząt, podczas gdy według naszych kalkulacji powinno ich być tam najwyżej setka. Nie chodzi wyłącznie o ilość pokarmu. Chodzi również o relacje między zwierzętami, działalność ludzi, interakcje z innymi gatunkami i oczywiście o szkody.

W Polsce mamy dziś żubry nie tylko w Puszczy Białowieskiej. Jak liczna jest ich populacja?

Prof. Wanda Olech: Mamy osiem wolnych populacji. Ta białowieska liczy około 1100 żubrów, ale tylko około 400 z nich przebywa w samej Puszczy Białowieskiej. Reszta żyje poza nią. Żubr potrzebuje przestrzeni, a puszcza ma określoną pojemność.

Mamy też populację w Puszczy Knyszyńskiej, Puszczy Boreckiej, Puszczy Augustowskiej, Puszczy Rominckiej, Lasach Janowskich, Bieszczadach i na Pomorzu Zachodnim. Bieszczadzka populacja istnieje od ponad 60 lat – powstała w 1962 roku – i liczy już ponad 800 zwierząt. To również więcej, niż jest w stanie pomieścić obszar, na którym te zwierzęta bytują.

Czyli paradoksalnie sukces restytucji żubra zaczyna być dla nas problemem?

Prof. Wanda Olech: Tak. Odnieśliśmy spektakularny sukces, ale teraz musimy zaakceptować konieczność zarządzania populacją, która jest już znacznie większa. W tej chwili na świecie żyje około 13 tys. żubrów, z czego w Polsce mamy prawie 3500. To dane z końca ubiegłego roku, więc po tegorocznym sezonie urodzeń zwierząt jest oczywiście więcej.

Polska jest dziś najbardziej na zachód wysuniętym krajem, w którym występują wolno żyjące żubry. Na Białorusi i w Rosji ich liczebność jest podobna do naszej. Żubry są także m.in. na Litwie, Słowacji, Ukrainie, w Rumunii i Bułgarii. W Niemczech jest około 500 żubrów, ale są one utrzymywane w 70 różnych zagrodach.

Cofnijmy się do początku XX wieku. Jak to się stało, że żubr wówczas niemal zniknął?

Prof. Wanda Olech: Żubr był najpierw zwierzęciem królewskim, a później carskim. To właśnie szczególny status i możliwość ochrony dużych obszarów sprawiły, że przetrwał dłużej niż tur. Już w XVI wieku objęto żubry ochroną i zakazano ich zabijania, choć jednocześnie były utrzymywane po to, żeby organizować królewskie polowania.

Prawdziwa katastrofa przyszła wraz z I wojną światową. Skończyła się dotychczasowa ochrona, do puszczy weszły armie, a żubry były łatwo dostępnym źródłem mięsa. Zaczęto kłusować i je zabijać. Ostatni żubr w Puszczy Białowieskiej padł w 1919 roku.

W jaki sposób udało się uratować ten gatunek?

Prof. Wanda Olech: To jest niezwykła historia. Po I wojnie światowej w Polsce nie było już żubrów na wolności. W 1923 roku na międzynarodowym kongresie w Paryżu Jan Sztolcman wygłosił apel o ratowanie gatunku. W tym samym roku powstało Międzynarodowe Towarzystwo Ochrony Żubra. Zrobiono inwentaryzację i okazało się, że na świecie żyją zaledwie 54 żubry – 29 samców i 25 samic.

Potem rozpoczęła się mozolna odbudowa populacji. Pierwsze żubry sprowadzono do Polski w 1924 roku, a pięć lat później trafiły do Puszczy Białowieskiej. Po II w. św. populacja zaczęła się powoli odbudowywać i pod koniec XX wieku mieliśmy około 3000 żubrów.

Fantastycznie, że udało się uratować gatunek, ale co poszło nie tak, że dziś rozmawiamy o problemie z żubrami?

Prof. Wanda Olech: Na początku tego wieku przygotowaliśmy strategię, która zakładała tworzenie wielu niewielkich populacji w różnych częściach Polski. Żubr nie powinien być skoncentrowany w kilku miejscach. Chodziło o to, żeby tworzyć grupy liczące kilkadziesiąt, do stu zwierząt, zależnie od możliwości danego terenu.

Wsiedlenia miały być przeprowadzane spokojnie. Najpierw wybieraliśmy miejsce, przygotowywaliśmy siedlisko i ludzi, którzy mieli z żubrami żyć. Potem sprowadzaliśmy 8–10 zwierząt, głównie samic, do zagrody adaptacyjnej. Zwierzęta były wyposażane w obroże telemetryczne i wypuszczane zimą. W ten sposób uczyły się terenu i wracały do zagrody na dokarmianie.

Plan zakładał stworzenie takich miejsc w wielu regionach Polski. Niestety, kiedy zaczęły narastać problemy ze szkodami i liczebnością żubrów w już istniejących populacjach, zaczęła się obawa przed przyjmowaniem kolejnych zwierząt.

Dlaczego szkody zaczęły być aż takim problemem?

Prof. Wanda Olech: Jednym z powodów jest to, że mniej więcej dziesięć lat temu niemal całkowicie zaprzestano selekcji populacji. Od lat 70. XX wieku żubry były pod opieką człowieka i prowadzono selekcję – usuwano zwierzęta stare, chore i dbano o właściwą strukturę populacji. W niektórych latach odstrzał obejmował nawet 20 proc. populacji. Nie chodziło o polowanie dla samego polowania, tylko o utrzymanie zdrowej populacji i odpowiedniej struktury wiekowo-płciowej. Kiedy zaczęła się presja organizacji ekologicznych przeciwko zabijaniu żubrów, decydenci zaczęli się wycofywać. W efekcie populacja zaczęła rosnąć znacznie szybciej.

Co się dzieje, kiedy żubrów jest za dużo?

Prof. Wanda Olech: Problem polega na tym, że żubry nie są gatunkiem migrującym. Gdyby po zwiększeniu liczebności krowy po prostu przenosiły się kilkadziesiąt kilometrów dalej i tworzyły nowe populacje, sytuacja byłaby znacznie łatwiejsza. Tymczasem one raczej pozostają w tym samym miejscu.

Wtedy zamiast naturalnych stad liczących 20–30 zwierząt mamy grupy po sto osobników i więcej. To zwiększa stres między zwierzętami. Do tego dochodzi presja ludzi. Żubry są dobrze widoczne, więc przyciągają fotografów i turystów. Ludzie zatrzymują samochody, podchodzą, próbują je fotografować.

I wtedy żubry zaczynają być przepłaszane?

Prof. Wanda Olech: Tak. Rolnik, który chce pracować na swoim polu, ma według mnie, prawo to robić i żubr musi zejść mu z drogi. Natomiast czym innym jest rolnik wykonujący swoją pracę, a czym innym fotograf czy turysta, który wjeżdża samochodem na pole tylko po to, żeby pooglądać zwierzę.

Jeżeli duże stado zostanie zmuszone do biegu, może dojść do tragedii – to przecież tłum – np. jeżeli jeden żubr się potknie, kolejne mogą go zadeptać. Zdarzały się też przypadki zwierząt, które wpadały do rowów melioracyjnych i tonęły. Coraz częstsze są również wypadki komunikacyjne, bo przepłoszone żubry mogą wybiec na drogę.

Co zatem trzeba zrobić?

Prof. Wanda Olech: Przede wszystkim trzeba zmniejszyć liczebność tych populacji, które są już zbyt duże, i wrócić do normalnej selekcji. W mojej ocenie około 20 proc. populacji powinno być wyselekcjonowane – przede wszystkim zwierzęta stare i chore. Druga rzecz to użytkowanie: trzeba zacząć żubry odstrzeliwać i wykorzystywać ich mięso, bo to jest majątek. Jeżeli zastrzelimy zwierzę dlatego, że jest stare, chore czy niepełnosprawne, a jego mięso nadaje się do spożycia, nie widzę powodu, żeby je utylizować i jeszcze za to płacić.

To brzmi kontrowersyjnie – mówimy przecież o gatunku chronionym.

Prof. Wanda Olech: Żubr nie jest już gatunkiem zagrożonym w takim sensie, jak był sto lat temu. Musimy zacząć myśleć o nim jak o populacji, którą trzeba racjonalnie zarządzać. Ochrona gatunku nie może oznaczać tylko zakazu zabijania. W ustawie o ochronie przyrody jest przecież mowa o właściwym stanie ochrony gatunku. Moim zdaniem sytuacja, w której ogromne stada wychodzą na tereny otwarte, powodują szkody, są przepłaszane i narażane na wypadki, nie jest właściwym stanem ochrony.

Uważa pani, że mięso żubra powinno być dostępne na rynku?

Prof. Wanda Olech: Tak. Żubr ma bardzo dobre mięso, o wysokich walorach dietetycznych. Jeżeli mamy zwierzę, które z powodów zdrowotnych musi zostać wyeliminowane, jego mięso jeśli jest zdatne do spożycia, powinno być wykorzystane. W Białowieży były kiedyś w restauracjach serwowane potrawy z żubra i do takiego rozwiązania można by wrócić.

A co z rozwiązaniem drugiego problemu – czyli zbyt małą liczbą miejsc, w których żyją żubry?

Prof. Wanda Olech: Trzeba szukać nowych miejsc i wrócić do programu tworzenia małych populacji. W naszym planie było ich znacznie więcej. Właściwie w wielu nadleśnictwach, które mają wewnątrz kompleksów leśnych tereny otwarte, można byłoby stworzyć warunki dla żubrów.

Nie chodzi o wypuszczenie kilkudziesięciu zwierząt w przypadkowym miejscu. Trzeba znaleźć odpowiedni teren, przygotować go, zadbać o bazę pokarmową i zagwarantować, że populacja będzie utrzymywana na poziomie odpowiednim dla danego obszaru. Wtedy żubry mogą żyć spokojnie, a ludzie nie muszą mieć z nimi problemu.

Na koniec wróćmy jeszcze do samych żubrów. Co tak naprawdę wiemy o ich życiu? Na przykład o młodych?

Prof. Wanda Olech: Żubr jest zwierzęciem stadnym. Samice żyją w grupach z cielętami i młodymi, natomiast dorosłe samce są bardziej samotne. Mogą przechodzić dziesiątki kilometrów i nagle pojawić się w miejscu, w którym wcześniej żubrów nie było.

Ciąża trwa 8,5 miesiąca. Samica przed porodem odchodzi od stada i przez dwa–trzy dni pozostaje z cielęciem sama. To ważny czas, kiedy matka i młode muszą się wzajemnie rozpoznać. Potem wracają do stada i powstaje coś w rodzaju żubrzego „przedszkola” – cielęta są razem, a dorosłe samice wspólnie ich pilnują.

To także bardzo skuteczna strategia obrony. Kiedy pojawiają się wilki, samice ustawiają się na zewnątrz, a młode pozostają w środku. Dorosłego byka wilki praktycznie nie mają szans zaatakować. Mogą próbować odłączyć od stada słabszego osobnika, ale zdrowy dorosły żubr jest dla nich zbyt silnym przeciwnikiem.

A kiedy żubr przestaje być dzieckiem?

Prof. Wanda Olech: Około trzeciego roku życia młode byki opuszczają stado i zaczynają żyć w tzw. grupach kawalerskich. Samice wcześniej osiągają dojrzałość i mogą być kryte. W hodowli musimy więc pilnować, żeby dorastające córki nie pozostały z ojcem w okresie rui, ponieważ u żubrów nie ma silnej bariery behawioralnej, która zapobiegałaby kojarzeniu blisko spokrewnionych zwierząt. To szczególnie ważne, ponieważ gatunek przeszedł w swojej historii bardzo silne „wąskie gardła” genetyczne.

Sto lat temu walczyliśmy o to, żeby żubr nie zniknął. O co powinniśmy walczyć dzisiaj?

Prof. Wanda Olech: Największym problemem jest dziś to, że wciąż traktujemy żubra jak gatunek, który trzeba wyłącznie chronić przed człowiekiem. Tymczasem sytuacja się zmieniła. Mamy tysiące zwierząt i musimy zapewnić im odpowiednie warunki, a jednocześnie ograniczyć konflikty z ludźmi.

Jeżeli chcemy, żeby żubr pozostał w Polsce na kolejne stulecia, musimy przestać bać się zarządzania jego populacją. Ochrona nie polega na tym, żeby niczego nie robić. Polega na tym, żeby populacja była zdrowa, miała odpowiednią strukturę i odpowiednią przestrzeń do życia.

PAP/MJ

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 30 sierpnia 2026