Siedem grzechów głównych wobec zwierząt [Maria JANUSZCZYK]

Bez obowiązkowej sterylizacji nie zostanie zatrzymana bezdomność zwierząt – podkreśliła w rozmowie Maria Januszczyk, wiceprezes Stowarzyszenia „Prawnicy na rzecz zwierząt”. Wyjaśniła też m.in., co zawiera projekt ustawy nazywanej „łańcuchową” i jakie powinny być kojce dla psów.
Siedem grzechów głównych wobec zwierząt
.Mira Suchodolska: W Światowym Dniu Zwierząt chciałabym porozmawiać o projekcie ustawy, którą media nazwały „łańcuchową”. Czy jest pani zadowolona z tych propozycji?
Maria Januszczyk: To projekt, który rzeczywiście budzi sporo emocji i wywołuje ożywione dyskusje, zarówno wśród aktywistów, jak i w gospodarstwach domowych. Krytycy często podnoszą, że wymogi dotyczące kojców są nierealne do spełnienia przez przeciętnego opiekuna psa, a przy tym projekt nie obejmuje schronisk. Tymczasem warto od razu podkreślić, że ustawa wcale nie nakłada obowiązku budowania kojca. Podstawowe założenie jest proste: wystarczy ogrodzona posesja, po której pies może się swobodnie poruszać, ma dostęp do budy, odpowiedniego pożywienia i do wody. Kojec jest rozwiązaniem opcjonalnym, natomiast jeśli ktoś się na niego zdecyduje, to musi on spełniać konkretne standardy – tak, aby zwierzę nie było izolowane ani narażone na cierpienie, a jego dobrostan został zachowany na minimalnym chociaż poziomie.
A co ze schroniskami? Dlaczego nie zostały ujęte w projekcie w ten sam sposób?
Maria Januszczyk: Schroniska – przynajmniej w teorii – są miejscem tymczasowego pobytu zwierząt do czasu znalezienia im stałego domu. To instytucje, które powinny być „przystankiem” w drodze do adopcji. Niestety w praktyce część psów spędza tam całe życie. Ale nie można zapominać, że schroniska muszą spełniać restrykcyjne wymogi lokalizacyjne: muszą być oddalone od zabudowań mieszkalnych, od ujęć wody, a także od obszarów szczególnie chronionych. Gdyby ustawodawca wymagał tam dodatkowo budowy indywidualnych kojców spełniających wysokie standardy, w wielu przypadkach takie schroniska w ogóle nie mogłyby powstać. Dlatego ustawodawca zdecydował się przyjąć inne podejście. Chodziło o to, by pies docelowo żył w domu, w relacji z człowiekiem, a nie w kojcu w schronisku.
Niektórzy zarzucają, że organizacje prozwierzęce przekraczają swoje uprawnienia, np. wchodząc na posesje i kradnąc psy, które potem bardzo trudno odzyskać. Czy zajmujecie się także tym problemem?
Maria Januszczyk: To temat, który co jakiś czas wraca w mediach. Rzeczywiście, zdarzają się sygnały o przekraczaniu kompetencji, o zbyt pochopnym odbieraniu zwierząt albo o emocjonalnym podejściu, które nie zawsze idzie w parze z literą prawa. Jako stowarzyszenie zajmujemy się tym od środka. Zapewniamy obsługę prawną wielu mniejszym organizacjom, które często działają społecznie i nie mają funduszy na profesjonalnych prawników. Edukujemy je, by wiedziały, gdzie kończą się ich kompetencje, a gdzie zaczyna się rola policji, prokuratury czy inspekcji weterynaryjnej.
Musimy jednak pamiętać, że ustawa o ochronie zwierząt przyznaje organizacjom kompetencje do samodzielnego odebrania zwierzęcia w trybie interwencyjnym, gdy pozostawienie go u dotychczasowego właściciela zagraża jego życiu lub zdrowiu. Nie można jednak oceniać całego środowiska przez pryzmat kilku głośnych medialnie przypadków. Braki zdarzają się wszędzie – zarówno po stronie aktywistów, jak i urzędników, policjantów czy inspektorów weterynarii. Naszą rolą jako prawników jest edukować wszystkie te grupy, wskazywać właściwe procedury i dobre praktyki, a nie tylko piętnować błędy.
Jakie poprawki należałoby wprowadzić do projektu „łańcuchowego”?
Maria Januszczyk: Moim zdaniem kilka kwestii wymaga doprecyzowania. Po pierwsze: powinno być jasno wskazane, z czego ma być wykonany kojec – najlepiej, aby przynajmniej dwa boki były ażurowe. Chodzi o wentylację, dostęp do świeżego powietrza i chociaż minimalny kontakt psa z otoczeniem. Po drugie: w przypadku dwóch psów w jednym kojcu każde zwierzę powinno mieć własną budę – to absolutne minimum, które wynika z ich indywidualnych potrzeb i prawa do schronienia. Po trzecie: zakaz utrzymywania zwierząt na uwięzi powinien dotyczyć wszystkich zwierząt domowych, nie tylko psów. Zdarzają się przypadki trzymania kotów czy królików na lince, co jest zupełnie niedopuszczalne z punktu widzenia dobrostanu.
Jeśli chodzi o całą ustawę o ochronie zwierząt – jakie zmiany uważa pani za najpilniejsze?
Maria Januszczyk: Przede wszystkim: zakaz hodowli zwierząt na futra. To rozwiązanie, które już obowiązuje w wielu krajach europejskich i w Polsce również jest społecznie oczekiwane. Po drugie: zakaz wykorzystywania zwierząt w celach rozrywkowych – nie tylko w cyrkach, ale także np. w papugarniach, gdzie w jednym pomieszczeniu stłoczone są ptaki różnych gatunków, niekoniecznie żyjące ze sobą w zgodzie na wolności. Nasza cywilizacja jest na tyle rozwinięta, że nie ma racjonalnego uzasadnienia, by zwierzęta cierpiały dla ludzkiej uciechy. Po trzecie: obowiązkowa identyfikacja nie tylko psów, ale także kotów. To pozwoliłoby skuteczniej walczyć z problemem bezdomności.
I wreszcie: lepsze egzekwowanie obowiązków samorządów wobec zwierząt. Programy opieki nad zwierzętami istnieją formalnie w każdej gminie, ale często tylko na papierze. Brakuje realnych działań i kontroli ich realizacji.
Skoro mówimy o bezdomności, jaka jest właściwie różnica między kotem bezdomnym a wolno żyjącym?
Maria Januszczyk: To pytanie pojawia się bardzo często. Kot bezdomny to ten, który utracił dom wskutek porzucenia lub zagubienia. Zazwyczaj szuka kontaktu z człowiekiem, daje się oswoić i zsocjalizować, a można znaleźć mu nowy dom. Kot wolno żyjący natomiast urodził się na wolności, w przestrzeni miejskiej, potrafi w niej funkcjonować. Ma prawo tam żyć, zgodnie z ustawą, a rolą gminy jest zapewnienie mu opieki – od dokarmiania, przez leczenie, po sterylizację. Status tych kotów jest jednak płynny: zdarza się, że wolno żyjący kot zaczyna przywiązywać się do człowieka i z czasem może trafić do adopcji.
Czy Polacy zmieniają swój stosunek do zwierząt?
Maria Januszczyk: Zdecydowanie tak. Wrażliwość rośnie. Widać to w badaniach opinii publicznej, w liczbie zgłoszeń kierowanych do organów ścigania, w zaangażowaniu wolontariuszy. Widać to także w naszym środowisku – rośnie liczba prawników, którzy chcą zajmować się ochroną zwierząt, podejmują ten temat na konferencjach naukowych, piszą prace dyplomowe czy „reprezentują je w sądach”. To proces powolny, ale realny i wciąż postępujący.
Gdyby miała pani wymienić „siedem grzechów głównych” Polaków wobec zwierząt, co by się znalazło na tej liście?
Maria Januszczyk: Trzymanie zwierząt w skrajnie złych warunkach – na krótkich łańcuchach, bez dostępu do wody, w brudzie. Brak sterylizacji i kastracji – co bezpośrednio napędza bezdomność. Porzucanie zwierząt – szczególnie w okresie wakacyjnym i świątecznym. Traktowanie ustawy o ochronie zwierząt jak martwego prawa – zwłaszcza przez organy i samorządy, podczas gdy naprawdę jest w niej potencjał, który przy właściwej interpretacji zapewniałby zwierzętom wysoki poziom ochrony. Wykorzystywanie zwierząt w rozrywce – wciąż spotykane w niektórych cyrkach czy festynach. Brak obowiązkowej identyfikacji – bez chipowania nigdy nie rozwiążemy problemu bezdomności. Obecne jeszcze nadużywanie klauzuli „niskiej szkodliwości społecznej” przez sądy i prokuratury w sprawach karnych o znęcanie się nad zwierzętami.
Na koniec – prywatnie: jakie ma pani zwierzęta?
Maria Januszczyk: Jestem opiekunką dwóch kotek – dwunastoletniej i czteroletniej, to „Kota” i „Mała”. Obie trafiły do mnie w różnym czasie, jedna z Charkowa – jest uchodźczynią. Razem tworzą nierozłączny duet. Ich obecność w domu nadaje sens codzienności. Wracanie do pustego mieszkania, gdy oddaję je na czas urlopu pod opiekę rodziny, zawsze wydaje się dziwnie smutne. Zwierzęta uczą nas odpowiedzialności, wrażliwości i pokory – nie wyobrażam sobie bez nich życia i czuję się w obowiązku stawać w ich obronie. Ochrona zwierząt to obszar, w którym prawo, wrażliwość społeczna i praktyka codzienna muszą iść w parze. Światowy Dzień Zwierząt ma nam o tym przypominać co roku – ale w praktyce powinien być obchodzony każdego dnia.
Rozmawiała: Mira Suchodolska/PAP
Zachowania ratownicze u zwierząt
.Na temat zachowań altruistycznych i ratowniczych u poszczególnych gatunków zwierząt na łamach “Wszystko Co Najważniejsze” pisze prof. Ewa J. GODZIŃSKA w tekście “Czego możemy nauczyć się od zwierząt?“.
“Ważną podkategorią ryzykownych zachowań altruistycznych są tak zwane zachowania ratunkowe, czyli przychodzenie z pomocą konkretnym osobnikom, które znalazły się w niebezpieczeństwie. W r. 2002 polscy badacze Wojciech Czechowski, Ewa J. Godzińska i Marek Kozłowski zainicjowali współczesne badania takich zachowań, opisując, jak robotnice trzech gatunków mrówek ratują towarzyszki atakowane przez drapieżne larwy mrówkolwa. Szerokie spektrum zachowań ratunkowych zostało też opisane u wielu innych gatunków mrówek i u licznych kręgowców, takich jak różne gryzonie i naczelne, słonie, mangusty, psy, dziki, walenie i niektóre ptaki. W badaniach tych obserwowano i analizowano nie tylko przychodzenie z pomocą osobnikom zaatakowanym przez drapieżnika, lecz również pomoc w uwalnianiu się z różnych naturalnych i sztucznych pułapek”.
“Ofiarność i gotowość do angażowania się w ryzykowne akcje na rzecz innych osobników nie jest naiwnością, lecz ważnym przystosowaniem. Jest tak dlatego, że dla każdego osobnika ważniejsze od indywidualnego przeżycia jest tzw. dostosowanie łączne, czyli łączna zdolność do przekazania swoich genów kolejnym pokoleniom, niezależnie od tego, czy są one ulokowane w jego własnym ciele, czy też w ciałach innych osobników. Jedną z najważniejszych form altruizmu jest więc nepotyzm, czyli działania przynoszące korzyść krewnym altruisty. Drugim ważnym czynnikiem decydującym o opłacalności zachowań altruistycznych jest gotowość ich beneficjentów do odwzajemniania uzyskanych przysług”.
”Ofiarność i rycerskość podobają się płci przeciwnej. Zwierzęta mogą jednak zachowywać się w sposób altruistyczny także z innych powodów. Ryzykowne zachowania altruistyczne stanowią bowiem sygnał wysokiej jakości osobnika i w związku z tym mogą przynosić mu korzyści poprzez podnoszenie jego atrakcyjności dla płci przeciwnej. Zjawisko to zostało dobrze udokumentowane między innymi przez długoletnie badania zachowań dżunglotymali arabskich. Ptaki te uprawiają lęgi zespołowe, w których osobniki podporządkowane nie mają bezpośredniego dostępu do rozrodu, lecz pełnią funkcję pomocników pomagających w wychowywaniu potomstwa osobników dominujących”.
.”Dżunglotymale odstraszają wrogów naturalnych, w szczególności jadowite węże, stosując wobec nich tak zwane nękanie, czyli celowe przybliżanie się do intruza i konfrontację z nim. Nękanie węży to niesłychanie ryzykowne zadanie. Jednak tylko te ptaki, które nie stronią od udziału w takich odważnych akcjach, mogą zdobyć tak zwany prestiż społeczny, bez którego nie są w stanie uzyskać dostępu do rozrodu. W związku z tym nawet osobniki dominujące, które uzyskały już dostęp do rozrodu, konkurują aktywnie z osobnikami podporządkowanymi o możliwość pełnienia niebezpiecznej funkcji strażnika. Uwaga: różnica pomiędzy walką o dominację i poszukiwaniem prestiżu społecznego polega na tym, że w pierwszym przypadku osobnik rywalizuje z członkami tej samej grupy społecznej, a w drugim walczy z zewnętrznymi wrogami swojej grupy, by w ten sposób obwieścić swoją wysoką jakość i stać się atrakcyjnym kandydatem na partnera do rozrodu” – pisze prof. Ewa J. GODZIŃSKA.
LINK DO TEKSTU: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/prof-ewa-j-godzinska-czego-mozemy-nauczyc-sie-od-zwierzat/
PAP/Mira Suchodolska/MJ



