Rząd powinien konsultować z prezydentem ustawy, zanim skieruje je do Sejmu [Najnowsze badanie]

Zdaniem 60 proc. badanych w sondażu Instytutu Badań Pollster dla „Super Expressu” rząd Tuska powinien konsultować projekty ustaw z prezydentem Karolem Nawrockim przed skierowaniem ich do Sejmu. Przeciwnego zdania jest 30 proc. respondentów, a 10 proc. nie ma zdania w tej sprawie.
30 proc. osób nie widzi potrzeby konsultowania ustaw
.Instytut zapytał w sondażu, którego wyniki opublikowano w „SE”, czy rząd Tuska powinien konsultować z prezydentem Karolem Nawrockim projekty ustaw, zanim trafią do Sejmu.
Twierdzącej odpowiedzi na to pytanie udzieliło 60 proc. ankietowanych, 30 proc. udzieliło odpowiedzi negatywnej, zaś 10 proc. badanych nie miało zdania.
Badanie zrealizował Instytut Badań Pollster od 15 do 17 listopada na próbie 1003 dorosłych Polaków.
Karol Nawrocki, czyli majestat Rzeczypospolitej
.Karol Nawrocki – cóż, zaryzykuję tak ryzykowną tezę – wpisuje się swoim wejściem na scenę polityczną w metafizyczną wręcz tęsknotę za silnym przywódcą, monarchą, królem – pisze Eryk MISTEWICZ.
Podążając w orszaku prezydenckim w dniu zaprzysiężenia Karola Nawrockiego na urząd Prezydenta RP, przechodziliśmy uliczkami Starego Miasta, którymi szli lub przejeżdżali dyliżansami prezydenci obejmujący najwyższy urząd w polskim państwie w okresie międzywojennym. Jakie myśli się w nich wówczas kłębiły, na jakie decyzje musieli się szykować, jak silne były wpływy dookólnych mocarstw, jak kształtowała się wewnątrzpolska opozycja względem ich działań, a może przede wszystkim: jak przyrzekali sobie w duchu prowadzić polskie sprawy? Nie przychodzimy znikąd, to, co robimy wynika też z doświadczeń przeszłości – kto, jeśli nie prezydent historyk, będzie to rozumiał najlepiej?
Dzień zaprzysiężenia był dniem pełnym symboliki, zarówno świeckiej, jak i religijnej. Wzniosłość majestatu pierwszego spośród nas wyniesionego na najwyższy urząd w państwie. Uroczysty akt zaprzysiężenia przed Zgromadzeniem Narodowym rozpoczęty przez Karola Nawrockiego inwokacją do Narodu i Boga, zatrzymanie kawalkady aut przy stadionie piłkarskim, zejście do ludu, katedra św. Jana z Bogurodzicą, pieśniami legionowymi, pieśniami od wieków średnich towarzyszącymi polskiemu rycerstwu. Majestatyczne, godne, podniosłe chwile, świetnie komponujące się z atmosferą dnia. Przejście uliczkami Starego Miasta, Zamek Królewski i inwestytura na Wielkiego Mistrza Orderu Orła Białego i Orderu Odrodzenia Polski, pierwsza z nich odczytana i przeprowadzona z godnością przynależną tak ważnej chwili przez prof. Michała Kleibera, przewodniczącego Kapituły Orderu Orła Białego, redaktora naczelnego „Wszystko co Najważniejsze”.
I znów powrót i zatopienie się w ludzie. Dla wszystkich, którzy z bliska obserwowali ten przemarsz, widoczne było chłonięcie przez nowego prezydenta emocji zebranych, czerpanie z nich w sposób widoczny siły. Siły i radości. W jednej z nowelek Anaïs Nin opisuje takie właśnie emocje, emocje towarzyszące decyzji o namaszczeniu i wyjściu do ludu nowego króla. A więc czyżby: powrót króla?
Wzruszające wejście do Pałacu Prezydenckiego, przywitanie na dziedzińcu przez odchodzącego po dekadzie z tej funkcji i tego miejsca prezydenta Andrzeja Dudę, z którym kilka dni wcześniej razem, na koniec spotkania pełnego ustaleń, modlili się prezydenci ustępujący i nowy w prezydenckiej kaplicy.
I kontynuacja programu oficjalnego tego dnia, dnia zaprzysiężenia, a może powrotu monarchy właśnie, z miejscami dla Polaków tak ważnymi, tak nasyconymi emocjami zrozumiałymi tylko dla naszej nacji, jak Grób Nieznanego Żołnierza, pomnik Lecha Kaczyńskiego, pomnik Ofiar Katastrofy Smoleńskiej. Przejęcie zwierzchnictwa nad armią z godnym, niesłyszanym jeszcze w IV RP tak mocnym: „Czołem żołnierze!”.
Od trzydziestu lat obserwuję podobne momenty w historii narodów. W różnych rolach i różnych strefach dostępu. Od sejmowej loży w trakcie zaprzysiężenia Aleksandra Kwaśniewskiego, poprzez nieco techniczne zaprzysiężenie Lecha Kaczyńskiego, wystawne, wręcz barokowe objęcie prezydentury Republiki przez Nicolasa Sarkozy’ego, po dwa zaprzysiężenia Andrzeja Dudy… Każde z tych wydarzeń było, rzecz jasna, inne, co najczęściej wynikało z charakteru nowo zaprzysiężanego prezydenta. Ale też obserwując tak wiele obejmowania rządów, powinienem się przyzwyczaić do tego, w czym przychodzi mi uczestniczyć.
A jednak nie. W zaprzysiężeniu Karola Nawrockiego było zauważalne coś jeszcze, co tknęło mnie już przy pierwszej z nim rozmowie na kilka lat przed tym dniem, w jego gabinecie w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, a co dziś widzą (czy raczej: odczuwają) wszyscy, o ile ich ocen nie dewastuje udział w partyjniackim sporze. Coś, co wracało przy każdej naszej rozmowie. Coś, co dziś, z perspektywy pierwszych tygodni po zaprzysiężeniu, najkrócej mógłbym podsumować: postawienie przez Polaków na Karola Nawrockiego to był dobry wybór dla Polski. Nawet jeśli początkowo w dyskusjach przedwyborczych byłem bliższy ocen stronnictwa innego kandydata.
Karol Nawrocki został Prezydentem Rzeczypospolitej z woli Narodu. Ten zwrot naturalny, wręcz zwyczajny w przypadku tak wielu prezydentów, w jego przypadku niesie dodatkową moc. Karol Nawrocki bowiem – cóż, zaryzykuję tak ryzykowną tezę – wpisuje się swoim wejściem na scenę polityczną w metafizyczną wręcz tęsknotę za silnym przywódcą, monarchą, królem. A jednocześnie jest przecież kimś bliskim dla większości Polaków, borykających się z podobnymi problemami i życiowymi dylematami. Z rodziną, która zachowuje się tak samo, niezależnie od tego, czy pojawia się na balkonie na gdańskim osiedlu, czy w udostępnionej bocznej oficynie Pałacu Belwederskiego. Z jednej strony archetyp króla – a po zrozumieniu tego naturalne stają się i dreszcze przechodzące wszystkich będących wówczas w katedrze św. Jana, przy dźwiękach pieśni rycerskich, i reakcja ludu na trasie przemarszu w dniu zaprzysiężenia; z drugiej zaś strony – przekonanie: to „jeden z nas”. Zachowujący się tak, jak zachowuje się każdy przyzwoity człowiek, gdy atakuje się jego żonę, córkę, schorowanego sąsiada. Który wychowuje swojego syna tak, że nie ma najmniejszej wątpliwości, jak postrzega rolę rodziny i jakie wzorce chce przekazać. Który ma honor, który nie pozwala mu na zachowania niezgodne z wewnętrznym kodeksem.
Awięc: z jednej strony monarcha, który zaprowadzi tu ład i porządek, zapomniany i zaginiony, a teraz szczęśliwie odnaleziony, z drugiej zaś: człowiek z ludu, który zna trudy życia, który nie pozwoli nas skrzywdzić. Potrzebujący niesamowitych sił w tej arcytrudnej, z wieloma mocarnymi wrogami, misji.
I do tego jeszcze metafizyka – nie udawajmy, że tego nie było, i to w skali nieprawdopodobnej; nigdy w polskiej historii ostatnich 30 lat tak wiele osób i środowisk nie prowadziło modlitewnych szturmów w intencji jednej osoby – kandydata na Prezydenta RP. W intencji Karola Nawrockiego modlili się tak, jakby chodziło o powrót króla wyzwoliciela, który zaordynuje uczciwe i godne królewskiego majestatu uporządkowanie spraw. Zapewne też związane było to też z tym, że nigdy dotąd nie towarzyszyła wyborom prezydenckim tak silna świadomość ich wagi. Oczywiście, każde wybory przedstawiane są jako te „najważniejsze”, jednak żadne nie były tak decydujące dla kształtu polskiej wspólnoty i kierunku polskich spraw. Nigdy dotąd w ostatnich 30 latach wybory prezydenckie nie były obarczone tak wielkim ryzykiem, ryzykiem skrajnym.
Całość tekstu na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/eryk-mistewicz-karol-nawrocki-czyli-majestat-rzeczypospolitej/
PAP/MB



