Siły ukraińskie muszą być zdolne do obrony suwerenności[Merz, Macron i Starmer]

Przywódcy Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii uzgodnili podczas rozmowy telefonicznej z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim, że siły ukraińskie muszą pozostać zdolne do obrony suwerenności Ukrainy – poinformował rzecznik niemieckiego rządu.

Czy siły ukraińskie zostaną rozbrojone za mocy postanowień rozejmu?

.Z Wołodymirem Zełenskim rozmawiali telefonicznie kanclerz Niemiec Friedrich Merz, prezydent Francji Emmanuel Macron i premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer. Cała trójka zapewniła ukraińskiego prezydenta o swoim dalszym i pełnym wsparciu dla Kijowa na drodze do trwałego i sprawiedliwego pokoju.

Jak podkreślił rzecznik niemieckiego rządu, czterej liderzy państw przyjęli z zadowoleniem wysiłki Stanów Zjednoczonych na rzecz zakończenia wojny na Ukrainie, w tym zaangażowanie na rzecz suwerenności Ukrainy i gotowość do udzielenia temu państwu gwarancji bezpieczeństwa.

Odnieśli się w ten sposób do 28-punktowego planu pokojowego USA, negocjowanego między Amerykanami a Rosjanami, którego szczegóły opublikował portal Axios. Zgodnie z nim Kijów miałby zobowiązać się m.in. do nieprzystępowania do NATO, ograniczenia liczebności armii oraz oddania Rosji części terytorium. Liczebność sił zbrojnych Ukrainy miałaby być ograniczona do 600 tys. żołnierzy.

Przedstawicielka Ukrainy w ONZ Chrystyna Hajowyszyn oświadczyła na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa ONZ, że Kijów nie uzna swoich terytoriów za rosyjskie, nie zgodzi się na ograniczenie swojego prawa do samoobrony i nie przyjmie ograniczeń w wyborze sojuszników.

Europa, poligon strachu

.Drobna prowokacja na estońskiej granicy dowodzi, że Kreml wciąż potrafi jednym gestem wytrącić Europę z równowagi – pisze Edward LUCAS.

Gęsty las w rejonie Saatse Boot tworzy zupełnie przypadkowy klin rosyjskiego terytorium wdzierający się na obszar Estonii. Ten wąski pas ziemi przecina cicha jednotorowa droga o długości ok. 800 metrów, niepołączona z rosyjską siecią dróg. Jedzie się nią tylko po to, by dostać się z jednej części Estonii do drugiej. W normalnych czasach (i z normalnym sąsiadem) byłaby to tylko niewinna geograficzna osobliwość, jedna z wielu na dziwnie wytyczonych granicach Europy. Traktat graniczny podpisany w 2014 r., ale nigdy nieratyfikowany, miał na celu rozwiązanie tej kwestii – wraz z inną drobną anomalią – poprzez wymianę terytoriów.

Dziś ten obszar przyciąga uwagę świata z powodów niepokojących dla każdego, komu leży na sercu pokój i bezpieczeństwo w Europie. 10 października estońska straż graniczna zauważyła na zwykle pustej drodze sporą liczbę Rosjan – niezidentyfikowanych wojskowych, ale nie strażników granicznych. Zamiast iść wzdłuż jezdni, Rosjanie utworzyli szpaler w poprzek traktu. Nigdy wcześniej nic podobnego się nie zdarzyło. Estończycy zdecydowali się tymczasowo zamknąć przejazd. Jak wyjaśnił lokalny dowódca straży granicznej, „sytuacja stwarza realne zagrożenie”.

Tego rodzaju zdecydowane sformułowania budują wśród obywateli Estonii obraz czujnych i aktywnych władz. Nie uwzględniają one jednak napiętej sytuacji międzynarodowej. Wszelkie wiadomości o tajemniczych działaniach Rosji stanowiących „realne zagrożenie” w pobliżu granicy z Estonią podsycają wśród osób postronnych poczucie zbliżającej się katastrofy. Moskwa nasiliła ostatnio działania poniżej progu otwartego konfliktu, w tym ataki na infrastrukturę i transport w rejonie Morza Bałtyckiego. Niestety, media przekazują te informacje tak, by wzbudzić sensację. Jedna z niedawno wydanych bestsellerowych książek sugeruje wręcz (moim zdaniem bezpodstawnie), że Estonia może być kolejnym celem rosyjskiej ekspansji terytorialnej.

Na emocje nie trzeba było długo czekać. Trzynastosekundowy film opublikowany przez estońską straż graniczną natychmiast przywołał skojarzenia z „zielonymi ludzikami”, którzy w 2014 roku utorowali Moskwie drogę do zajęcia Krymu. Media społecznościowe aż huczały od domysłów i cytatów wyjętych z kontekstu. Gdyby Rosja rzeczywiście planowała poważną prowokację wobec Estonii, czyż nie rozpoczęłaby jej w taki właśnie sposób? Moim zdaniem – nie. Estonia jest uzbrojona po zęby, ma mocne wsparcie sojuszników z NATO i jest gotowa się bronić. Znacznie bardziej martwią mnie słabe zabezpieczenia i defetystyczne nastroje w innych częściach Europy.

Chociaż niefortunny dobór słów wywołał niepotrzebny szum medialny, decyzja o zamknięciu drogi była uzasadniona. Po Rosji można spodziewać się różnych zachowań. Kreml mógł na przykład oświadczyć, że jego bohaterskie siły zbrojne są rozmieszczane w Saatse Boot w celu ochrony terytorium Rosji przed estońskimi ekstremistami – lub transseksualnymi narkomanami czczącymi diabła. W rosyjskiej propagandzie wszystko jest możliwe. Straż graniczna mogłaby „aresztować” przejeżdżającego Estończyka albo jakiegoś żądnego przygód turystę z zagranicy. Albo po prostu zamknąć drogę i ogłosić zwycięstwo. Lepiej dmuchać na zimne.

12 października estoński minister spraw zagranicznych Margus Tsahkna wydał stanowcze oświadczenie, w którym zdementował „przesadzone” doniesienia o napięciach na granicy. „Nie dzieje się nic poważnego” – powiedział. – „Rosjanie zachowują się nieco pewniej i są bardziej widoczni niż wcześniej, ale sytuacja pozostaje pod kontrolą”.

Jednak Estonia nie jest w stanie skontrolować wszystkiego. Nie ma wpływu na koszty zaciągania pożyczek na międzynarodowych rynkach finansowych, na konkurencję w zakresie handlu i inwestycji ani na wybór miejsc turystycznych przez obcokrajowców. Wszystkie państwa położone na pierwszej linii frontu borykają się z tym samym problemem: decyzje dotyczące bezpieczeństwa narodowego, niezależnie od tego, jak bardzo byłyby rozważne, sprawiają, że osoby postronne uważają odwiedzanie tych państw, prowadzenie w nich handlu i inwestowanie za zbyt ryzykowne.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/edward-lucas-poligon-strachu/

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 21 listopada 2025