Rośnie wartość polskiego złota chronionego przez Narodowy Bank Polski
Na koniec stycznia 2026 r. oficjalne aktywa rezerwowe Polski wynosiły 246,8 mld euro, a w przeliczeniu na dolary amerykańskie – 293,9 mld dol. – podał Narodowy Bank Polski (NPB).
NPB inwestuje również w dłużne pozarządowe papiery wartościowe, a także w jednostki uczestnictwa funduszy inwestycyjnych
.NBP opublikował dane o stanie oficjalnych aktywów rezerwowych. Wynika z nich, że na koniec stycznia 2026 r. wynosiły one 246,8 mld euro i były wyższe o 15,7 mld euro niż na koniec grudnia 2025 r. Stan rezerw wyrażony w dolarach zwiększył się o 22,7 mld dol. i osiągnął poziom 293,9 mld dol.
„Narodowy Bank Polski przy inwestowaniu rezerw dewizowych kieruje się przede wszystkim kryterium bezpieczeństwa i płynności. Dopiero po spełnieniu tych warunków dąży do osiągnięcia jak najwyższej stopy zwrotu w długim okresie. NBP inwestuje rezerwy walutowe w typowe instrumenty stosowane przez banki centralne. Dominującą część rezerw inwestuje w dłużne rządowe papiery wartościowe charakteryzujące się najwyższym stopniem bezpieczeństwa i płynności” – podał NBP w komunikacie.
Bank centralny przypomniał, że inwestuje również w dłużne pozarządowe papiery wartościowe, a także w jednostki uczestnictwa funduszy inwestycyjnych. Niewielka część rezerw utrzymywana jest w postaci krótkoterminowych lokat w bankach.
Z danych wynika także, że w styczniu wyraźnie wzrosła wartość złota w posiadaniu NBP. Na koniec stycznia 2026 r. złoto należącego do banku centralnego było warte ponad 313,7 mld zł, co oznacza wzrost o prawie 38,2 mld zł. W przeliczeniu na dolary wartość złota wynosiła prawie 88,7 mld dol. (wzrost o prawie 12,2 mld dol.), a w przeliczeniu na euro – prawie 74,5 mld euro (wzrost o blisko 9,3 mld euro).
Wojna z NBP zepchnie Polskę na drogę ku Argentynie
.Obecnie rządząca Polską koalicja przy okazji spektaklu z odwoływaniem Adama Glapińskiego ma szansę stworzyć mechanizm pozwalający każdemu rządowi w III RP zastraszyć każdego prezesa banku centralnego. A wówczas zepchnie to nas w stronę Argentyny – pisze Andrzej KRAJEWSKI
„Pan Redrado próbował wejść do budynku banku centralnego w centrum Buenos Aires, ale został zablokowany przez hordę policjantów” – donosił czytelnikom magazyn „The Banker”, wydawany przez „The Financial Times”, o tym, co działo się 24 stycznia 2010 r. w stolicy Argentyny. Silnych ludzi w mundurach po prezesa argentyńskiego banku centralnego posłała Cristina Kirchner.
Pani prezydent miała swoje powody. Tuż przed Bożym Narodzeniem wydała dekret tworzący „Fundusz Dwusetlecia”, którego zadaniem była obsługa zadłużenia państwa i stabilizacja jego finansów. Dekret przenosił też do funduszu 6,5 mld dolarów z wynoszącej 48 mld dolarów rezerwy banku centralnego. Jego prezesa poinformowano o dekrecie, gdy wchodził on w życie.
Martín Redrado zamiast okazać wówczas swój entuzjazm i przekazać pani prezydent, że jest genialną ekonomistką i że poza tym ją kocha, wpadł w furię. Oświadczył, iż na to nie pozwoli. Prezes Redrado czuł się po prostu zbyt pewnie. Nie dość, że pozostawał na swoim stanowisku od września 2004 r., to jeszcze uchodził za ekonomicznego cudotwórcę. Za jego kadencji kraj podźwignął się z bankructwa, inflacja została opanowana, peso zaczęło cieszyć się zaufaniem obywateli, a bank centralny zgromadził rezerwy w wysokości prawie 50 mld dolarów. Dzięki temu Argentyna po dekadach kryzysu odzyskiwała zaufanie rynków finansowych.
Ale w 2007 r. wybory prezydenckie wygrała Cristina Kirchner, obiecując obywatelom, że jak oddadzą jej władzę, to ona ich urządzi. Na polu powiększania transferu socjalnego szło jej świetnie. Pech polegał na tym, że rok później cały świat pogrążył się w wielkim kryzysie finansowym i zadłużona Argentyna z trudem obsługiwała spłatę długów. Wówczas pani prezydent odkryła, że przecież bank centralny ma rezerwy.
Redrado protestował, że ich użycie wedle recepty Cristiny Kirchner może przynieść załamanie kursu peso, krach walutowy, ucieczkę zagranicznego kapitału, brak możliwości zaciągnięcia nowych kredytów na rynkach finansowych, a zatem hiperinflację i bankructwo. Ale jego czarnowidztwo do pani prezydent nie przemawiało. Przecież wiedziała lepiej. Wydała zatem dekret, że odwołuje niegrzecznego prezesa. Ten okazał się uparty i odwołał się do sądu, powołując się na argentyńską konstytucję. Nie pozwala ona na zdejmowanie tak od ręki szefa banku centralnego ze stanowiska. Ale pani prezydent wiedziała lepiej i wydała kolejny dekret, wysyłając do siedziby banku centralnego policjantów. Ci dopilnowali, żeby prezes nie mógł podjąć pracy. Po czym zaczęto oskarżać go o udział w nielegalnym obrocie walutą USA. „Następnie Aníbal Fernández, szef sztabu rządu, oskarżył Redrado o »uczestnictwo w tuszowaniu sprawy«” – donosił „The Banker”. Ze swej natury Martín Redrado wyraźnie nie jest bohaterem, bo pękł już po tygodniu intensywnych kontaktów ze służbami mundurowymi i dobrowolnie podał się do dymisji.
„Byłby najdłużej urzędującym gubernatorem (banku centralnego – przyp. aut.) od czasu pierwszego, Ernesta Boscha, który objął to stanowisko w 1935 r.” – pożegnał go „The Banker”, informując, że do pobicia tego rekordu zabrakło Redradowi niecałego roku. „Dramat banku centralnego to kolejny przykład słabych instytucji Argentyny” – dodawało pismo, przewidując, że południowoamerykański kraj czekają kłopoty. Po załamaniu się kursu peso i krachu walutowym cztery lata później ogłosiła ona niewypłacalność.
Co ciekawe, wyprowadzeniem Martína Redrada przez policjantów z siedziby banku centralnego Argentyńczycy zupełnie się nie przejęli, ponieważ był to dla nich chleb powszedni. W Buenos Aires nikt już nie pamiętał czasów, jakie dobiegły końca w 1929 r., gdy Argentyna znajdowała się jeszcze w pierwszej dziesiątce najbogatszych krajów świata, z dochodem na mieszkańca wyższym niż we Francji. Wówczas siedemdziesiąt lat wspaniałego rozwoju przerwał Wielki Kryzys, który ogarnął cały glob, a po nim przyszła II wojna światowa. Zaowocowało to w Argentynie ponad dekadą zastoju, acz połączonego z całkiem jeszcze zamożną codziennością. Aż Argentyńczycy pokochali w 1946 r. Juana Dominga Peróna i jego obietnice zafundowania im państwa opiekuńczego. Na początku transfer socjalny, połączony z nacjonalizacją przemysłu i rozbudową firm państwowych, wychodził krajowi na dobre. Ale w połowie lat 50. rozwój się skończył, a zaczęło się zadłużanie i pogrążanie się w kolejnych kryzysach, wojskowych puczach i dyktaturach.
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/andrzej-krajewski-wojna-z-nbp-argentyna/
PAP/MB



