„Putin chce wyrzucić Amerykanów z Europy, zrealizować dawny sowiecki plan” [Wolfgang ISCHINGER]

Wojna w Ukrainie wiąże rosyjską armię i daje czas Europie. Przerwanie działań wojennych spowoduje wzrost zagrożenia dla krajów na wschodniej flance NATO – uważa niemiecki dyplomata Wolfgang Ischinger cytowany przez „Tagesspiegel”.
Zachód stracił dużo czasu
.Wynik wojny w Ukrainie będzie miał decydujące znaczenie dla losów Niemiec i Europy” – powiedział Wolfgang Ischinger, przewodniczący Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa w sobotę w wywiadzie dla dziennika „Tagesspiegel”. „Celem Putina jest przywrócenie stanu sprzed 1997 r., czyli przed wstąpieniem Polski, Czech i Węgier do NATO. Putin chce wyrzucić Amerykanów z Europy, co jest dawnym sowieckim planem” – wyjaśnił niemiecki dyplomata.
Dopóki Ukraina broni Europy, zagrożenie nie jest zdaniem Ischingera duże, ponieważ armia Putina jest związana i co tydzień traci tysiące żołnierzy. W momencie, gdy dojdzie do zawieszenia broni, sytuacja zmieni się. Wtedy Putin będzie mógł bez przeszkód kontynuować zbrojenia. Zagrożenie wschodniej flanki NATO zwiększy się. Ukraina daje nam teraz czas na zbudowanie wiarygodnego odstraszania – podkreślił niemiecki dyplomata.
Ischinger powiedział, że nie ma nadziei, iż rząd USA powróci w przewidywalnym czasie do aktywnego militarnego wsparcia Ukrainy. „Nie widzę ku temu żadnych oznak” – zaznaczył. Jego zdaniem oznacza to, że na Europejczykach spoczywa jeszcze większy ciężar. „Dotychczas nie sprostaliśmy w pełni temu zadaniu. Proszę popatrzeć na ludzi w Kijowie pozbawionych ochrony przed mrozem.
Ischinger przyznał, że Zachód stracił dużo czasu, zamiast już w pierwszych miesiącach wojny rozpocząć rozbudowę produkcji zbrojeniowej. „Potrzebny jest skonsolidowany europejski rynek obronny” – podkreślił. Jego zdaniem strategiczną decyzję w sprawie takiego rynku powinna podjąć UE wraz z Wielką Brytanią, Norwegią i Turcją.
Dyplomata przypomniał, że w Stanach Zjednoczonych istnieje 30 systemów ciężkiej broni, natomiast w Europie aż 180. „Nie potrzebujemy konkurujących ze sobą pięciu modeli myśliwców i siedmiu modeli czołgów” – wyjaśnił. Jeżeli okaże się, że 27 krajów nie będzie w stanie podjąć takiej decyzji, to musi powstać „grupa pionierska”, która w mniejszym gronie pójdzie do przodu. Pytany o skład takiej grupy, Ischinger powiedział, że trudno sobie ją wyobrazić bez Francji i Polski. Jego zdaniem dołączyliby do niej Bałtowie, Finlandia i Szwecja, a także kraje Beneluksu. Ischinger podkreślił, że specjalną rolę ma do odegrania kanclerz Friedrich Merz. Przypadło mu „historyczne zadanie zbudowania nowej i silnej Europy, która jest w stanie sama siebie bronić”.
Nie możemy w żadnym wypadku postępować tak, jak dotychczas [Wolfang Ischinger]
.Początkiem tego procesu powinno być zastąpienie jednomyślności w UE decyzjami większością głosów. Merz powinien skłonić partnerów do wspólnego oświadczenia, w którym zrezygnują oni z weta w polityce zagranicznej. „Należy to zrobić z wyczuciem, ale jest to wykonalne” – ocenił.
Dobrowolna rezygnacja z zasady jednomyślności nie wymaga zgody wszystkich krajów, co pozwala uniknąć zmiany traktatów. „Nie możemy w żadnym wypadku postępować tak, jak dotychczas, jeżeli nie chcemy stać się częścią karty dań, zamiast siedzieć przy stole – ostrzegł.
Powrót atomowych Niemiec
.Pod przywództwem Friedricha Merza Niemcy dobrze odrabiają lekcje przeszłości, szybko uczą się i – co najważniejsze – mają odwagę przyznawania się do własnych błędów. Energetyka jądrowa jest tu tylko jednym, ale za to wyrazistym przykładem – pisze Jan ROKITA
To już po raz drugi, tym razem stanowczo i dobitnie, kanclerz Friedrich Merz potępia i odwołuje kluczowy punkt sławetnego programu „Energiewende” – likwidację niemieckiej energetyki jądrowej. Merz oskarża swoją poprzedniczkę Angelę Merkel (choć nie wymienia jej po nazwisku) o popełnienie „poważnego i strategicznego błędu” w roku 2011, gdy pod wpływem nastrojów wywołanych awarią japońskiej elektrowni w Fukushimie zdecydowała o wygaszeniu wszystkich niemieckich reaktorów jądrowych.
Była to decyzja skrajnie arbitralna, gdyż tradycyjnie niemiecka chadecja – w przeciwieństwie do socjalistów – aż do tamtego czasu mocno broniła energetyki atomowej, a sama Merkel, jako liderka opozycji przeciw rządowi Schroedera, krytykowała i odrzucała cały zielono-socjalistyczny program „Energiewende”, w tym także szybkie przechodzenie na wiatraki i fotowoltaikę.
Co gorsza, tamten nagły antyatomowy zwrot niemieckiej centroprawicy wziął się raczej z ówczesnej rozgrywki o władzę niźli z jakiejś racjonalnej strategii energetycznej rządu Merkel.
Badania opinii pokazywały, iż 90 proc. Niemców, zawsze zresztą chętnych do demonstrowania przeciw atomowi, tak w energetyce, jak i w produkcji broni, chciało w tamtych latach wygaszenia elektrowni atomowych, więc Merkel bała się, iż lewica i zieloni przejmą na swoją korzyść ów antynuklearny zapał w narodzie. A przy tym sądziła, iż tani import energii z Rosji jest bezpieczny, więc chadecja tym łatwiej może sobie pozwolić na tego rodzaju antyatomowy populizm.
Tamta decyzja, z jakimś dziwacznym, oślim uporem, została wyegzekwowana do samego końca przez kanclerza Olafa Scholza w roku 2023, gdy zgaszono ostatnie trzy sprawne bloki energetyczne, podczas gdy cała Europa doświadczała już skutków kryzysu energetycznego, wywołanego wojną na wschodzie. Dziś Merz rozsądnie zauważa, że to za sprawą własnej błędnej polityki Niemcy dochrapały się w Europie „najbardziej kosztownej transformacji energetycznej”.
Wystąpienie Merza zapewne nie przypadkiem ma miejsce w Dessau (słynącym skądinąd z architektury Bauhausu), położonym w Saksonii Anhalt, gdzie 6 września 2026 roku odbędą się kluczowe dla całej niemieckiej sceny wybory, w których ogromne szanse na objęcie władzy ma Ulrich Siegmund, 35-letni przywódca tamtejszej AfD, utalentowana wschodząca gwiazda niemieckiej polityki. Byłby to precedens o dużym politycznym ciężarze, bo przełamujący sekciarską doktrynę izolowania prawicy od władzy, bezwzględnie obowiązującą dotąd na niemieckiej scenie politycznej.
AfD jest jak dotąd jedyną siłą polityczną w Niemczech, nie tylko sprzeciwiającą się polityce energetycznej denuklearyzacji kraju, ale i zgłaszającą w Bundestagu praktyczne projekty przywrócenia do życia celowo wygaszonych bloków atomowych, tam gdzie nawet za cenę wyłożenia dużych pieniędzy taki proces byłby jeszcze technologicznie możliwy. W Saksonii Anhalt Siegmund jest twarzą walki o energetykę jądrową, więc Merz usiłuje teraz coś urwać z jego popularności w rodzinnym landzie na rzecz tamtejszej, zepchniętej do defensywy chadecji.
Podążając ideowym tropem AfD, kanclerz nie tylko werbalnie potępia przeprowadzoną denuklearyzację, ale rysuje plan zdecydowanego od niej odwrotu. Rozwiązania mają tu być trojakiego rodzaju.
Po pierwsze – Merz zapowiada wsparcie rządu dla rozwoju małych reaktorów jądrowych (SMR) o mocy do 300 megawatów, czyli średnio trzy, czterokrotnie słabszych niźli klasyczne wielkie elektrownie. Kłopot tylko w tym, że na razie tego rodzaju reaktory są nadal względnie drogie. Jednak szef Międzynarodowej Agencji Energii (MEA) – turecki ekonomista Fatih Birol, który entuzjastycznie wspiera pronuklearny zwrot Merza, przewiduje (w wywiadzie udzielonym mediom Axel Springera), iż na początku lat 30. XXI wieku ich ceny spadną mniej więcej o 1/3.
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/jan-rokita-powrot-atomowych-niemiec
PAP/MB






