Rosyjskie tankowce krążą po wodach Azji. Szukają nabywców

Rosyjskie tankowce

Ponad tuzin tankowców z rosyjską ropą Urals płynie w kierunku Azji Wschodniej, szukając nabywców na ten surowiec po decyzji Indii. Rosyjskie tankowce szukają portów po tym, jak Indie wycofują się z handlu z Moskwą – powiadomiła agencja Bloomberga.

Indyjski import ropy może zostać dodatkowo ograniczony

.Statki te, przewożące łącznie od 10 do 12 mln baryłek ropy, krążą po Oceanie Indyjskim, u wybrzeży Malezji, a także nieopodal Chin. Według firmy Kpler, zajmującej się analizą danych, pięć z nich ma status „na zamówienie” lub „Chiny na zamówienie”, co zazwyczaj oznacza, że nie mają jeszcze konkretnego nabywcy ani portu rozładunkowego.

Kolejnych sześć kieruje się do Singapuru i Malezji i prawdopodobnie zmierza do popularnego miejsca przeładunku ropy naftowej między statkami na Morzu Południowochińskim – procederu służącego ukryciu miejsca pochodzenia surowca. Na początku lutego władze Malezji zatrzymały w pobliżu Penang dwa tankowce, które najprawdopodobniej przepompowywały objętą sankcjami ropę. Wartość tego transportu ropy oszacowano wówczas na 129 mln dolarów.

Ropa Ural – flagowy gatunek rosyjskiej ropy, ładowana z portów na Morzu Bałtyckim – stała się gatunkiem surowca preferowanym przez indyjskie rafinerie od czasu inwazji Rosji na Ukrainę na początku 2022 r. Objęty sankcjami Kreml mocno wówczas przecenił surowiec. Jednak presja ze strony Waszyngtonu spowodowała spadek wielkości importu do Indii, który w styczniu osiągnął średnio 1,2 mln baryłek dziennie w porównaniu ze szczytem ponad 2 mln baryłek dziennie w połowie 2024 r.

Indyjski import ropy może zostać dodatkowo ograniczony po tym, gdy prezydent USA Donald Trump ogłosił 2 lutego, że kraj ten zaprzestanie kupowania rosyjskiej ropy w ramach porozumienia o obniżeniu ceł handlowych. Doniesienia te potwierdził premier Indii Narendra Modi. 

Indie – zero, pieprz i spór o tożsamość

.Gdy obserwuję indyjskie spory o tożsamość, nasze polskie wydają się dziecięcą igraszką. Dawne Indie Brytyjskie zostały podzielone na hinduistyczne Indie i muzułmański Pakistan. Rozwód był bolesny i krwawy. Dziś są to dwa wrogie państwa, oba posiadające broń atomową. To tak, jakby podzielić Polskę na prounijną i suwerenistyczną i obie uzbroić w atomówki – pisze Jan ŚLIWA.

W ostatnich latach Indie podnoszą głowę i zdobywają jedno z czołowych miejsc w światowej hierarchii. Może niektórzy myślą, że Hindusów jest dużo i to wszystko. Boso chodzą, produkują taniochę. Tak też niedawno myślano o Chinach. Indie są jednym z tych krajów, które pamiętają, czym były niegdyś, i są przekonane, że stosowna pozycja im się należy. Nie za darmo – ciężką pracą. Ale Hindusi wiedzą, że są do tego zdolni.

Od XIX wieku Indie były pod dominacją brytyjską. Były co prawda perłą w koronie brytyjskiej, ale działały daleko poniżej swoich możliwości i stawały się coraz biedniejsze. Są opinie o cywilizacyjnej roli Brytyjczyków (koleje, uniwersytety, demokracja parlamentarna), bliższy rzeczywistości jest obraz Kompanii Wschodnioindyjskiej, niemiłosiernie wyzyskującej podbity subkontynent. Przed okresem brytyjskim Indie były pod dominacją muzułmańską, mówimy o imperium Wielkich Mogołów. Indie były potężne, ale zdominowane przez obcą kulturę. Trwało to jednak kilkaset lat, więc nakładka islamska stała się integralnym elementem Indii – a może nie?

Przedtem przez tysiąc lat rozkwitała kultura hinduska, od króla Aśoki w III wieku przed Chrystusem do podboju mongolskiego w XIII wieku po Chrystusie. W swojej nowej książce The Golden Road: How Ancient India Transformed the World szkocki historyk William Dalrymple przedstawia to tysiąclecie, gdy Indie były gospodarczym i kulturalnym centrum świata. No, powiedzmy – jednym z kilku. Dalrymple, właściwie sir William Dalrymple, pochodzi z dobrej rodziny, której koligacje zajmują spory akapit w Wikipedii. Do jego przodków należy indyjska księżniczka. Mimo swojego tytułu, którego nie używa, chodzi w rozpiętych koszulach jak robotnik budowlany. Pisze za to ważne książki, jest znawcą Indii. Za książkę o Afganistanie Powrót króla otrzymał Nagrodę Hemingwaya oraz Nagrodę Kapuścińskiego.

Indie w historii świata znajdują się na uboczu. Dalrymple pokazuje mapę, na której ze szczegółami przedstawiony jest Jedwabny Szlak przez Azję Środkową do Chin, a szlak morski dorysowany jest linią przerywaną jako coś drugorzędnego. Prowadzi dookoła Indii, nawet ich nie dotykając. Na mapie nie widać żadnego indyjskiego miasta. Gdy tymczasem spojrzymy na mapę znalezisk rzymskich monet, to poza samym cesarstwem i jego pograniczem widzimy wielkie skupienia na wybrzeżu Indii. Indie były jednym z najważniejszych partnerów Rzymu. „W Indiach, czyli nigdzie” – podobnie jak z Polską. Wpadł mi w ręce kiedyś atlas historyczny, gruby, kilkaset stron. Polskę można było znaleźć z najwyższym trudem, chyba na dwóch arkuszach.

Położenie geograficzne Indii jest bardzo korzystne. Znajdują się na ważnych szlakach handlowych, łączących wschód z zachodem. W obu kierunkach mamy morza, na których dominują regularne wiatry. Zimowy monsun prowadzi na zachód, na wschodnie wybrzeże Afryki, do Etiopii, Zatoki Perskiej i na Morze Czerwone. Monsun letni pozwala na powrót. Morze Czerwone było drogą do Egiptu, a od Aleksandra Wielkiego, a potem Cezara przez kilka stuleci poprzez Egipt do świata greckiego i rzymskiego. Od wschodniej strony droga była otwarta do Azji Południowo-Wschodniej i Chin. Wystarczy spojrzeć na objuczonego wielbłąda i wypełniony towarami statek, by zrozumieć, o ile bardziej opłacany był transport morski.

Co roku setki statków pokonywały tę trasę i ocenia się, że dochody z ceł na towary z Indii dawały nawet jedną trzecią dochodów cesarstwa. Ważnym portem była Berenike w Egipcie, na wybrzeżu Morza Czerwonego. Odnaleziono tam ceramikę z Hiszpanii, kadzidło z Arabii, paciorki z Wietnamu i Jawy, indyjskie perły, tkaniny, przyprawy, a nawet kości słoni i małp. Analogiczne świadectwa intensywnej wymiany znaleziono na wybrzeżu Indii. Pewien pochodzący z Egiptu papirus zawiera listę towarów transportowanych z Indii przez statek Hermapollon. Były tam 4 tony kości słoniowej, wartej 7 milionów sestercji. Rzymski żołnierz otrzymywał 800 sestercji rocznie, a kandydat na senatora musiał się wykazać majątkiem o wartości jednego miliona. Do tego było tam 790 funtów tkanin, 80 puszek olejku nardowego i wiele innych rzeczy. Olejek nardowy wytwarzany jest z zioła rosnącego na himalajskich łąkach. Wspomina o nim Ewangelia wg św. Jana (12,3-5). Maria, siostra Marty i Łazarza, namaściła takim olejkiem stopy Jezusa, co wzbudziło oburzenie Judasza, jako że olejek wart był 300 denarów. Łącznie statek wiózł 150 ton ładunku o wartości 131 talentów. Był tak cenny, że na pokładzie był oddział łuczników do obrony przed piratami.

Pliniusz Starszy, ten sam, który zginął podczas wybuchu Wezuwiusza, narzekał, że tyle złota płynie z Rzymu do Indii na zbyteczne towary luksusowe, jak klejnoty i przejrzysty jedwab, w który nieskromnie owijają swoje ciała Rzymianki. Interes kręcił się doskonale – w Pompejach swój sklep miał niejaki Furius, faber et negotiator eborarius, wytwórca i handlarz wyrobów z kości słoniowej.

Po upadku cesarstwa rzymskiego handel na tym kierunku się załamał, chociaż ważne też było afrykańskie wybrzeże Swahili, gdzie indyjskie wpływy trwają do dziś. Żeglarze i kupcy przerzucili się na kierunek wschodni – obecną Tajlandię, Kambodżę (państwo Khmerów), Indonezję i Chiny. Oczywiście po tych wodach pływali również inni – Arabowie, Persowie, Chińczycy i Malaje.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/jan-sliwa-indie-zero-pieprz-i-spor-o-tozsamosc/

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 8 lutego 2026