Rosja może otworzyć drugi front w Europie [Wołodymyr Zełenski]

Rosja może otworzyć drugi front w Europie, zanim wojna w Ukrainie się zakończy – powiedział w rozmowie z brytyjskim dziennikiem „Guardian” ukraiński prezydent Wołodymyr Zełenski. W jego opinii może się do tego przyczynić brak realnych sukcesów rosyjskiej armii.

Rosja to duży i agresywny kraj, który potrzebuje silnego przeciwnika zewnętrznego

.Musimy zapomnieć o panującym w Europie przekonaniu, że Putin najpierw chce okupować Ukrainę, a dopiero potem skieruje (wojska) gdzieś dalej. On może zrobić jedno i drugie jednocześnie – podkreślił Wołodymyr Zełenski w opublikowanym wieczorem 9 listopada wywiadzie.

Ukraiński przywódca powiązał naruszenie przez rosyjskie drony przestrzeni powietrznej w Polsce oraz pojawienie się ich nad lotniskami w Kopenhadze, Monachium i Brukseli z brakiem znaczących postępów armii rosyjskiej na froncie. – Putin jest w sytuacji bez wyjścia, jeśli chodzi o realny sukces. To raczej impas. Dlatego te niepowodzenia mogą skłonić go do poszukiwania innych terytoriów – oznajmił Zełenski.

Jego zdaniem Rosja to duży i agresywny kraj, który potrzebuje silnego przeciwnika zewnętrznego – obecnie jest nim Zachód oraz USA. – Przyjaźń z Rosją nie jest rozwiązaniem dla Ameryki. Pod względem wartości Ukraina jest znacznie bliższa Stanom Zjednoczonym niż Rosja – podkreślił.

Wołodymyr Zełenski zapewnił, że ściśle współpracuje z międzynarodowymi partnerami w sprawie wsparcia wojsk ukraińskich. „Guardian” przypomniał, że Wielka Brytania i inni sojusznicy wykluczali dotąd wysłanie swoich myśliwców do patrolowania przestrzeni powietrznej nad zachodnią i środkową Ukrainą.

Gdzie znajdowałby się drugi front w Europie?

.Powiedział też, że chciałby zamówić 27 zestawów obrony powietrznej Patriot od ich amerykańskiego producenta, ale zanim to nastąpi, chciałby, aby państwa europejskie pożyczyły Ukrainie swoje Patrioty.

Zapytany przez gazetę, czy chciałby, aby brytyjscy żołnierze przybyli do Ukrainy, np. by zająć pozycje obronne na granicy z Białorusią, Wołodymyr Zełenski odpowiedział twierdząco. Zastrzegł jednak, że „kwestia europejskiej obecności wojskowej w Ukrainie w czasie, gdy toczą się walki, musi być traktowana ostrożnie” – napisał „Guardian”.

Wołodymir Zełenski ocenił, że przywódcy państw sojuszniczych „nie chcą angażować się w wojnę”, obawiając się krytyki ze strony opinii publicznej w swoich krajach. Ukraiński prezydent zdaje sobie sprawę, że jeśli w tej kwestii będzie naciskał za mocno, Kijów mógłby stracić „wsparcie finansowe i wojskowe obecnych partnerów”.

Europa, poligon strachu

.Drobna prowokacja na estońskiej granicy dowodzi, że Kreml wciąż potrafi jednym gestem wytrącić Europę z równowagi – pisze Edward LUCAS

Gęsty las w rejonie Saatse Boot tworzy zupełnie przypadkowy klin rosyjskiego terytorium wdzierający się na obszar Estonii. Ten wąski pas ziemi przecina cicha jednotorowa droga o długości ok. 800 metrów, niepołączona z rosyjską siecią dróg. Jedzie się nią tylko po to, by dostać się z jednej części Estonii do drugiej. W normalnych czasach (i z normalnym sąsiadem) byłaby to tylko niewinna geograficzna osobliwość, jedna z wielu na dziwnie wytyczonych granicach Europy. Traktat graniczny podpisany w 2014 r., ale nigdy nieratyfikowany, miał na celu rozwiązanie tej kwestii – wraz z inną drobną anomalią – poprzez wymianę terytoriów.

Dziś ten obszar przyciąga uwagę świata z powodów niepokojących dla każdego, komu leży na sercu pokój i bezpieczeństwo w Europie. 10 października estońska straż graniczna zauważyła na zwykle pustej drodze sporą liczbę Rosjan – niezidentyfikowanych wojskowych, ale nie strażników granicznych. Zamiast iść wzdłuż jezdni, Rosjanie utworzyli szpaler w poprzek traktu. Nigdy wcześniej nic podobnego się nie zdarzyło. Estończycy zdecydowali się tymczasowo zamknąć przejazd. Jak wyjaśnił lokalny dowódca straży granicznej, „sytuacja stwarza realne zagrożenie”.

Tego rodzaju zdecydowane sformułowania budują wśród obywateli Estonii obraz czujnych i aktywnych władz. Nie uwzględniają one jednak napiętej sytuacji międzynarodowej. Wszelkie wiadomości o tajemniczych działaniach Rosji stanowiących „realne zagrożenie” w pobliżu granicy z Estonią podsycają wśród osób postronnych poczucie zbliżającej się katastrofy. Moskwa nasiliła ostatnio działania poniżej progu otwartego konfliktu, w tym ataki na infrastrukturę i transport w rejonie Morza Bałtyckiego. Niestety, media przekazują te informacje tak, by wzbudzić sensację. Jedna z niedawno wydanych bestsellerowych książek sugeruje wręcz (moim zdaniem bezpodstawnie), że Estonia może być kolejnym celem rosyjskiej ekspansji terytorialnej.

Na emocje nie trzeba było długo czekać. Trzynastosekundowy film opublikowany przez estońską straż graniczną natychmiast przywołał skojarzenia z „zielonymi ludzikami”, którzy w 2014 roku utorowali Moskwie drogę do zajęcia Krymu. Media społecznościowe aż huczały od domysłów i cytatów wyjętych z kontekstu. Gdyby Rosja rzeczywiście planowała poważną prowokację wobec Estonii, czyż nie rozpoczęłaby jej w taki właśnie sposób? Moim zdaniem – nie. Estonia jest uzbrojona po zęby, ma mocne wsparcie sojuszników z NATO i jest gotowa się bronić. Znacznie bardziej martwią mnie słabe zabezpieczenia i defetystyczne nastroje w innych częściach Europy.

Chociaż niefortunny dobór słów wywołał niepotrzebny szum medialny, decyzja o zamknięciu drogi była uzasadniona. Po Rosji można spodziewać się różnych zachowań. Kreml mógł na przykład oświadczyć, że jego bohaterskie siły zbrojne są rozmieszczane w Saatse Boot w celu ochrony terytorium Rosji przed estońskimi ekstremistami – lub transseksualnymi narkomanami czczącymi diabła. W rosyjskiej propagandzie wszystko jest możliwe. Straż graniczna mogłaby „aresztować” przejeżdżającego Estończyka albo jakiegoś żądnego przygód turystę z zagranicy. Albo po prostu zamknąć drogę i ogłosić zwycięstwo. Lepiej dmuchać na zimne.

12 października estoński minister spraw zagranicznych Margus Tsahkna wydał stanowcze oświadczenie, w którym zdementował „przesadzone” doniesienia o napięciach na granicy. „Nie dzieje się nic poważnego” – powiedział. – „Rosjanie zachowują się nieco pewniej i są bardziej widoczni niż wcześniej, ale sytuacja pozostaje pod kontrolą”.

Jednak Estonia nie jest w stanie skontrolować wszystkiego. Nie ma wpływu na koszty zaciągania pożyczek na międzynarodowych rynkach finansowych, na konkurencję w zakresie handlu i inwestycji ani na wybór miejsc turystycznych przez obcokrajowców. Wszystkie państwa położone na pierwszej linii frontu borykają się z tym samym problemem: decyzje dotyczące bezpieczeństwa narodowego, niezależnie od tego, jak bardzo byłyby rozważne, sprawiają, że osoby postronne uważają odwiedzanie tych państw, prowadzenie w nich handlu i inwestowanie za zbyt ryzykowne.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/edward-lucas-poligon-strachu/

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 10 listopada 2025